DEER DANIEL
Storm
Vintage Records, 2017
To jasne, iż indie folk (bez względu na geograficzną szerokość) od lat krąży wokół bardzo podobnych obrazów: północ, drzewa, wspólne śpiewanie i delikatna melancholia. Dlatego najciekawsze rzeczy dzieją się w nim wtedy, kiedy ta estetyka trafia na grunt trochę inny niż jej pierwotne pejzaże. Wtedy zamiast kopiowania pojawia się coś w rodzaju lokalnej translacji – muzyka zaczyna rosnąć z miejsca, w którym powstaje, z jego rytmu i powietrza.
Na debiutanckim albumie „Storm” Deer Daniel – najpewniej nieistniejący już zespół z Jeżyc – proponuje właśnie taką organiczną odmianę.
Trzy wokale splatają się w ciepłą, lekko rozproszoną harmonię, która z dużą wrażliwością prowadzi całość w przestrzeń między dźwiękami. Pianino, skrzypce i gitara akustyczna tworzą delikatną tkankę brzmieniową, w której melodie rozwijają się spokojnie, jakby wyrastały z jednego źródła, a rytm utrzymuje ten świat w miękkim, równym pulsie – bardziej kołyszącym niż napędzającym, bliższym powolnemu oddechowi natury niż scenicznej dynamice.
Inspiracje północną melancholią i anglosaskim indie folkiem pozostają wyraźne, jednak Deer Daniel traktuje je raczej jak punkt orientacyjny niż stylistyczną instrukcję. W tej muzyce wyobrażone lasy i prawdziwe miejskie przestrzenie zaczynają się przenikać: parkowe ścieżki, ogrody i podwórka nagle nabierają skandynawskiej głębi, a prosty gest wspólnego śpiewu zmienia się w coś na kształt małego rytuału.
Jakby od początku było jasne, iż najpiękniejsze rzeczy rodzą się z bliskości: ludzi, głosów i drzew.
SAWANTY
Tysiąc Stóp
wydanie własne, 2016
W polskim undergroundzie piosenka zawsze pełniła rolę dziwnego, hybrydowego tworu – trochę punkowego manifestu, trochę prywatnej poezji, trochę garażowego eksperymentu. Sawanty wyrastają właśnie z takiej tradycji. Zaczynają od energii prostego, gitarowego grania, ale gwałtownie kierują ją w stronę bardziej alternatywnej formy, w której równie ważna pozostaje surowość zespołu, jak i wyobraźnia wpisana w tekst.
„Tysiąc stóp” – płyta, która dziś świętuje swoje 10-lecie – powstawała w rytmie typowym dla wielu formacji działających na styku sceny studenckiej i klubowego podziemia: miesiące wspólnego grania w małej sali prób, powolne oswajanie materiału, aż w końcu moment, gdy piosenki zaczynają żyć własnym życiem.
I ta organiczna geneza materiału pozostaje wyraźnie słyszalna, bo Sawanty budują brzmienie wokół klasycznego rockowego instrumentarium, ale traktują je frywolnie i z dużą swobodą – gitarowe partie potrafią przejść od garażowej zadziorności do bardziej rozciągniętej, niemal psychodelicznej narracji, a sekcja rytmiczna utrzymuje całość w dynamicznym, lekko chropowatym pulsie. Najciekawszy element tej muzyki pojawia się jednak w warstwie tekstowej, wypełnionej obrazami balansującymi między absurdem, codziennością i lekką groteską.
Ten rodzaj pisania ma w sobie coś z tradycji alternatywnego rocka przełomu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, gdzie ironia i poetyckość potrafiły funkcjonować w jednym wersie, a piosenka działała jak krótki szkic literacki. „Tysiąc stóp” brzmi dzięki temu jak materiał, który wyrósł z bardzo konkretnego środowiska: prób przeciągających się do późna i przekonania, iż piosenka pozostaje najprostszą, a zarazem najbardziej pojemną formą komunikacji w szeroko pojętej muzyce gitarowej.
Sawanty pokazują drogę od surowego punkowego impulsu do bardziej wieloznacznej, alternatywnej opowieści, w której tyle dróg, ilu słuchających jej ludzi.
SIORY
Serce
Sejf & Dym, 2026
Siory to poznański projekt założony przez artystkę multimedialną Olę Winnicką – zespół funkcjonujący jednocześnie jako formacja muzyczna, performatywna i wizualna wspólnota. Ich działania łączą rap, synthpunk, choreografię i sztukę performansu, tworząc coś w rodzaju romantycznego, miejskiego aktywizmu ulokowanego między rytmem ulicznej mowy, punkową energią i wrażliwością sztuki performatywnej.
Dlatego „Serce” funkcjonuje jak wielowarstwowy organizm. Puls rapu miesza się z syntetyczną elektroniką, ambientowym rozproszeniem i momentami niemal teatralnej ekspresji.
W centrum pozostaje głos – raz bliski spoken word, raz bardziej hymniczny, innym razem przypominający fragment prywatnego monologu wyrwanego z codzienności. Akordeon i syntezatory wprowadzają do tej struktury element lekkiego rozchwiania, jakby muzyka świadomie przesuwała się między uliczną surowością a czymś znacznie bardziej intymnym.
W twórczości Sior ważna okazuje się także sama figura zespołu. Wszystko rozwija się równolegle z choreografią, kostiumem i performansem, dzięki czemu projekt zaczyna funkcjonować jak mały, autonomiczny świat – przestrzeń wspólnoty i opowieści o doświadczeniu kobiecości, pamięci rodzinnej i społecznych napięć. Teksty Winnickiej prowadzą tę narrację w sposób bezpośredni, emocjonalny i pełen obrazów, które balansują między miejską prozą a symbolicznym językiem buntu.
„Serce” to romantyczny rewolucjonizm: muzyka o solidarności, o potrzebie zmiany i o energii wspólnoty, która rodzi się tam, gdzie sztuka spotyka się z życiem, które często zwyczajnie boli.
Od autora:
Kiedy w połowie 2018 roku na portalu pojawił się pierwszy odcinek comiesięcznego cyklu „Muzyka bezcenna w Wielkopolsce”, miałem z tyłu głowy tę prostą, trochę naiwną myśl: iż da się jeszcze pisać o muzyce nieklikalnej, niepodpinanej pod algorytmy, a jednak potrzebnej – bo robionej z pasją i poza rynkową tresurą. Ten cykl od początku miał jasną zasadę: polecać albumy twórców z naszego regionu, które można pobrać legalnie za darmo – muzykę „bezcenną” w tym sensie, iż jej wartość nie sprowadza się do ceny, a jej sens nie mieści się w zasięgach, trendach i tabelkach.
Dziś, domykając tę historię na 94. odcinku, lubię spojrzeć na nią również od strony liczb: 94 odcinki to niemal 300 opisanych płyt. To zapis tego, jak różnorodnie i jak odważnie potrafi brzmieć Wielkopolska, gdy tworzy po swojemu. Po drodze było wszystko: gitarowy kurz, elektroniczne odklejenia, ambientowe półmroki, hałas, który robił miejsce w głowie, oraz dźwięki tak kruche, iż trzeba je było łapać jak oddech. I – co dla mnie najważniejsze – była Wielkopolska, która z odcinka na odcinek potwierdzała, iż brzmi naprawdę dobrze. Każda seria ma jednak swój rytm i swoje domknięcie.
Chcę Wam podziękować – za czytanie, podsuwanie tropów, wiadomości, za zaufanie do rzeczy dziwnych, czasem trudnych, często kompletnie spoza obiegu. I chcę podziękować artystom: za to, iż tak często puszczając swoją pracę w wolny obieg, ryzykując, iż przepadnie w szumie, ale wierząc, iż gdzieś po drugiej stronie ekranu jest ktoś, kto naprawdę słucha.
Jeśli mogę zostawić na koniec jedną prośbę, to tylko tę: sięgajcie głębiej. Chadzajcie na koncerty w małych salach, kupujcie płyty, kiedy możecie i udostępniajcie dobre rzeczy znajomym. Do zobaczenia na portalu – w kolejnych tekstach i rozmowach, które jeszcze przede mną (i przed nami). Dziękuję, iż byliście częścią „Muzyki bezcennej w Wielkopolsce”.
