Na rauszu w reżyserii Artura „Barona” Więcka to teatralna adaptacja filmu Thomasa Vinterberga. Teatr STU przenosi historię czterech nauczycieli na polski grunt, dodając do niej kilka ciekawych rozwiązań scenicznych. Problem w tym, iż spektakl momentami zbyt mocno trzyma się swojego filmowego pierwowzoru.
Najciekawszym pomysłem jest wykorzystanie widowni jako uczniów. W teatralnej wersji Na rauszu publiczność staje się klasą, w której prowadzone są lekcje muzyki, historii czy WF-u. Dzięki temu pojawia się sporo interakcji, a granica między sceną i widownią zostaje przyjemnie zatarta. To właśnie w takich momentach spektakl najlepiej pokazuje, iż teatr może zaoferować coś więcej niż zwykłe przeniesienie filmu na scenę. Szkoda, iż podobnej odwagi nie ma więcej w samej historii.
Ciekawie wypada również samo spolszczenie opowieści. Przeniesienie historii w krakowskie realia nadaje jej bardziej swojski charakter, a szkolna rzeczywistość staje się naturalnym tłem dla problemów bohaterów. Dzięki temu Na rauszu nie traci swojego uniwersalnego przesłania, a jednocześnie zyskuje własny, lokalny sznyt.
Zobacz również: Toń – recenzja spektaklu. Jak wojna zmienia człowieka
fot. Teatr STU / Radek KrzyżowskiNiestety brak drugoplanowych bohaterów sprawia, iż niektóre wątki zostały spłycone. Relację Martina z żoną czy problemy ucznia przygotowującego się do matury poznajemy głównie z wypowiedzi pozostałych postaci i rozmów przez telefon. W filmie mogliśmy zobaczyć te sytuacje na własne oczy, dlatego ich emocjonalny ciężar był znacznie większy. Z drugiej strony skupienie na czterech nauczycielach pozwala lepiej przyjrzeć się ich relacjom i temu, jak każdy z nich próbuje na swój sposób wyrwać się z codziennej stagnacji.
Na scenie zdecydowanie więcej jest natomiast komedii. Szczególnie Tommy, grany przez Michała Majnicza, został przedstawiony bardziej jako postać komediowa niż w filmowym pierwowzorze. Daje to kilka naprawdę zabawnych scen, ale jednocześnie odbiera trochę powagi późniejszym wydarzeniom. Podobnie potraktowany został jego uczeń, któremu z jakiegoś powodu podmieniono imię na żartobliwą ksywkę „Harry Potter”. Humor jest jednym z mocniejszych elementów spektaklu, choć momentami chciałoby się, żeby ustąpił miejsca poważniejszym emocjom.
fot. Miłosz KyciaBardzo dobrze wypada za to cała czwórka aktorów. Miałem przyjemność oglądać na scenie Marcina Kalisza, Łukasza Szczepanowskiego, Szymona Mysłakowskiego i Michała Majnicza. Każdy z nich tworzy wyrazistą postać i dobrze wykorzystuje sceniczną przestrzeń, umiejętnie balansując między komediowym przerysowaniem a rzadszymi, ale bardziej emocjonalnymi momentami. Szczególnie udane jest pokazanie kolejnych etapów upojenia dzięki ruchu i sceny obrotowej. Widać, iż aktorzy mają sporo frajdy z grania tych postaci, co przekłada się na energię całego przedstawienia.
Nieco gorzej działa tempo. Mimo iż spektakl trwa dłużej niż film, historia momentami sprawia wrażenie mocno przyspieszonej. Kolejne ważne wydarzenia następują po sobie szybko, przez co brakuje czasu, żeby niektóre emocje naprawdę wybrzmiały. Ciekawym dodatkiem jest natomiast rola Mikołaja jako swego rodzaju narratora i komentatora wydarzeń.
Na uwagę zasługuje na pewno dobór muzyki. Wykorzystanie utworów Marka Grechuty czy Zbigniewa Wodeckiego dodatkowo wzmacnia polski charakter przedstawienia i dobrze współgra z jego bardziej swojskim, momentami nostalgicznym tonem.
Ikoniczny finałowy taniec, który większość widzów zna z filmu w wykonaniu Madsa Mikkelsena, jest przyjemnym zakończeniem, ale niestety pozostawia lekki niedosyt. Przydałoby się trochę więcej widowiskowości i czasu w tę scenę.
Na rauszu w Teatrze STU ma świetnych aktorów, sporo energii i kilka naprawdę dobrych pomysłów teatralnych. Najlepiej wypada wtedy, gdy korzysta z możliwości teatru – angażuje widownię, wykorzystuje scenę obrotową i pozwala aktorom bawić się formą. Jednocześnie spektakl nie zawsze potrafi oderwać się od swojego filmowego pierwowzoru. Spłycenie części wątków, nierówne tempo i mocniejszy komediowy ton sprawiają, iż emocjonalna strona historii nie wybrzmiewa tak mocno, jak mogłaby. Ostatecznie jest to jednak sprawnie zagrane, momentami bardzo zabawne przedstawienie, które udanie przenosi historię Vinterberga na polski grunt, choć nie wszystkie możliwości, jakie daje teatralna forma, wykorzystuje w pełni.
fot. główna: Teatr STU / Radek Krzyżowski















