Muzyka to mój ogień i moje życie

tygodnikprogram.com 1 godzina temu

Andrzej Piaseczny to bardzo znany i ceniony polski piosenkarz, tekściarz, aktor i osobowość telewizyjna. Zdobywca wielu nagród, między innymi czterech Superjedynek, Wiktora, Fryderyka, Telekamery czy Eska Music Award. Jego przeboje “Budzikom śmierć”, “Prawie do nieba”, “Mocniej” czy “Choć, przytul, przebacz” do dziś zna na pamięć każdy Polak. Z artystą rozmawiamy przed koncertem, który odbędzie sie 20 września w Joe’s Live w Rosemont.

Zacząłeś śpiewać już jako mały chłopiec w szkolnym zespole “Cavatina”. Czy od początku wiedziałeś, iż będziesz muzykiem, czy po drodze miałeś jeszcze inne pomysły dotyczące Twojej kariery zawodowej?

Najpierw oczywiście chciałem być strażakiem. Później złodziejem, ale to drugie być może z powodu zbyt częstego podglądania z sąsiedniego pokoju, kiedy rodzice w telewizji oglądali słynny serial “Kojak”. Kiedy zorientowali się, co się dzieje i ukrócili ten proceder a ja zacząłem o sobie myśleć na poważnie. Wtedy do głosu doszła muzyka. Tak, oczywiście muzyka to mój ogień i moje życie, nie tylko zawodowe. Z drugiej strony, im jestem starszy, choć nie przywiązuje zbyt wielkiej wagi do upływu czasu, potrzebuję coraz większy jego ilości na realizowanie swoich innych pasji.

Jak wspominasz swój udział w koncercie “Debiuty” podczas Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Był rok 1992. Czy byłeś bardziej przerażony, czy zachwycony?

Pamiętam tamten występ jako mieszankę jednej i drugiej emocji. To było moje pojawienie się po raz pierwszy na naprawdę dużej scenie, wiąże się jednak z nim pewna historia, którą teraz po latach mogę opowiedzieć. Większość debiutantów, adekwatnie wszyscy występowali z towarzyszeniem big bandu. Mieliśmy choćby na festiwalu takie warsztaty, na których przygotowywaliśmy się do tego występu i tam na bieżąco orkiestra uczyła się poszczególnych piosenek. Kiedy przyszła moja kolej, a miałem do swojej piosenki uprzednio przygotowany półplayback studyjny, okazało się, iż aranżacja jest zupełnie inna od tego, czego się spodziewałem. Ręce zupełnie mi opadły i chyba przesadziłem trochę z wyrażaniem emocji, bo wprawdzie pozwolono mi wystąpić ze swoim półplaybackiem, ale wydaje mi się, iż w ten sposób skreśliłem się z listy potencjalnych laureatów. Nie chcę przez to powiedzieć, iż zasługiwałem na wygraną. Zupełnie nie. Śpiewałem wtedy mocno tak sobie. No, ale te sytuacje pamiętam do dzisiaj, i choć pewnie w tej chwili zachowałbym się inaczej, to z drugiej strony wcale nie żałuję.

Przez wszystkie lata od kiedy jesteś na scenie, nosiłeś i nosisz wiele kapeluszy. Zespół “Mafia”, kariera solowa, role w serialach i filmach, kooperacja z Sewerynem Krajewskim czy Stanisławem Sojką, jesteś jurorem i trenerem w największych polskich programach rozrywkowych. Która z tych ról jest dla Ciebie najważniejsza, przynosi najwięcej satysfakcji?

Najwięcej satysfakcji zawsze przynosi ten moment, kiedy rodzi się muzyka. Niezależnie od tego, czy jest to przygotowywanie programu koncertowego, czy nagrania. Ten płomyk, który pojawia się gdzieś w głowie, czasem nie pozwala zasnąć, a czasem budzi nas zbyt wcześnie. Właśnie teraz przeżywam coś takiego, dlatego wiem, iż te wszystkie inne role, choćby były najbardziej choćby przyjemne, nigdy nie zastąpią tego prawdziwego żaru.

W 1998 roku wydana została Twoja książka biograficzna w postaci wywiadu – rzeki pt. “Piasek. O sobie samym”. Miałeś wtedy zaledwie 27 lat! Czy z perspektywy czasu nie uważasz, iż to było za wcześnie i czy planujesz napisać kolejną, uaktualnioną autobiografię?

Z perspektywy czasu w ogóle uważam, iż biografię lepiej pisać o kimś, kiedy już przeminie. Zupełnie serio. Oczywiście każdy z nas ma prawo do opowiadania własnych historii w sposób jaki chce je opowiedzieć, niemniej wydaje mi się, iż to zawsze jest jakieś koloryzowanie rzeczywistości. Nie to, żeby moje życie nie było ciekawe. Na pewno obfitowało w wiele zwrotów, a choćby kąsków, którymi byłyby zainteresowane zarówno społeczności fanów jak i kolorowych periodyków. Ale kiedy ktoś interesuje się moją postacią tak naprawdę, dokładnie wie, iż daleko mi do chęci codziennego interesowania sobą. Daleko mi do ścianek i rautów. W życiu, jak sądzę, najbardziej interesujące jest ono samo. Przeżywanie życia jest, przynajmniej dla mnie, znacznie bardziej fascynujące niż tworzenie medialnych burz.

W 2005 roku wziąłeś udział w nagraniu płyty “Słowa”, na której znalazły się piosenki skomponowane do wierszy Jana Pawła II, a później razem ze Staszkiem Sojką stworzyliście album “W blasku światła”, z muzyką ilustrującą poematy Karola Wojtyły. Czy religia przez cały czas jest ważna w Twoim życiu i czy po drodze Ci z dzisiejszym Kościołem katolickim?

Czy to pytanie o doskonałość nas samych? No bo przecież jeżeli szukać absolutu, to właśnie w Bogu, nie w ludziach. Istota boska to nieskończona miłość. To jest istota wiary. Kiedy ktoś pyta mnie o kościół, wolałbym w tym pytaniu widzieć zainteresowanie przymiotami absolutu, nie hierarchii. Hierarchia to ludzie. Czasem mądrzy, czasem głupi. Jak to ludzie. Ja w tę miłość wierzę, więc jestem wierzący. To, iż czasem ktoś wolałby nie widzieć mnie w kościele, nie dotyka mnie zupełnie. Proszę zwrócić uwagę na słówko czasem. W gruncie rzeczy zdarza się to naprawdę bardzo rzadko. Mógłbym ten temat rozwijać bardzo długo, ale zawsze z szacunkiem dla wiary i ludzi wierzących.

W 2022 roku zaśpiewałeś piosenkę “Ania”, która była ilustracją muzyczną do filmu dokumentalnego o Annie Przybylskiej. Graliście wcześniej przez wiele lat razem w słynnym serialu “Złotopolscy”. Czy w życiu prywatnym również się przyjaźniliście? Czy podczas tworzenia muzyki do tego filmu przez cały czas towarzyszyły Ci silne emocje? Ania nie żyła już od ponad 8 lat…

To bardzo ważna piosenka dla mnie. Zanim powstała, zanim pomyślano o nakręceniu filmu o Ani Przybylskiej, często zdarzało mi się grając na koncertach piosenkę „Złoty środek” z filmu Złotopolscy i symbolicznie patrzeć w górę. To bardzo ważne, żeby pamiętać wszystkich ludzi, którzy dali nam choć odrobinę czegoś dobrego w życiu. Może troszkę licząc na to, żebyśmy sami byli kiedyś pamiętani? Choć oczywiście kiedy nas zabraknie, świat nie stanie w miejscu, jak nie stanął, kiedy Ania odeszła. Przyjaźniliśmy się, choć wcale nie spotykaliśmy się bardzo często, kiedy serial przestał być kręcony. Ja mówiłem do niej Anka, ona do mnie Piaseczny. Teraz spotykam się co jakiś czas z mamą Ani. Matka zawsze nosi w sobie ból straty dziecka, ale proszę mi wierzyć, iż zawsze wspominamy wtedy wyłącznie uśmiechnięte przypadki z naszego życia. To jeszcze ładniejsze niż piosenka.

Wykładasz interpretację wokalną na tej samej uczelni w Kielcach, której jesteś absolwentem. Czy dużą satysfakcję sprawia Ci praca z nowym narybkiem? Jak bardzo różni się ta szkoła dzisiaj od tej, w której Ty się uczyłeś?

Prawdę mówiąc nie mam zbyt wiele czasu dla studentów. Prowadzę ciągle bardzo intensywne życie koncertowe, a jak powiedziałem wcześniej, w głowie też rodzą się pomysły na nowe realizację nagraniowe. Tak czy inaczej zawsze uważam, iż spotkanie się z kimś kogo można czegoś nauczyć, jest tej samej mierze samodzielnym uczeniem się. Ukończyłem szkołę ponad 30 lat temu, w tym czasie świat ogromnie się zmienił. Zmieniło się wszystko, co wiąże się z debiutem, sposobem pojawiania się w przestrzeni świadomości publiczności, sposobem dotarcia do tej publiczności. Zmieniła się też muzyka i to jest nieuchronne. Są jednak elementy, które nigdy się nie zmieniają. Moda zawsze będzie modą, a rzemiosło, szczególnie dobrze wykonane, zawsze będzie czymś, co warto więcej niż zauważać. Hołubić nawet. Pracuję ze studentami właśnie nad tym rzemiosłem. To, czy komuś później uda się naprawdę zaistnieć, to mieszanka determinacji, tego właśnie rzemiosła, ale też wielkiego szczęścia, które nam wszystkim potrzebne.

W 2021 roku zostałeś “Mężczyzną Roku” magazynu “Glamour”. Jakie to uczucie? Czy uważasz, iż strój, wizerunek sceniczny i prywatny mogą pomóc lub zaszkodzić w karierze artystycznej?

Wizerunek na pewno ma znaczenie. Może pomóc, może zaszkodzić. To wszystko zależy od grupy odbiorców. Od czasów, od rynku. Patrząc na historię muzyki, nie tylko rozrywkowej, było w niej pełno szaleńców i indywiduów. Oczywiście przeplatających się z osobowościami, które chciałoby się, albo które przytulały do serca. Wielcy artyści potrafią być potworami. Jak świat światem Marketing, również muzyczny, polega na eksponowaniu tego co przyciąga i ukrywaniu tego co odpycha. Najlepiej po prostu być sobą.

Na koniec zapytam o Twoją widownię. Czy czujesz jakąś różnicę pomiędzy koncertami granymi w Polsce, a tymi, w których grasz za granicą dla polskiej Polonii?

Kiedy wyprawiamy się aż tak daleko, zawsze chce się dać z siebie coś więcej. Proszę mnie dobrze zrozumieć, to nie jest tak, iż nasze koncerty w kraju są mniej interesujące… jednak faktycznie zawsze zastanawiamy się czy coś dodać, może z zespołem jesteśmy troszkę bardziej skłonni do bisowania… no i te miejsca w których się gra u was, są troszkę bardziej otwarte. Bardzo lubię taki klimat barowy. Wiem oczywiście, iż trzeba uważać z prędkością wpuszczania do organizmu płynów towarzyszących muzyce to jest jednak zawsze zabawa i uśmiech. Ja też bardzo dużo się uśmiecham, rozmawiam z moją publicznością i dlatego ona również szeroko się uśmiecha. Na to liczę również i tym razem. Doczekać się nie mogę prawdę mówiąc.

Bardzo dziękuję za rozmowę. My również czekamy z niecierpliwością na koncert.

I ja dziękuję.

Z Andrzejem Piasecznym rozmawiała Ella Wojczak z The Polish Theatre Institute in the USA

Idź do oryginalnego materiału