Otwieram drzwi i widzę przed sobą rozpłakaną, młodą kobietę. Ma na sobie pognieciony płaszcz, ręce jej drżą. Dzień dobry jestem narzeczoną pani syna. Ale on zniknął dwa tygodnie temu. Nikt nie wie, gdzie jest.
Zamarzam. Patrzę na nią, próbując poukładać w głowie wszystkie elementy. Narzeczona? Mój syn nie wspominał, iż się zaręczył, ani iż ktoś mu się podoba. I przede wszystkim nie zniknął. Widziałam go wczoraj, kiedy pomagał mi z zakupami, wypił herbatę i mówił, iż ma dużo roboty. Roboty, jak zwykle.
Wpuszczam ją do mieszkania. Siada na krawędzi fotela i wyciąga z torebki zdjęcie. Ona i mój syn Marek nad jeziorem, trzymają się za ręce, uśmiechnięci, szczęśliwi. To było w sierpniu. Oświadczył mi się wtedy szepcze. Od tego planujemy wszystko razem. Wynajęliśmy mieszkanie, mieliśmy wstąpić w nową pracę w Niemczech. Mieliśmy wyjechać za tydzień.
Patrzę na nią coraz bardziej zaniepokojona. W moim świecie nie ma oświadczyn, nie ma Niemiec, nie ma wyjazdu. Marek mieszka sam w Krakowie, pracuje zdalnie dla polskiej firmy informatycznej. Zawsze miał swoje sekrety, ale nigdy nie znikał i nigdy nie zostawiał mnie w niepewności.
Dzwoniłam do jego współlokatora kontynuuje. Powiedział, iż Marek się wyprowadził, spakował wszystko i pojechał, ale nie zdradził dokąd. Nie odbiera telefonu, nie od nikogo. Dlatego przyszedłam do pani, bo może on jest tu? Może coś się stało?
Dzwonię do Marka. Telefon milczy. Wysyłam wiadomość jedno słowo: Gdzie jesteś?. Żadnej odpowiedzi. Wtedy coś we mnie pęka. Czuję strach, który zna tylko matka: strach, iż nie zna swojego dziecka, iż coś wymyka się spod kontroli, iż latami patrzyłam przez palce.
Zaczynam szukać. Przez kolejne dni dzwonię do jego przyjaciół, dawnych kolegów, choćby do byłej dziewczyny sprzed lat. Wszyscy powtarzają to samo: Marek ostatnio był inny. Milczący, nerwowy, jakby coś go ścigało.
W końcu dostaję wiadomość z nieznanego numeru. Jedno zdanie: Nie szukajcie mnie. Muszę to wszystko naprawić. Nic więcej. Policja nie może nic zrobić dorosły człowiek, sam podjął decyzję. Nie ma zaginięcia, nie ma podstaw. Zostałam ja, ta dziewczyna Justyna, tak się przedstawia i pustka pełna pytań.
Pewnego dnia podchodzi do mnie nieznajomy mężczyzna. Mówi, iż zna mojego syna. Że Marek był zamieszany w coś, o czym lepiej nie gadać przez telefon. Że uciekł nie przed nami, ale przed konsekwencjami własnych czynów.
Tydzień później dostajemy list, manualnie pisany, długi. Marek przyznaje się, iż popadł w długi, prowadził działalność, o której nikomu nie mówił, zaciągał kolejne zobowiązania, by ratować sytuację, i nie chciał wciągać nas w bagno, które sam wykopał.
Wiem, iż to, co robię, jest tchórzostwem pisze. Ale może jeżeli zniknę, nikt nie będzie cierpiał.
Płaczę, czytając te słowa, i czuję wstyd. Przez lata nie zadawałam pytań. Cieszyłam się, iż jest samodzielny, iż nie prosi o pomoc, a on tonie.
Justyna mówi, iż będzie czekać. Że go kocha i wierzy, iż wróci. Ja nie wiem, w co wierzyć. Wiem tylko, iż od tej chwili nic nie jest oczywiste, choćby gdy patrzysz dziecku w oczy i myślisz, iż znasz je na wylot.
Czasem własny syn staje się obcym człowiekiem, a my zostajemy z pytaniem, które nikt nie odważył się zadać głośno: kim on naprawdę jest?





