Muzyka to ulotność pierwszego wrażenia. Bartosz Chajdecki o „Pojedynku” i nie tylko

film.org.pl 15 godzin temu
Zdjęcie: bartosz chajdecki


Bartosz Chajdecki – kompozytor znany z pracy przy takich produkcjach jak „Czas honoru”, „Bogowie”, „Różyczka 2” i „Simona Kossak„, za którą otrzymał MocArta RMF Classic– w „Pojedynku” mierzy się z materią wyjątkowo subtelną: godnością, ciszą i ukrytym napięciem bohatera. W rozmowie z Martyną Janasik dla film.org.pl opowiada o niewidzialności muzyki, pierwszym wrażeniu widza, współpracy z Łukaszem Palkowskim i o tym, dlaczego czasem najważniejsze jest… milczenie fortepianu.

Martyna Janasik, film.org.pl: Na premierze pytałam obsadę o godność – czy jest czymś, co można człowiekowi odebrać, czy raczej czymś, co możemy sami oddać. W twoim przypadku to pytanie wydaje się szczególne, bo operujesz czymś niewidzialnym – muzyką.

Muzyka jest niewidzialna, więc jeżeli chodzi o doświadczanie materii niewidzialnej, to muzycy być może mają nieco większą łatwość niż inni. Dla mnie jednym z najbardziej wstrząsających miejsc było muzeum w Treblince – właśnie dlatego, iż pokazuje coś, czego już nie ma, przemijanie, także tej zbrodni, która nagle staje się niewidzialna i rozpływa się w powietrzu. Zostaje tylko pamięć, coś niematerialnego. To jest najlepsze muzeum do opisania muzyką, bo muzyka jest dokładnie taka sama – pojawia się, przechodzi przez nas i znika. Jest ulotna. jeżeli chodzi o godność – różni ludzie mogą próbować nam ją odebrać, ale jeżeli jest w nas silna, to tylko od nas zależy, czy ją oddamy.

Wspomniałeś o Treblince – czy odwiedziłeś to miejsce w ramach przygotowań do pisania muzyki do filmu „Pojedynek”?

Nie. Zostałem zaproszony do współpracy z tym muzeum kilka lat temu. Ta kooperacja się nie poukładała, ale samo doświadczenie miejsca było bardzo silne. To świadomość, jak zło potrafi się zakamuflować i zaniknąć. Jak coś potężnego nagle znika. I jak bardzo przypomina to muzykę – coś, co jest i potem znika bez śladu. Pomyślałem też o sobie – iż jestem osobą, która zostawia po sobie bardzo mało śladów. Nie zasiedlam przestrzeni. Może muzyk ma w sobie taki kod.

Czy w „Pojedynku” muzyka miała komentować historię czy ją dopełniać?

To było ciekawe, bo od początku planowaliśmy, iż muzyka będzie tu główną siłą napędową. Na potrzeby filmu stworzyłem adekwatnie cały koncert fortepianowy, ale kiedy zaczęliśmy pracę z Łukaszem Palkowskim, zorientowaliśmy się, iż to historia pianisty, który się ukrywa i nie chce grać. Gdybyśmy od początku mocno grali fortepianem, zdradzilibyśmy bohatera. Dlatego fortepian pojawia się bardzo delikatnie – nieśmiało, żeby go nie zdradzić. Muzyka ostatecznie musiała poczekać na swój moment.

Pracujecie z Łukaszem Palkowskim od lat. Czego nauczyłeś się dzięki tej współpracy?

Że jestem przekorny. Czasami złośliwy jako kompozytor (śmiech). Słucham reżysera, ale staram się to przetworzyć i dodać coś swojego. Przy Łukaszu musiałem nauczyć się, iż lubię gitary elektryczne – wcześniej ich nie lubiłem, ale kooperacja z Łukaszem to zmieniła. Nauczył mnie też pewnego luzu. Jestem raczej spięty przy pracy, a on stawia na atmosferę bezpieczeństwa i dobrej komunikacji. Z jednej strony ma wysokie wymagania, z drugiej – otwartość i przestrzeń na poszukiwania.

Czy długofalowa kooperacja daje większą wolność czy rodzi większe oczekiwania?

W przypadku kompozytora to wygląda inaczej, bo zwykle dołączamy na końcu. Dla mnie projekt trwa kilka miesięcy, choćby jeżeli inni pracowali nad nim latami. Każda kooperacja jest inna. Z Łukaszem pewne ścieżki są kontynuowane, więc kolejne projekty są bardziej efektywne. Natomiast są reżyserzy, jak Maciej Pieprzyca, którzy za każdym razem chcą zrobić coś inaczej. To wszystko sprawia, iż ta praca się nie nudzi.

Kiedy wiesz, iż masz motyw przewodni?

Nie wierzę w pisanie motywów „na siłę”. To się dzieje, kiedy historia zaczyna we mnie pracować – pojawia się relacja z bohaterem i zaczyna się opowieść muzyczna. Dopiero później wybiera się motyw, który jest najsilniejszy. Zawsze przychodzi moment zwątpienia – czy to jest dobre, czy wystarczające. Tworzenie to zmaganie się ze sobą, ale to też pozwala lepiej rozumieć bohaterów.

Czego widz nie słyszy, a ty zawsze słyszysz?

Każdą sekundę, którą chciałbym zmienić (śmiech). Kompozytor jest poniekąd pierwszym widzem. Dołączamy późno, gdy film jest niemal gotowy, więc mamy świeże spojrzenie. Pierwszy kontakt z filmem jest kluczowy. Ja robię wtedy bardzo dużo notatek – czasem 40 stron. To wynika z pracy w teatrze, gdzie nie ma „cofania”. Trzeba wszystko złapać od razu. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze, bo widz ogląda film pierwszy raz i często tylko raz. Niektórzy reżyserzy traktują to jako “wartość dodaną” kompozytora.

Czy muzyka filmowa bez obrazu traci czy zyskuje?

Są dwie szkoły. Ja uważam, iż dobra muzyka filmowa potrafi istnieć samodzielnie. Muzyka przedłuża pamięć o filmie. Nie każdy ma czas, by powtórzyć sobie seanse ulubionych filmów. Z kolei muzyka może mu towarzyszyć choćby w drodze do pracy. Muzyka budzi coś w ciele, co potrafi przenosić w czasie. To dlatego najczęściej zapamiętujemy muzykę z filmów o dużym ładunku emocjonalnym – dramatów, filmów historycznych. Rzadziej z komedii.

Zostałeś jurorem na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. Trudniej oceniać czy tworzyć?

Bałem się tego bardzo, w pierwszym odruchu chciałem choćby odmówić. Jednak Magnus von Horn, który prowadził jury, powiedział jasno: żadnej kalkulacji, tylko emocje. To mnie przekonało. I to było fantastyczne doświadczenie. Bez presji, w świetnej atmosferze, ze znakomitymi ludźmi. Z dużej niepewności zrobiła się ogromna radość. Było to dla mnie duże osobiste wyróżnienie, ale też odebrałem to zaproszenie jako docenienie roli kompozytorów.

Czego dziś szukasz w muzyce?

Kiedyś szukałem napięcia. Teraz uczę się spokoju. Z wiekiem człowiek łagodnieje. Już nie biegnę – raczej idę, czasem spaceruję. Szukam nowych odcieni.

Na koniec powiedz co dalej u ciebie muzycznie w tym roku?

Mam sporo produkcji do końca roku, ale nie mogę jeszcze o nich mówić. Mogę tylko powiedzieć, iż to kontynuacje współpracy i nowe projekty. Największym wyróżnieniem jest dla mnie to, iż ktoś chce ze mną pracować. To trudna i stresująca, a dziś wręcz niepewna profesja, ale robi się ją z miłości.

Idź do oryginalnego materiału