Mój mąż pracuje, a ja wciąż za wszystko płacę.
W tej dziwnej, onirycznej opowieści, pytacie zapewne, jak się odnajduję w takim miejscu mojego życia, jak mogłam na coś takiego się zgodzić. Odpowiem, iż wszystkie Polki, które kochają, są chwilami ślepe, tak jak ja byłam przez lata. Całe życie szukałam znaków, uczyłam się od świtu do zmierzchu. Moja matka, Zofia, powtarzała mi od czasów dzieciństwa, iż jeżeli chcę mieć dobre życie w Warszawie, muszę ciężko pracować. Wpoili mi też, iż kobieta powinna być silna, niezależna by w razie potrzeby sama stanąć na nogi.
Jakby los chciał mnie wypróbować. Kiedy spotykałam się z mężczyznami, byłam zbyt samodzielna, nazywali mnie twardą jak katowicki beton. Niewielu chciało ze mną być wtedy panowało przekonanie, iż mężczyźni szukają łagodnej dziewczyny, którą mogą chronić i czuć się mocni jak niedźwiedzie z Białowieży. Ale ja sama dbałam o siebie.
Potem zamknęłam serce dla randek, oddałam się pracy w urzędzie miejskim. Byłam panną do 35. roku życia, gdy los rzucił mi pod nogi Darka. Miał na imię Darek Marciniak, był równolatek. Zaskoczyło mnie, iż akceptował moją niezależność, nie naciskał, by mi pomagać, gdy zapewniałam, iż dam sobie radę. Nigdy nie przynosił bukietów tulipanów ani nie szeptał czułych słówek, których nie lubiłam. U jego boku czułam się jak dorównująca partnerka. Ale wtedy nie wiedziałam, ile kosztuje taka równość bo przecież nie była zupełnie równa.
Wzięliśmy ślub w małym kościółku na Pradze i Darek zamieszkał ze mną w mojej kawalerce. On nie miał własnego mieszkania całe życie mieszkał z mamą w Łodzi. Ja nie chciałam trafiać pod dach z teściową tyle dziwnych opowieści słyszałam o takich domach, żadna nie była miła. Przez pierwszy miesiąc Darek nie dawał mi ani złotówki ze swojej wypłaty. Tłumaczył, iż musi spłacić nieduży kredyt, który wziął na operację swojej matki.
Nie pisnęłam ani słowa przecież jesteśmy rodziną, pomyślałam. Niech spłaci zadłużenie, potem poukładamy wszystko wspólnie. Ale minęło siedem miesięcy i dług pozostał. Ciągle powtarzał, iż pensja za mała, iż w pracy mu ucięli godziny, iż bieda w kraju. Cały czas ja opłacałam jedzenie, media, kino i rachunki za ciepłą wodę. Potem próbował mówić, iż odkłada na dom dla nas na Mazurach taki wielki sen o wakacjach i świeżym chlebie.
Ale przez pięć lat nie pokazał żadnego wyciągu z konta z Banku PKO. Jesteśmy przecież rodziną, powtarzał. W końcu wybuchłam. Jak to się dzieje, iż utrzymuję go już tyle lat? To chyba jakiś surrealistyczny żart! Darek spakował walizkę w kwiaty i pojechał do mamy do Łodzi, bez słowa. Trzy dni później, nie mogąc dłużej znieść ciszy, ściągnęłam go z powrotem. Ale wszystko znowu kręci się w tym samym kółku nie chce mi dać ani złotówki, a ja wyczerpałam już wszystkie siły.
Chciałabym móc wydawać pieniądze na kobiece zachcianki nowe buty na Krupówki, kawę z koleżankami, domową piwonię ale każdą złotówkę pochłania dom i nasza dziwna, sennie zamknięta rodzina. Co powinnam zrobić? Czy rozwód to wyjście? Czy on kiedyś się zmieni, a ja się obudzę z tego warszawskiego snu?






