Na wakacje na wieś zabraliśmy z miasta naszego kota Szymona. Na wsi mieszka jego rodzony brat Lemur. Lemur ma lekko wyłupiaste oczy, stąd jego przezwisko.

newsempire24.com 3 godzin temu

Na wakacje do babcinej wsi przywieźliśmy z miasta kota, który nazywał się Wacław. We wsi mieszkał jego rodzony brat kot Bolesław. Bolesław zyskał takie imię nie przez przypadek; miał oczy tak wytrzeszczone, iż przypominał lemura, a tu, na wsi pod Otwockiem, nikt się z kotami nie patyczkuje.

Na początku Wacławowi wcale nie było łatwo. Mimo iż był drobnej postury, Bolesław urządził mu istną falę. Wyganiał go spod pieca, syczał straszliwie, jakby nawiedziła ich emerytka z radia Maryja wymachująca brewiarzem w studiu. Któregoś dnia Bolesław popełnił typowy błąd wiejskiego cwaniaka uwierzył w swoją nieśmiertelność i otwarcie zaatakował Wacława.

Wacław z początku zamiatał podłogę łapą niczym wachlarzem, teatralnie w stylu: Dajcież spokój, panowie hrabiowie, aż tu nagle prawy sierpowy. Bolesława wygrzebywaliśmy potem z wiadra na ziemniaki. Tak oto Wacław, przez przypadek, nieudolnie i niechcący, zajął najwyższe miejsce w wiejskiej kociej hierarchii.

Tu koty traktuje się wyłącznie pożytecznie: Wacława od prac polowych uratowała tylko zima, która wlazła pod strzechy na dobre. Karmienie? To tu twórcze zajęcie, zgoła nieregularne. Wacław długo tego nie umiał pojąć w Warszawie jadał na porcelanie, punkt o punkt, a do stołu zapraszał go kamerdyner nazwiskiem Burdziński.

Z emocji gwałtownie wróciły mu instynkty. Wielokrotnie przyłapywałem go w środku nocy, jak z nosem w rondlu stał na gazówce. Bolesław, wystawiony na czatach przy taborecie, syczał dramatycznie i w taki sposób ostrzegał brata przed moim nadejściem. Wacław od niechcenia patrzył w moją stronę i miauczał do Bolesława: Nie bój się, swój, ten widział, jak w nocy po lodówce łaziłem.

Wreszcie uznaliśmy, iż Wacław jest gotów na polską zimę i wynieśliśmy go na podwórko. Ustawiliśmy w śniegu. Gdy się do nas odwrócił, pyszczek miał cały biały, a w oczach rozmarzoną rezygnację człowieka, któremu życie rozjechało się nie po jego myśli zupełnie jak u Krystyny Jandy w Człowieku z marmuru. Nigdy więcej nie pozwoliliśmy mu wyjść na mróz.

Pewnego wieczoru do Bartka, syna, przyszli miejscowi znajomi. Rozsiedliśmy się przytulnie w małym salonie, a ja czytałem dzieciom Noc Majową Mickiewicza, jak trzeba na wsi pod Warszawą. Na fragmencie o macosze, co zamieniła się w czarnego kota i stukała pazurami po deskach, drzwi salonu rozwarły się z przeciągłym jęciem. Do pokoju, podskakując i łypiąc wybałuszonymi ślepiami, wkroczył Bolesław.

Na nasze nieszczęście Wacław nauczył brata swego popisowego numeru otwierania choćby najtrudniejszych drzwi łapą.

Salon był mikro, ale udało nam się z dziećmi rozbiec po wszystkich kątach; jednego chłopaka babcia ściągnęła z parapetu przed upadkiem uratował go jej rosół i stołówkowe dłonie.

Aha, dodam jeszcze, iż Bolesław jest całkowicie, głęboko czarny zupełnie jak popiół spod komina.

Przyznacie sami, rzadko klasyka sprawia na dzieciach współczesnych aż takie, wręcz piorunujące wrażenie.

Idź do oryginalnego materiału