Moja była żona planowała zabrać mi pół domu w sądzie, ale nie przewidziała, iż przygotowałem się na ten scenariusz z wyprzedzeniem

newskey24.com 4 dni temu

Mój związek z byłą żoną skończył się a jakże w sądzie. Kto winien, kto niewinny? Dajcie spokój, w małżeństwie zawsze są winne dwie strony. Trzeba być mistrzem, by zwalić wszystko na jedną osobę.
Do rzeczy moja druga żona, Aldona, postanowiła, iż jednak nie jestem żyłą złota i znalazła sobie kochanka. Typowy polski sukces przedsiębiorca z aspiracjami, który pięć lat temu pojawił się w Poznaniu i założył modną kawiarnię, gdzie kawa kosztuje jak obiad w barze mlecznym. Na początku Aldona udawała, iż choćby nie zna tego pacana, a potem już jej się nie chciało chociażby zamykać drzwi od pokoju, kiedy do niego pisała.
I wtedy dramat w czterech aktach przyszła do mnie, mówiąc, iż składa pozew o rozwód i żąda połowy naszego mieszkania. Liczyła, iż zrobię histerię, stanę na rzęsach albo chociaż się rozpłaczę. Ale mieszkanie? Kochani, ten blok to był efekt mojej własnej, uczciwej harówki, finansowany przez lata z wypłaty w złotówkach, nie jej oszczędności z kieszonkowego. Przez dwa lata po prostu sobie tam mieszkała i smażyła jajecznicę na mojej patelni. Tyle jej zasług.
Zachowałem się jak rasowy stoik z Żoliborza. Nie przekonywałem jej, żeby się nie sądzić. Czekałem tylko, aż przegra sprawę i ze zbolałą miną zabuli opłatę sądową w złotych polskich. Miałem już przyjemność z sądami przez pierwszą żonę, Jolantę. Ta sprawa ciągnęła się, aż zapomniałem, czemu się rozwodzimy. Każde spotkanie w sądzie kończyło się awanturą, jakbyśmy brali udział w „Klanie”.
Jolanta jednak nie była głupia i znalazła adwokata, co doczepiłby się choćby do ciastek dołączonych do kawy. Finalnie wyszło na jej, połowę majątku zgarnęła, razem z mieszkaniem po tatusiu.
Ale przy Aldonie już wiedziałem, z czym to się je. Mieszkanie, które sam własnoręcznie remontowałem, jeszcze zanim pomyślałem o drugim ślubie, było sprytnie przepisane na mojego brata, Piotrka. Do niego mam zaufanie jak do własnego portfela po wypłacie wiem, co mam. Kiedy przyszło do rozwodu, nagle okazało się, iż nie mam nic wartościowego poza starym rowerem stacjonarnym i wspomnieniami po nieudanych żonach.
Morał z tej historii? Po pierwszym małżeństwie choćby najlepsza polska pierogarnia nie przekona mnie, żebym dał się wyrolować.

Idź do oryginalnego materiału