29 czerwca 2024, Warszawa
Kolejny wieczór spędzam w kuchni, przy cichej muzyce i kubku herbaty z maliną. Zastanawiam się, jak to się stało, iż znalazłam się w takim miejscu swojego życia. Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, iż będę tak zmęczona codziennością, chyba bym nie uwierzyła. Najczęściej słyszę: Dlaczego pozwoliłaś, żeby tak się potoczyło? Odpowiadam bo miłość naprawdę potrafi oślepić. Ja też byłam ślepa.
Od dziecka mama powtarzała mi, iż jeżeli chcę mieć udane życie, muszę ciężko pracować i liczyć przede wszystkim na siebie. Kobieta powinna być silna to jej słowa powtarzały mi się w głowie, odkąd pamiętam. Może przez to byłam zbyt niezależna w kontaktach z mężczyznami; wielu uważało mnie za zbyt samodzielną i odchodziło. W tamtych czasach panowało przekonanie, iż prawdziwy mężczyzna opiekuje się delikatną kobietą, pokazuje swoją zaradność. Ja zawsze sama wszystko załatwiałam.
Później zupełnie skupiłam się na pracy. Byłam samotna aż do trzydziestki piątki. Dopiero wtedy poznałam Darka. Jest ze mną rówieśnikiem. Zaskoczył mnie tym, iż tak łatwo zaakceptował moją niezależność. Nigdy nie naciskał, nie wymagał, bym zdała się na niego cenił mój upór, mówił, iż podziwia, jak wszystko ogarniam sama. Ani kwiatów, ani czułych słów. Myślałam, iż wreszcie znalazłam kogoś, kto szanuje mnie jako równego partnera. Nie przewidziałam, ile w praktyce będzie kosztować mnie ta “równość”. Bo równość w naszym związku… równością nie była.
Po ślubie Darek zamieszkał ze mną, w moim mieszkaniu na Woli. Sam nie miał własnego lokum, dotąd żył z matką w Pruszkowie. Nie wyobrażałam sobie życia pod jednym dachem z teściową wystarczyło mi słyszeć opowieści koleżanek, by podjąć decyzję. W pierwszym miesiącu Darek ani razu nie dorzucił się do rachunków mówił, iż musi spłacić niewielki kredyt na leczenie mamy. Uznałam, iż rodzina jest najważniejsza, nie wywierałam presji. Przełknęłam to, myśląc: “Wszystko poukładamy razem, gdy sprawy się uspokoją”.
Minął ich siedem. Siedem miesięcy bez zmian, zawsze wytłumaczenie: zbyt mała wypłata, mniej godzin w pracy, zawsze coś. Płaciłam za wszystko od zakupów po opłaty i kino. Potem pojawiły się opowieści, iż oszczędza, byśmy mogli sobie kupić dom gdzieś na Mazurach na wakacje. Dom… Nigdy nie widziałam choćby wyciągu z jego konta, a przecież jesteśmy małżeństwem. Pięć lat takich zapewnień, pięć lat, w których nie dostałam od niego ani złotówki. W końcu nie wytrzymałam; wybuchłam, powiedziałam, iż nie tak to miało wyglądać.
Spakował się, pojechał znów do matki. Wystarczyły trzy dni tej ciszy, żebym poddała się i sprowadziła go z powrotem do Warszawy. Oczywiście, wróciło wszystko te same wymówki, te same obietnice, żadnych pieniędzy na rodzinę. Jestem już wykończona. Ciągle marzę o tym, by sobie coś kupić, pójść do kosmetyczki, do teatru czy choćby na kawę z koleżanką ale nie mogę, bo cały mój miesięczny budżet idzie na podstawowe potrzeby.
Zadaję sobie pytanie: co dalej? Czy powinnam wziąć rozwód? Czy on kiedykolwiek zrozumie, co to znaczy być partnerem, a nie tylko pasywno-obserwującym współlokatorem? Może w tej polskiej codzienności, gdzie każda złotówka ma znaczenie, za bardzo przywykłam do samotnej odpowiedzialności? Może czas nauczyć się odpuszczać… Ale póki co, wieczorami parzę herbatę i zapisuję kolejne myśli. Czasem miłość to nie wszystko czasem trzeba mieć odwagę, by pomyśleć o sobie.
