Piotr Tkacz: Czego ostatnio słuchasz?
Karol Majerowski: Różnych rzeczy, ale mam zajawę na dudy barokowe, jest na przykład taki wykonawca François Lazarevitch grający na musette de cour. Zacząłem też wertować katalog Pointless Geometry, w końcu znalazłem na to czas, tu szczególnie zapadł mi w pamięć Gary Gwadera i jego reinterpretacja muzyki ludowej. Odświeżyłem sobie również ostatni siedmiopłytowy boks Tomasza Stańki, świetna rzecz! Z tej muzyki słuchanej w domu to wiadomo także Nocna Strefa w Dwójce, zwłaszcza audycje Krzyśka Dziuby i Hani Szcześniak. Jeszcze Henry Purcell i Wolfgang Amadeus Mozart, przypomina mi się też płyta z muzyką bliskowschodnią zespołu Dwarfs of East Agouza.
PT: Kojarzę ich!
KM: To jest dobra rzecz, taki egipski krautrock. Oprócz tego zawsze polska muzyka ludowa, różne nagrania archiwalne, też bardziej oniryczny jazz, jak Alice Coltrane czy Miles Davies z lat 70. Interesuje mnie głównie muzyka instrumentalna, choćby dwie płyty Orkiestry Czasów Zarazy, gdzie jest dużo dud w połączeniu z barokiem – dawne brzmienia.
PT: A gdybyśmy mieli się cofnąć do początków We Call It A Sound, to czego wtedy słuchałeś, co was inspirowało?
KM: Głównie to była amerykańska muzyka indie: Fleet Foxes, Gang Gang Dance, Animal Collective w dużych ilościach.

fot. z archiwum Karola Majerowskiego
Także rock progresywny – King Crimson, trochę Floydów. Do tego Blur, próbuję sobie przypomnieć, co na tej półce wtedy stało…
PT: A jakiś avant-pop czy tak zwana emotronika, czy to was w ogóle interesowało?
KM: Bardziej jako okazjonalnie słuchane na OFF-ie. Pamiętam Massive Attack i Björk, co tam jeszcze było…
PT: Múm?
KM: Też, a choćby bardziej Sigur Rós. No i trochę takiej klasyki, tzn. klasyki lat 80., The Clash czy Talking Heads. Jeszcze Mogwai, w ogóle postrockowe rzeczy były inspirujące wtedy, to były czasy liceum.
PT: No tak, ale wy to staraliście się zamknąć w takiej formie 3–5 minutowych piosenek, a nie tworzyć postrockowe suity.
KM: To wynikało z kilku rzeczy. Przede wszystkim mieliśmy wtedy przeczucie, iż nasza muzyka nie może trwać zbyt długo, to może efekt naszej młodzieńczej natury, nie byliśmy skłonni do kontemplacyjnego podejścia do muzyki. Mieliśmy potrzebę zamykania tego w formy piosenkowe, no bo tak wtedy te zespoły grały. Te postrockowe może bardziej rozlegle, a my nie mogliśmy się nadziwić, jak taka muzyka może powstawać. Tworzenie utworów po 7–8 minut, gdzie się kilka zmienia, nie dawało nam satysfakcji.

fot. z archiwum Karola Majerowskiego
My celowaliśmy raczej w takie utwory, jakie robili Animal Collective czy Gang Gang Dance. Sugerowaliśmy się tym, iż forma musi być zamknięta i muszą to być piosenki – pokombinowane, eksperymentalne, ale jednak z wyraźnym początkiem i końcem.
Może wstyd się przyznać, ale zdawało nam się, iż takie są standardy radiowe…
PT: Chcieliście być w radiu.
KM: Podświadomie chyba. Trzy, cztery, pięć minut…
PT: Pięć to już za dużo!
KM: Tak, dlatego potem był problem z wyborem singla. No ale była to kwestia obcowania z taką właśnie muzyką.
PT: Choć wspomniałeś też Floydów, więc były też inne wzorce, można było polecieć.
KM: To prawda, aczkolwiek wtedy to chyba przerastało moje umiejętności złożenia tego w zwartą całość. Miałem wrażenie, iż mi się to rozlatuje, nie potrafiłem pisać tak długiej i tak spójnej muzyki.
PT: Gdybyśmy mieli prześledzić waszą ewolucję, bo ja wróciłem dziś do waszych wczesnych płyt, i gdyby chcieć to na gwałtownie naszkicować, to dwie pierwsze są właśnie takie czysto piosenkowe, potem jest „Trójpole”, gdzie wprowadzane są motywy, nazwijmy to, ludowe, no i następnie „Hejnały” i „Wiwaty”. A jak ty to widzisz – czy jest może coś w tych pierwszych płytach, co przedostało się na te ostatnie?
KM: Wydaje mi się, iż jest. Pewna nostalgiczność w melodyce stanowi zdecydowany łącznik muzyki na tych albumach. Nie jest ona taka energetyczna, prosto w twarz, są raczej wolne tempa, melancholijne brzmienie. No i taka skłonność do muzyki barwnej, mniej radykalnej w brzmieniu czy agresywnej. Ta muzyka nigdy nie miała uderzać słuchacza, ale raczej wprowadzać subtelnie w nasz świat. Jest w tym pewna delikatność i melancholia, to na poziomie emocjonalnym. A na poziomie muzycznym to choćby ostatnio miałem wrażenie, iż pewne plamy brzmieniowe w utworze „Do południa” przypominają ostatni utwór z pierwszej płyty, są tam takie syntezatory na końcu.
PT: A jak ta ludowość czy tradycja zaczęła się przedostawać do muzyki, to jakimi drogami i jak w ogóle ona znalazła się w twoim życiu?
KM: Już na etapie pierwszej płyty słuchałem dużo Kapeli ze Wsi Warszawa, której pierwsze kilka płyt do dzisiaj bardzo lubię i miałem poczucie, iż dużo się w folku dzieje, dużo słuchałem wtedy Fleet Foxes czy Joanny Newsom. Bardzo mnie to inspirowało, iż oni się odwołują do tradycji, do muzyki, która powstała w warunkach pewnej izolacji, w lokalnych społecznościach, i zastanawiałem się, czy można coś takiego zrobić z polską muzyką. Interesowało mnie, jak muzykę ludową można wykorzystać do swoich artystycznych potrzeb, wyrażając tym samym przywiązanie do miejsca, z którego pochodzę. Bo był to moment przeprowadzki z małej wsi do Poznania, zacząłem wtedy dostrzegać, co w otoczeniu tej mojej wsi mi się podoba. Zauważyłem, iż zawsze jak tworzę muzykę, to myślę o tym miejscu, o tych drzewach, o tej rzece, o tych łąkach. Stwierdziłem, iż musi istnieć jakieś połączenie między ekspresją artystyczną a miejscem pochodzenia czy też przeżywania. Zacząłem szukać i znalazłem płytę „Muzyka źródeł: Wielkopolska” wydaną przez Polskie Radio. I jak tylko to usłyszałem, to pomyślałem: ej, to jest moje, bardzo to odczułem. Zacząłem to zgłębiać, ale kierując się bardziej intuicją. No i wtedy się okazało, iż za tą kurtyną jest bardzo interesujący świat – historii, etnomuzykologii, opowieści przodków. To był początek, kiedy poczułem, iż mogę tworzyć muzykę folk, tak jak to robią ludzie w innych krajach, ale w oparciu o to, czym żyli moi przodkowie.
PT: Ale czy przeniknęło to faktycznie do tych dwóch pierwszych płyt?
KM: Były to raczej przymiarki. Może był taki jeden utwór na drugiej płycie, „Nightback”, gdzie pojawiały się jakieś smyki generowane na syntezatorze, taki klimat leśnej głuszy, powiedzmy.
PT: Zastanawiam się w drugą stronę – bo mówisz o tej przeprowadzce do Poznania i była cała ta elektroniczność pierwszych płyt – iż miałeś też opcję grać miejski folk.
KM: Totalnie mnie nie interesował, nie znałem tego, nie czułem tego. Nie rozumiałem wtedy kultury w ten sposób, żeby odwoływać się do tego typu kultury lokalnej, aczkolwiek dzisiaj wiem, iż kultura ludowa to tylko jeden z wycinków rzeczywistości. Na tamten moment było to jednak coś, co pozwalało mi wyjaśniać artystycznie wiele rzeczy.
PT: Powiedz mi jeszcze: dlaczego dudy?
KM: Ponieważ był to instrument wsi, z której pochodzi cała moja rodzina, także w latach 30. i 40. jeszcze dudy wielkopolskie w Kębłowie grały, przetrwały jednak później w okolicach takich jak choćby Zbąszyń czy Bukówiec Górny.

fot. z archiwum Karola Majerowskiego
Instrument zachował się w Kębłowie, był też dudziarz, ale jako takiej tradycji wykonawczej nie było. Jednak, jako iż etnograficznie jest to instrument z regionu, z którego pochodzę ja i moja rodzina, to postanowiłem nauczyć się na nim grać.
Nie było ciągłości, nie przeżył żaden mistrz, ale stwierdziłem, iż to jest moja brama do tego świata, do tożsamości lokalnej.
PT: To miałeś ciekawą sytuację, bo z jednej strony bez mistrza jest trudno, ale z drugiej nie trzeba się buntować i można zagrać wszystko na tym instrumencie.
KM: To znaczy ja mam swojego mistrza, bo uczyłem się w poznańskim CK Zamek u pana Romualda Jędraszaka.
PT: A budowałeś swoje dudy?
KM: Nie, chociaż może kiedyś to zrobię. interesujące jest to, iż mistrzowie pana Romualda pochodzili z rejonów, z których ja pochodzę. A co do sprzeniewierzenia się tradycji, czy swobody lub jej braku, to mi nigdy nie była bliska ortodoksja. Zorientowałem się, iż choćby gdy próbuję grać w sposób tradycyjny, to jest on tradycyjny, kiedy jest moim językiem. Nie miałem obaw przed wychodzeniem poza ramy, ponieważ moje poszukiwania na tym instrumencie zaczęły się od podejścia kreatywnego. Zanim nauczyłem się grać tradycyjnie, do tańca, wiedziałem, iż chcę tworzyć i grać swoją muzykę na tym instrumencie.











