Najciekawsze historie dzieją się kilka kilometrów od domu

kulturaupodstaw.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: fot. T. Jankowiak


Mateusz Kiszka: Odnoszę wrażenie, iż w swoich fotografiach bardziej szukasz ludzi niż wydarzeń. Mam rację?

Janusz Jurek: Zdecydowanie bardziej interesują mnie ludzie. Samo wydarzenie jest często tylko pretekstem. Najciekawsze jest to, jak wpływa ono na uczestników, jakie relacje między nimi tworzy i co dzieje się poza jego głównym nurtem. Interesują mnie momenty, które wytrącają z codzienności – sytuacje nieoczywiste, czasem wręcz absurdalne. Takie, które sprawiają, iż człowiek zatrzymuje się na chwilę i zaczyna zastanawiać się nad tym, co adekwatnie zobaczył. Przez długi czas wydawało mi się, iż najlepsze zdjęcia powstają gdzieś daleko, w odległych zakątkach świata. Dzisiaj wiem, iż najciekawsze historie często dzieją się kilka kilometrów od domu.

MK: Zawsze fotografowałeś w ten sposób?

JJ: Nie. Tak naprawdę fotografia uliczna zaczęła się u mnie na dobre dopiero po pandemii. Wszyscy byliśmy wtedy zamknięci w domach i bardzo brakowało mi kontaktów społecznych. Poszedłem więc na targowisko, bo było ono jednym z niewielu miejsc, w których mogli przebywać i pracować ludzie.

fot. T. Jankowiak

Pierwsza próba miała negatywny dla mnie przebieg. Ludzie byli przekonani, iż jestem z urzędu skarbowego, Sanepidu albo innej instytucji – iż przyszedłem do nich z kontrolą. Zrobiła się awantura. Pomyślałem jednak, iż nie zrezygnuję od razu. Kupiłem mniejszy aparat i zacząłem uczyć się – przede wszystkim, relacji z ludźmi. Zrozumiałem, iż zanim zrobię zdjęcie, muszę zdobyć zaufanie osoby fotografowanej.

Nie chcę ingerować w rzeczywistość. Chcę ją obserwować i dokumentować w sposób uczciwy. Dużo czasu poświęciłem też na dokształcanie się pod względem teoretycznym. Kupowałem albumy fotograficzne, które zostawiałem otwarte na biurku. Za każdym razem, kiedy przechodziłem obok nich, zatrzymywałem się na chwilę i przyglądałem zdjęciom, próbując poddać je analizie. Z czasem zrozumiałem, iż fotografii ulicznej nie da się nauczyć wyłącznie technicznie. To przede wszystkim sposób patrzenia na świat i dostrzegania rzeczy, które większość ludzi mija obojętnie.

MK: Powiedziałeś o zaufaniu. Jak zdobywa się je z aparatem w ręku?

JJ: Trzeba po prostu być z ludźmi. Kiedyś przez przypadek trafiłem na protest rolników.. Pomyślałem, iż skoro mam ze sobą aparat, to podejdę i spróbuję jakoś zagaić rozmowę; może zrobić kilka zdjęć..

Zostałem tam trzy godziny.

Najpierw rozmawialiśmy o proteście; później już o zwykłych sprawach. Rolnicy zaprosili mnie między siebie. Dostałem kiełbasę, ciasto, jeździłem z nimi ciągnikami wokół ronda. Wróciłem do domu z reportażem i bagażnikiem pełnym jedzenia. To była dla mnie interesująca lekcja. Kiedy ludzie widzą, iż naprawdę chcesz ich wysłuchać, przestają patrzeć na ciebie jak na fotografa. Zaczynają traktować cię jak uczestnika wydarzenia. I właśnie wtedy powstają zdjęcia, których nie da się zrobić z zewnątrz.

MK: Coraz częściej można odnieść wrażenie, iż interesują cię przede wszystkim małe miejscowości i lokalne społeczności. Skąd ten kierunek?

JJ: Chyba z ciekawości. Im dłużej fotografuję, tym bardziej fascynują mnie miejsca, o których kilka osób słyszało.

fot. T. Jankowiak

Najwięcej czasu spędzam w okolicach Ostrowa Wielkopolskiego. Tam ludzie wciąż dobrze się znają, angażują się we wspólne wydarzenia i tworzą prawdziwe wspólnoty. W dużych miastach wiele relacji staje się anonimowych – tutaj wciąż są one bardzo bezpośrednie. To właśnie one tworzą sytuacje, które później pojawiają się na moich zdjęciach.

Jednym z takich odkryć stała się dla mnie pewna lokalna tradycja z miejscowości Góra, znajdującej się niedaleko Jarocina. Dowiedziałem się o niej przypadkiem. Okazało się, iż od pokoleń tylko w jednej miejscowości odbywa się niezwykły zwyczaj, o którym kilka osób poza regionem słyszało. Dwóch mężczyzn przez kilka godzin jest ubierana w kostiumy “Niedźwiedzi” ze słomy, by następnie ruszyć z kilkunastoosobowym korowodem przez wieś. Odwiedzając kolejne domy, Uczestnicy korowodu naznaczają ich mieszkańców sadzą. Tradycja ta została w zeszłym roku wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa krajowego kulturowego.

Jako fotograf, poprosiłem o uczestnictwo w całym wydarzeniu oraz jego przygotowaniach. Mogłem obserwować cały proces od środka, zjeść z uczestnikami wspólną kolację, wysłuchać opowieści ludzi, którzy od lat podtrzymują ten zwyczaj. Dopiero wtedy zrozumiałem, iż fotografia jest tylko efektem spotkania. Najpierw trzeba poznać ludzi.

Coraz częściej właśnie takich historii szukam. Okazuje się, iż nie trzeba jechać na drugi koniec świata, żeby znaleźć coś niezwykłego. Bardzo często wystarczy dobrze rozejrzeć się wokół siebie.

MK: Czy z takich doświadczeń narodził się projekt Spójrz, zanim zniknie?

JJ: Tak. O albumie myślałem od dawna, ale brakowało impulsu działania. Wydanie książki fotograficznej to ogrom pracy i duże koszty. Stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego było momentem, w którym uznałem, iż dłużej nie mogę tego odkładać.

Album będzie opowieścią między innymi o lokalnych wydarzeniach, ludziach i miejscach, które łatwo przeoczyć. Interesują mnie takie mikrohistorie, które dla uczestników są czymś naturalnym, a dla kogoś z zewnątrz potrafią być zupełnie niezwykłe. W praktyce często wracałem z dalszych podróży z niewielką liczbą dobrych zdjęć, a najmocniejsze kadry robiłem kilka kilometrów od domu. To właśnie one najczęściej trafiały później na wystawy i konkursy.

Coraz częściej łączę fotografię uliczną z reportażem. Pojedyncze zdjęcie potrafi opowiedzieć bardzo dużo, ale czasami dopiero seria fotografii pozwala pokazać ludzi i miejsce w pełniejszy sposób.

MK: Na jakim etapie są dziś prace nad albumem?

JJ: Najwięcej czasu zajmuje selekcja zdjęć. To chyba najtrudniejszy etap całej pracy. Sam materiał jest już w dużej mierze gotowy, ale przede mną jeszcze intensywne lato. Chcę zrobić kilkanaście fotografii z mocnym kontekstem, bo właśnie takie kadry powstają najrzadziej.

fot. T. Jankowiak

Do współpracy zaprosiłem Piotra Trybalskiego, który napisze esej otwierający album. Selekcję i edycję materiału konsultuję również z administratorami grupy „Fotografia Uliczna”. Bardzo cenię ich doświadczenie i spojrzenie.

Docelowo album będzie liczył około dziewięćdziesięciu fotografii. Jest już projekt okładki, wybrany format i pierwsze pomysły na układ całości. jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, chciałbym, żeby ukazał się jesienią.

MK: Wspomniałeś o grupie „Fotografia Uliczna”. Dla wielu osób jest dziś pierwszym miejscem spotkania z tym gatunkiem fotografii.

JJ: Rzeczywiście, bardzo się rozrosła. Dziś liczy ponad siedemdziesiąt tysięcy osób i prowadzi ją społecznie sześciu administratorów. Robimy to wyłącznie z pasji i potrzeby promowania fotografii ulicznej oraz dokumentalnej. Poza codziennym publikowaniem zdjęć organizujemy konkursy tematyczne. Ich formuła jest dość nietypowa. Zwycięzca edycji zostaje jurorem kolejnej – wybiera temat i wskazuje następnego laureata. Dzięki temu każdy może spojrzeć na fotografię z dwóch stron – autora oraz osoby oceniającej. To bardzo rozwija. Nagle okazuje się, iż wybór najlepszego zdjęcia wcale nie jest prosty, a fotografia potrafi być odczytywana na wiele różnych sposobów.

MK: Sam regularnie bierzesz udział w konkursach fotograficznych. Mam jednak wrażenie, iż nie traktujesz ich jako celu samego w sobie.

JJ: Zdecydowanie nie. Wybieram przede wszystkim konkursy, które realnie promują fotografię. Takie, które organizują wystawy, drukują katalogi, przygotowują spotkania z autorami. Dzisiaj większość zdjęć oglądamy na ekranach telefonów, dlatego możliwość zobaczenia odbitek na ścianie ma dla mnie ogromną wartość.

fot. T. Jankowiak

Oczywiście wyróżnienia cieszą i dodają energii do dalszej pracy, ale nie uważam, żeby wyniki konkursów określały wartość fotografa. Bardziej pokazują, czy dane zdjęcie trafiło w temat.

Dla mnie konkursy są przede wszystkim nauką selekcji. Analizowanie decyzji jurorów uczy patrzenia na własne fotografie z większym dystansem. To jedna z najcenniejszych lekcji, jakie można wynieść.

MK: W pewnym momencie sam zacząłeś oceniać prace innych fotografów. To zmienia sposób patrzenia na własne projekty?

JJ: Bardzo. Dopiero siedząc po drugiej stronie stołu, człowiek uświadamia sobie, jak bardzo fotografia jest subiektywna. To, co dla jednego jurora będzie najlepszym zdjęciem konkursu, dla innego może okazać się zupełnie przeciętne. Dlatego staram się nie przywiązywać zbyt dużej wagi do pojedynczych wyników. Znacznie ważniejsze są rozmowy, możliwość konfrontacji własnego spojrzenia z innymi fotografami i ciągłe uczenie się. To chyba jedna z rzeczy, które najbardziej lubię w fotografii. Nigdy nie dochodzi się do momentu, w którym można powiedzieć, iż już wszystko się wie.

MK: Przez wiele lat pracowałeś jako grafik komputerowy. Dziś coraz częściej mówi się o sztucznej inteligencji i obrazach generowanych przez AI. Jak patrzysz na te zmiany?

JJ: Raczej z ciekawością niż z niepokojem. Sztuczna inteligencja jest kolejnym narzędziem i nie widzę sensu z nią walczyć. To, iż każdy ma dziś aparat w telefonie albo może wygenerować obraz przy pomocy AI, nie odbiera sensu fotografii reporterskiej.

Dla mnie fotografia nigdy nie polegała wyłącznie na tworzeniu obrazów. To przede wszystkim sposób bycia w świecie. Trzeba znaleźć się w konkretnym miejscu, poczekać, obserwować, czasem wrócić w dane miejsce kilka razy. Wartość reportażu nie wynika tylko z samego zdjęcia, ale z tego, iż ktoś naprawdę był świadkiem konkretnej chwili. Może z praktycznego punktu widzenia fotografia reporterska nie jest dziś nikomu niezbędna. Ale wiele rzeczy robimy nie dlatego, iż są praktyczne. Robimy je dlatego, iż pomagają nam lepiej rozumieć świat. I myślę, iż właśnie dlatego ma to wciąż sens.

MK: Przez całą naszą rozmowę opowiadałeś o ludziach, których spotykasz. Jest jednak jeden projekt, w którym od piętnastu lat fotografujesz przede wszystkim siebie. Mam na myśli Everyday.

JJ: To chyba najbardziej osobisty projekt, jaki realizuję. Kiedy zaczynałem, myślałem głównie o obserwowaniu procesu starzenia się.

fot. T. Jankowiak

Chciałem zobaczyć, jak z biegiem lat będzie zmieniała się moja twarz. Dzisiaj okazuje się, iż interesuje mnie coś zupełnie innego.

Znacznie częściej patrzę na to, co znajduje się w tle zdjęć. Każda fotografia przypomina mi konkretny dzień, miejsce, ludzi i sytuacje. Po piętnastu latach ten projekt stał się czymś więcej niż dokumentacją upływu czasu. Jest moim osobistym pamiętnikiem.

Co ciekawe, aplikację Everyday kupiłem piętnaście lat temu za jednego dolara. Chyba był to najlepiej wydany dolar w moim życiu.

MK: Czego nauczył cię ten projekt?

JJ: Chyba przede wszystkim akceptacji. Żyjemy w kulturze, która bardzo boi się starzenia. Tymczasem jest to coś całkowicie naturalnego. Warto nauczyć się przyjmować ten proces ze spokojem, zamiast traktować każdą zmarszczkę jak problem.

I pozostało jedna rzecz.

Patrząc na zdjęcia sprzed piętnastu lat, bardzo często pamiętam dokładnie, co wydarzyło się danego dnia. Gdzie byłem, z kim rozmawiałem, co robiłem. Okazuje się więc, iż Everyday zapisuje nie tylko zmiany mojego wyglądu, ale również pamięć.

To chyba najpiękniejsze, co fotografia może człowiekowi dać.

Idź do oryginalnego materiału