Jak opowiedzieć o życiu i twórczości osób, po których zostało cztery i pół tony materiałów archiwalnych? Jak obrazowo określił sam reżyser – to mniej więcej trzydzieści metrów kwadratowych zapełnionych od podłogi po sufit. Problem robi się coraz poważniejszy, kiedy trzeba dokonać selekcji. Należy w końcu oddzielić ważne od ważniejszego, a to nie zawsze jest proste. Zwłaszcza, gdy bohaterami filmu mają być Moi Themersonowie.
Franciszka i Stanisław tworzyli zgraną parę artystów. Kobieta zajmowała się ilustracjami, malarstwem oraz scenografią. On za to między innymi pisał, komponował i kręcił (choć, jak można usłyszeć w dokumencie, nie czuł się ani pisarzem, ani kompozytorem, ani filmowcem czy operatorem). Wspólnie stworzyli siedem filmów i do dziś uznawani są za jednych z najważniejszych twórców polskiej awangardy filmowej. Jakby tego było mało, założyli również wydawnictwo Gaberbocchus Press, które opublikowało ponad sześćdziesiąt książek. Partnerów na pewien okres rozdzieliła dopiero II wojna światowa. I właśnie na tym okresie głównie skupia się Marcin Borchardt.

W roli narratorki pojawiła się Jasia Reichardt. To od niej widz usłyszy o jej własnych przeżyciach wojennych, ale też opowiada ona historię osób sobie bliskich – Franciszka była przecież jej ciotką. Jako dziecko Reichardt marzyła o Paryżu i Sorbonie. Chciała dołączyć do swojej krewnej i jej męża, jednak marzenie to legło w gruzach w 1939 roku, gdy miała zaledwie sześć lat. Zamiast jechać do Francji, trafiła do warszawskiego getta. Już od początku wiadomo więc, iż będzie to opowieść momentami bardzo gorzka.
W świat Themersonów wprowadzają jednak również inne elementy filmu. Borchardt próbuje ożywić rzeczywistość, w której przyszło funkcjonować parze artystów. Są to więc materiały archiwalne z tamtego okresu, przybliżenie okrucieństwa tamtych lat i rozłąki ukochanych (kobieta przebywała w Londynie, mężczyzna wciąż we Francji). Szczególne wrażenie robią odczytane fragmenty ich listów, które nigdy nie zostały wysłane. Jednak to inny świat budzi większe zainteresowanie. Chodzi o możliwość przeniesienia się do wyobraźni małżonków.

Ilustracje Franciszki pojawiają się na ekranie, niektóre z nich są ożywione. Da się dostrzec również przebłyski filmowej twórczości pary, wysłuchać kawałków opowiadań Stanisława. Wszystko to pozostaje wplecione w ciąg fabuły. Widz słyszy, widzi i przenika do innej, obcej rzeczywistości. Przebywa z dziełami nietuzinkowej wyobraźni. Ten aspekt filmu, połączony ze snuciem wspomnień przez Jasię Reichardt, tworzy wyobrażenie o świecie, który już przeminął. Borchardt unika przy tym popadania w banały. Często rzuca widzom jedynie pourywane tropy, pobudzając ich do samodzielnego złożenia całości. Film ten przypomina układankę. Trzeba pomyśleć o każdym elemencie, by gotowy obraz pojawił się na horyzoncie.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje również Monika Chyżyńska, odpowiedzialna za montaż. Moi Themersonowie są jej pełnometrażowym debiutem w tej roli, a sam dokument stanowił pracę dyplomową realizowaną na praskiej FAMU. Choć ostateczna wersja filmu różni się od tej bronionej przez montażystkę na uczelni, efekt końcowy zdecydowanie robi wrażenie.

A o ile chodzi o pytanie postawione na początku tekstu, to na nie odpowiedział sam reżyser. Jak mówił Marcin Borchardt w trakcie Gali Otwarcia 23. edycji Millennium Docs Against Gravity w Gdyni: – Nie ma w tym filmie niczego przypadkowego. Każdy kadr niesie ze sobą pewną informację, choćby o ile nie jest podana wprost. W kinie taka łopatologia jest nieakceptowalna. Dlatego o ile państwo się zainteresujecie, co jest w donicy, którą kończymy film, to są w niej prochy Themersonów.


















