Na wakacje do babcinej wsi przywieźliśmy z miasta kota, który nazywał się Wacław. We wsi mieszkał jego rodzony brat kot Bolesław. Bolesław zyskał takie imię nie przez przypadek; miał oczy tak wytrzeszczone, iż przypominał lemura, a tu, na wsi pod Otwockiem, nikt się z kotami nie patyczkuje.
Na początku Wacławowi wcale nie było łatwo. Mimo iż był drobnej postury, Bolesław urządził mu istną falę. Wyganiał go spod pieca, syczał straszliwie, jakby nawiedziła ich emerytka z radia Maryja wymachująca brewiarzem w studiu. Któregoś dnia Bolesław popełnił typowy błąd wiejskiego cwaniaka uwierzył w swoją nieśmiertelność i otwarcie zaatakował Wacława.
Wacław z początku zamiatał podłogę łapą niczym wachlarzem, teatralnie w stylu: Dajcież spokój, panowie hrabiowie, aż tu nagle prawy sierpowy. Bolesława wygrzebywaliśmy potem z wiadra na ziemniaki. Tak oto Wacław, przez przypadek, nieudolnie i niechcący, zajął najwyższe miejsce w wiejskiej kociej hierarchii.
Tu koty traktuje się wyłącznie pożytecznie: Wacława od prac polowych uratowała tylko zima, która wlazła pod strzechy na dobre. Karmienie? To tu twórcze zajęcie, zgoła nieregularne. Wacław długo tego nie umiał pojąć w Warszawie jadał na porcelanie, punkt o punkt, a do stołu zapraszał go kamerdyner nazwiskiem Burdziński.
Z emocji gwałtownie wróciły mu instynkty. Wielokrotnie przyłapywałem go w środku nocy, jak z nosem w rondlu stał na gazówce. Bolesław, wystawiony na czatach przy taborecie, syczał dramatycznie i w taki sposób ostrzegał brata przed moim nadejściem. Wacław od niechcenia patrzył w moją stronę i miauczał do Bolesława: Nie bój się, swój, ten widział, jak w nocy po lodówce łaziłem.
Wreszcie uznaliśmy, iż Wacław jest gotów na polską zimę i wynieśliśmy go na podwórko. Ustawiliśmy w śniegu. Gdy się do nas odwrócił, pyszczek miał cały biały, a w oczach rozmarzoną rezygnację człowieka, któremu życie rozjechało się nie po jego myśli zupełnie jak u Krystyny Jandy w Człowieku z marmuru. Nigdy więcej nie pozwoliliśmy mu wyjść na mróz.
Pewnego wieczoru do Bartka, syna, przyszli miejscowi znajomi. Rozsiedliśmy się przytulnie w małym salonie, a ja czytałem dzieciom Noc Majową Mickiewicza, jak trzeba na wsi pod Warszawą. Na fragmencie o macosze, co zamieniła się w czarnego kota i stukała pazurami po deskach, drzwi salonu rozwarły się z przeciągłym jęciem. Do pokoju, podskakując i łypiąc wybałuszonymi ślepiami, wkroczył Bolesław.
Na nasze nieszczęście Wacław nauczył brata swego popisowego numeru otwierania choćby najtrudniejszych drzwi łapą.
Salon był mikro, ale udało nam się z dziećmi rozbiec po wszystkich kątach; jednego chłopaka babcia ściągnęła z parapetu przed upadkiem uratował go jej rosół i stołówkowe dłonie.
Aha, dodam jeszcze, iż Bolesław jest całkowicie, głęboko czarny zupełnie jak popiół spod komina.
Przyznacie sami, rzadko klasyka sprawia na dzieciach współczesnych aż takie, wręcz piorunujące wrażenie.









