Dzisiaj znowu pozwoliłem sobie na chwilę refleksji nad moimi nieudanymi związkami. Wszystko zakończyło się dla mnie nie przy kolacji czy rozmowie, a na sali sądowej w Warszawie. Nauczony doświadczeniem już nie obwiniam tylko jednej strony każda relacja to wspólna odpowiedzialność za jej rozpad.
Jednak nie zapomnę, jak druga żona, Agnieszka, wdała się w romans z pewnym majętnym przedsiębiorcą panem Tomaszem, który otworzył przy Rynku Nowego Miasta swoją własną kawiarenkę. Początkowo usiłowała to ukrywać, ale po pewnym czasie już choćby nie udawała lojalności.
Pewnego dnia przyszła, stanęła w drzwiach i oświadczyła, iż wnosi sprawę o rozwód i chce połowy naszego mieszkania przy ulicy Wilczej. Spodziewała się, iż będę błagał, iż zacznę się denerwować albo płakać. Jednak wiedziała doskonale to lokum kupiłem wyłącznie za moje ciężko zarobione złotówki. Ona wprowadziła się do gotowego, odnowionego mieszkania i korzystała z niego raptem dwa lata. Teraz śmiała się domagać swojej części.
Nie wdawałem się w zbędne dyskusje. Pozwoliłem sprawom toczyć się swoim tempem, bo już wiedziałem, czym kończy się wykłócanie się po sądach. Spodziewałem się jedynie, kiedy przyjdzie jej zapłacić za przegraną sprawę sądową i pokryć wszystkie koszty. Po bolesnej lekcji z Magdaleną, moją pierwszą żoną, miałem już dystans do całej sytuacji. Tamta sprawa ciągnęła się prawie trzy i pół roku każda wizyta na sądzie przy ulicy Marszałkowskiej kończyła się awanturą, oskarżeniami i niesmakiem.
Magdalena znalazła sobie naprawdę sprytnego prawnika. W końcu wywalczyła połowę mojego majątku, w tym mieszkanie na Saskiej Kępie, które dostałem po ojcu. Zostawiła mnie bez dachu nad głową i z mnóstwem żalu.
Po czymś takim nie pozwoliłem już sobie na taki błąd. Przed ślubem z Agnieszką mieszkanie, które wyremontowałem własnymi rękoma, przepisałem na mojego młodszego brata, Marcina. On jest moim pewnym oparciem, człowiekiem, któremu ufam bez zastrzeżeń. Kiedy Agnieszka zjawiła się z pozwem, okazało się, iż formalnie nie mam żadnego majątku, do którego mogłaby rościć sobie prawa.
Dziś wiem jedno: po pierwszym rozwodzie żadna kobieta nie zdoła już mnie wykorzystać czy przechytrzyć. Przeżyłem swoje i nie popełnię tych samych błędów. Cenię spokój, własną ostrożność i doświadczenie, choć okupione sporą ceną.
