Kinematografia turecka nie jest w Polsce szczególnie popularna, ale jeżeli już ktoś jej liznął, to jest prawdopodobnie w jednej z dwóch grup – wśród widzów telewizyjnych bądź miłośników festiwali. Ci pierwsi z pewnością nie raz natrafili na przedramatyzowane sagi rodzinne, wypełniające ramówki kanałów serialowych; ci drudzy zaś kojarzą długie, poetyckie ujęcia z dzieł Nuriego Bilge Ceylana nagradzanych za granicą i ściąganych nad Wisłę przez Romana Gutka. Zarysowując taki dualizm, może uproszczony, ale dość obrazowy, "To, co zabijasz" plasowałoby się gdzieś w połowie drogi między pełną nadąsu telenowelą a intrygującym formalnie, acz przydługim art-house’em. Film Alirezy Khatamiego stanowi bowiem przykład międzygatunkowego kina środka, na tyle uniwersalnego, iż możliwego do oderwania od geograficznego kontekstu. Mimo iż on także jest przedmiotem fabuły.
Khatami pochodzi z Iranu, ale artystycznie od zawsze spełnia się przeważnie poza ojczyzną, rezydując na stałe w Kanadzie, którą reprezentował również w tym roku w wyścigu oscarowym. Jego poprzednie projekty osadzone były m.in. w Malezji, Tajwanie czy Chile; twórca dopiero od niedawna zaczął kręcić w kraju pochodzenia (tam powstały ostatnie "Ziemskie wersety" i "Boska komedia"). "To, co zabijasz" jest międzynarodową koprodukcją podmiotów francuskich, polskich, kanadyjskich i tureckich – dzieje się w Turcji, mówią w nim po turecku, ale wybór miejsca akcji wydaje się wynikać z pragmatycznych pobudek, nie przemyślanej koncepcji. Reżyser bierze na tapet temat rodzinnych i pokoleniowych blizn, relacji podziurawionych od korupcyjnej korozji czy degeneracji systemu. W wywiadzie podkreślał zresztą, iż pierwsza wersja scenariusza powstała w języku farsi, ale władze w Teheranie nie zgodziły się na jego realizację. Wyszło więc tak, jakby chciał nakręcić film o Iranie (o zbliżonych sprawach traktowali ostatnio Mohammad Rasoulof w "Nasieniu świętej figi" czy Jafar Panahi w "To był zwykły przypadek"), ale uciekając przed cenzurą, podobnie jak wielu rodaków, trafił do Turcji.
Największym polskim wkładem w "To, co zabijasz" są zdjęcia. Za stronę wizualną odpowiada tu Bartosz Świniarski, autor pracujący wcześniej m.in. przy "Niepamięci" Christosa Nikou, "Cichej ziemi" Agi Woszczyńskiej czy "Skrzyżowaniu" Dominiki Montean-Pańków. Dobrze widzieć, iż kolejny rodzimy operator starannie tworzy swój własny styl i powoli rozpoczyna karierę międzynarodową. Świniarski znakomicie zarządza przestrzenią, co przy opowieści silnie zakorzenionej w lynchowskim pojmowaniu miejsca i czasu, miało szczególne znaczenie. Piękno krajobrazu oraz czujność zbliżeń wyróżnia ten tytuł wśród dokonań polskich autorów zdjęć. Niuans, którego zabrakło w scenariuszu, skutecznie wykorzystano przy pomocy kamery i montażu poprzez drobne przesunięcia kadru, wydłużone ujęcia, cięcia wewnątrz dialogu odsłaniające prawdziwe oblicza czy wyraziste zbliżenia na detale.
Na pierwszym planie znajduje się tu Ali (w tej roli świetny Ekin Koç), wykładowca Uniwersytetu w Ankarze. Mężczyzna powraca na stare śmieci po dłuższym czasie, gdy realizował się za granicą. Teraz chce ułożyć sobie wszystko w głowie na nowo i spędzić trochę czasu z chorą matką. Czemu wyjechał i wszystko zostawił? Można się tylko domyślać, choć raczej nietrudno znaleźć odpowiedź. Jego dom to patriarchalne piekło, które zgotował stosujący przemoc fizyczną i psychiczną Hamit (Ercan Kesal), ojciec i głowa rodziny. Już na samym początku przychodzi pierwszy zwrot – matka umiera. To, co rozpoczyna jej śmierć, trudno określić inaczej, niż mieszanką żałobnych paranoi i odreagowania traum. Alireza Khatami akcentuje cykliczność przemocy, zwraca uwagę, iż poczucie niesprawiedliwości połączone z ludzką niemocą prawie zawsze będzie prowadzić do tragedii. A ta, gdy nie zostanie odpowiednio przepracowana, pociągnie za sobą spiralę kolejnych.
Na próżno szukać niestety w scenariuszu jakiejkolwiek świeżości, czy to w podejściu do sposobu narracji, czy w ujęciu moralnym występków postaci. Khatami dużo psychologizuje, każdemu dialogowi czy scenie nadaje przynajmniej ze dwa sensy i jeszcze kilka odczytań. Nasz bohater na każdym kroku mierzy się z piętnem pozostawionym przez ojca, a kwestie męskości, sprawczości i potencji powracają niczym bumerang, waląc Alego prosto w krocze. Za motor napędowy tej historii reżyser wybrał motyw sobowtóra-odbicia protagonisty, Rezę (Erkan Kolçak Köstendil), mężczyznę, który nagle objawia się znikąd i jest w stanie pomóc. Na kontraście dwóch sprzecznych osobowości oraz otaczających ich charakterów Irańczyk snuje rozważania na temat toksycznej męskości w świecie ogarniętym przez religijne dogmaty, konserwatywne tradycje i powszechne przekupstwo.
Zbieżność imion postaci (Ali i Reza) oraz autobiograficzne wątki, jak powrót czterdziestolatka do ojczyzny po długiej rozłące, każą patrzeć na czwarty film Alirezy Khatamiego pod kątem osobistym. I to by wyjaśniało, skąd tak wielka była u Persa potrzeba opowiedzenia w tym niespełna dwugodzinnym metrażu o każdym możliwym akcencie tej historii, podkręcenia dawki żalu i brutalności życia. "To, co zabijasz" przepełnia ten specyficzny rodzaj patosu, który wymaga od widza całkowitego zaangażowania i współprzeżywania z bohaterami, mimo iż nie zawsze wydaje się to potrzebne. W połączeniu z wyrafinowanymi, precyzyjnymi zdjęciami, zalatuje to przesadą, a przede wszystkim – jest łatwo przewidywalne. Kipiąca gdzieś pod spodem komedia absurdów i uszczypliwości zawartych w dialogach została finalnie uduszona przez zaduch rozliczeń. Gdy wiele się przeszło, nietrudno przekroczyć granicę między przepracowywaniem osobistych wspomnień a wylewaniem goryczy. Tutaj emocje wzięły górę.
Khatami pochodzi z Iranu, ale artystycznie od zawsze spełnia się przeważnie poza ojczyzną, rezydując na stałe w Kanadzie, którą reprezentował również w tym roku w wyścigu oscarowym. Jego poprzednie projekty osadzone były m.in. w Malezji, Tajwanie czy Chile; twórca dopiero od niedawna zaczął kręcić w kraju pochodzenia (tam powstały ostatnie "Ziemskie wersety" i "Boska komedia"). "To, co zabijasz" jest międzynarodową koprodukcją podmiotów francuskich, polskich, kanadyjskich i tureckich – dzieje się w Turcji, mówią w nim po turecku, ale wybór miejsca akcji wydaje się wynikać z pragmatycznych pobudek, nie przemyślanej koncepcji. Reżyser bierze na tapet temat rodzinnych i pokoleniowych blizn, relacji podziurawionych od korupcyjnej korozji czy degeneracji systemu. W wywiadzie podkreślał zresztą, iż pierwsza wersja scenariusza powstała w języku farsi, ale władze w Teheranie nie zgodziły się na jego realizację. Wyszło więc tak, jakby chciał nakręcić film o Iranie (o zbliżonych sprawach traktowali ostatnio Mohammad Rasoulof w "Nasieniu świętej figi" czy Jafar Panahi w "To był zwykły przypadek"), ale uciekając przed cenzurą, podobnie jak wielu rodaków, trafił do Turcji.
Największym polskim wkładem w "To, co zabijasz" są zdjęcia. Za stronę wizualną odpowiada tu Bartosz Świniarski, autor pracujący wcześniej m.in. przy "Niepamięci" Christosa Nikou, "Cichej ziemi" Agi Woszczyńskiej czy "Skrzyżowaniu" Dominiki Montean-Pańków. Dobrze widzieć, iż kolejny rodzimy operator starannie tworzy swój własny styl i powoli rozpoczyna karierę międzynarodową. Świniarski znakomicie zarządza przestrzenią, co przy opowieści silnie zakorzenionej w lynchowskim pojmowaniu miejsca i czasu, miało szczególne znaczenie. Piękno krajobrazu oraz czujność zbliżeń wyróżnia ten tytuł wśród dokonań polskich autorów zdjęć. Niuans, którego zabrakło w scenariuszu, skutecznie wykorzystano przy pomocy kamery i montażu poprzez drobne przesunięcia kadru, wydłużone ujęcia, cięcia wewnątrz dialogu odsłaniające prawdziwe oblicza czy wyraziste zbliżenia na detale.
Na pierwszym planie znajduje się tu Ali (w tej roli świetny Ekin Koç), wykładowca Uniwersytetu w Ankarze. Mężczyzna powraca na stare śmieci po dłuższym czasie, gdy realizował się za granicą. Teraz chce ułożyć sobie wszystko w głowie na nowo i spędzić trochę czasu z chorą matką. Czemu wyjechał i wszystko zostawił? Można się tylko domyślać, choć raczej nietrudno znaleźć odpowiedź. Jego dom to patriarchalne piekło, które zgotował stosujący przemoc fizyczną i psychiczną Hamit (Ercan Kesal), ojciec i głowa rodziny. Już na samym początku przychodzi pierwszy zwrot – matka umiera. To, co rozpoczyna jej śmierć, trudno określić inaczej, niż mieszanką żałobnych paranoi i odreagowania traum. Alireza Khatami akcentuje cykliczność przemocy, zwraca uwagę, iż poczucie niesprawiedliwości połączone z ludzką niemocą prawie zawsze będzie prowadzić do tragedii. A ta, gdy nie zostanie odpowiednio przepracowana, pociągnie za sobą spiralę kolejnych.
Na próżno szukać niestety w scenariuszu jakiejkolwiek świeżości, czy to w podejściu do sposobu narracji, czy w ujęciu moralnym występków postaci. Khatami dużo psychologizuje, każdemu dialogowi czy scenie nadaje przynajmniej ze dwa sensy i jeszcze kilka odczytań. Nasz bohater na każdym kroku mierzy się z piętnem pozostawionym przez ojca, a kwestie męskości, sprawczości i potencji powracają niczym bumerang, waląc Alego prosto w krocze. Za motor napędowy tej historii reżyser wybrał motyw sobowtóra-odbicia protagonisty, Rezę (Erkan Kolçak Köstendil), mężczyznę, który nagle objawia się znikąd i jest w stanie pomóc. Na kontraście dwóch sprzecznych osobowości oraz otaczających ich charakterów Irańczyk snuje rozważania na temat toksycznej męskości w świecie ogarniętym przez religijne dogmaty, konserwatywne tradycje i powszechne przekupstwo.
Zbieżność imion postaci (Ali i Reza) oraz autobiograficzne wątki, jak powrót czterdziestolatka do ojczyzny po długiej rozłące, każą patrzeć na czwarty film Alirezy Khatamiego pod kątem osobistym. I to by wyjaśniało, skąd tak wielka była u Persa potrzeba opowiedzenia w tym niespełna dwugodzinnym metrażu o każdym możliwym akcencie tej historii, podkręcenia dawki żalu i brutalności życia. "To, co zabijasz" przepełnia ten specyficzny rodzaj patosu, który wymaga od widza całkowitego zaangażowania i współprzeżywania z bohaterami, mimo iż nie zawsze wydaje się to potrzebne. W połączeniu z wyrafinowanymi, precyzyjnymi zdjęciami, zalatuje to przesadą, a przede wszystkim – jest łatwo przewidywalne. Kipiąca gdzieś pod spodem komedia absurdów i uszczypliwości zawartych w dialogach została finalnie uduszona przez zaduch rozliczeń. Gdy wiele się przeszło, nietrudno przekroczyć granicę między przepracowywaniem osobistych wspomnień a wylewaniem goryczy. Tutaj emocje wzięły górę.


















