"Ty rozbierzesz mnie, a ja rozbiorę ciebie", mówi Chris Hansen w pierwszej scenie "Primetime" i brzmi to jak "mission statement" całego filmu. Reżyser Lance Oppenheim opowiada opartą na faktach historię dziennikarza, który przed telewizyjnymi kamerami organizował regularne obławy na przestępców seksualnych. Aktor Robert Pattinson pięknie się w niego wciela, z amerykańskim akcentem, tapetą makijażu i fluorescencyjnym uśmiechem. Żadnego "rozbierania Hansena" jednak tu nie doświadczymy. "Primetime" przypomina bowiem jedną z łapanek zorganizowanych przez prezentera: po prostu tym razem on sam jest przynętą.
Reżyser Noah Oppenheim kręcił dotychczas dokumenty. Między innymi "Coś na kształt raju", w którym portretował popularne osiedle dla emerytów na Florydzie. Odkrywał tam to, co odkrył już wcześniej David Lynch: za idylliczną fasadą panoszą się metaforyczne robaki. "Primetime", fabularny debiut reżysera, idzie jednak krok dalej. Tym razem Oppenheim pokazuje, w jaki sposób wizja dwóch stron amerykańskiego snu jest podatna na nadużycia.
W swoim programie "How to Catch a Predator" Chris Hansen też malował cokolwiek lynchowski obraz: oto sielskie społeczeństwo na łasce czyhających w jego zakamarkach drapieżników. Hansen wchodził tym samym w rolę szeryfa, który obiecuje przywrócić zachwiany porządek. Zamiast rewolweru miał kamerę, a zamiast strzału z biodra – zbliżenie przyłapanego na gorącym uczynku podejrzanego. Problem w tym, że, jak dowodzi "Primetime", karmiąc bestię oglądalności, sam stajesz się drapieżnikiem. Ty – oraz twoi widzowie.
Pod wieloma względami jest to obserwacja banalna. Aż prosi się o powszechnie nadużywany cytat z Nietzschego o "walce z potworami" i "otchłani, która odpowiada ci spojrzeniem". Trajektoria fabuły "Primetime" jest przecież z góry wiadoma, choćby jeżeli ktoś nie zna kulisów skandalu z 2006 roku, który doprowadził do skasowania programu Hansena. Oto szemrane media igrają, igrają, igrają z ogniem – i w końcu się doigrują. Oto szemrany antybohater upada na własne życzenie, samemu zapędzając się do Piekła. Wektor fabuły to więc zwykły barometr moralny. Zwrot: ostro w dół.
Żeby nie wpaść w pułapkę takich oczywistości, najprościej byłoby pogłębić portret bohatera. Pattinson zresztą jest tu świetny: z ewidentnym entuzjazmem buduje postać złożoną z masek na maskach. Jego Hansen twierdzi, iż "nigdy nie gra", choć w rzeczywistości gra bez przerwy, a aktor tylko tym bardziej ma tu co robić. W "Primetime" brakuje jednak klasycznego momentu odsłonięcia "prawdziwego" – czy raczej "głębokiego" – Chrisa Hansena. Ale to chyba celowe: Oppenheim i Pattinson z premedytacją nie chcą uczynić prezentera ciekawym. Wręcz przeciwnie, konstruują go z ciągu banałów i małostek: pychy, fałszu, ambicji, zazdrości, narcyzmu. Za jego "parciem na szkło" nie stoi żadna demoniczna przewrotność, żaden szekspirowski rys charakteru. Hansen, wbrew podręcznikom scenariopisarstwa, w zasadzie nie przechodzi choćby tak zwanej "przemiany" – choćby tej na gorsze. Pozostaje płaski, niczym ekran telewizyjny.
Gra w "Primetime" toczy się więc o inną duszę. Do ekipy Hansena dołącza początkujący aktor Dan Plumb (Skyler Gisondo). Na co dzień chłopak żyje marzeniem o hollywoodzkiej karierze, podsycanym przez musical "Rent" i oglądane z wypiekami odcinki "Inside the Actors Studio". W programie Hansena przypada mu rola "wabika": musi podszywać się pod nastolatka, żeby przyciągać kolejnych drapieżników przed kamerę. Wyzwanie jest tyleż aktorskie co moralne: czeka go bowiem psychomachia, na dodatek w wersji bardzo nie fair. Nad prawym ramieniem zawisa mu "diabełek" Hansen. Nad lewym – również "diabełek", pragmatyczna do bólu producentka Andie Bender (Merritt Wever). Przykład Dana Plumba ma nam pokazać, jak spektakl dyskretnie korumpuje: najpierw sprzedaje nam spektakularne marzenia, a potem wymusza kolejne kompromisy i kompromitacje.
Procentuje tu dokumentalna przeszłość Oppenheima, bo reżyser wyciska ile może z napięcia między faktem a fikcją. Skyler Gisondo "rozmawia" więc ze swoją rolą w "Licorice Pizza" i (jak przyznaje w wywiadach) spienięża własną aktorską tremę, którą czuł na planie. Przecież relacja Pluma z gwiazdorem-Hansenem to podkręcona wersja relacji Gisonda z gwiazdorem-Pattinsonem. Żeby było jeszcze bardziej "meta", w roli producenta Jeffa Zuckera (który każe Hansenowi podbić słupki oglądalności) występuje… producent Jeff Zucker.
Wszystko po to, by podprowadzić pytanie: gdzie w reality TV zaczyna się "reality"? I gdzie się kończy? Sytuacje z programu Hansena były przecież prowokowane: stanowiły czysty "spektakl", choćby jeżeli miały potem prawne konsekwencje dla uczestników. Wyobraźcie sobie "Mamy cię!", w którym Szymon Majewski wysyła ludzi do więzienia – na pewno też by się oglądało.
I otóż to: "Primetime", tropem choćby "Faktów i aktów" (1997) Barry’ego Levinsona, pokazuje, jak ogon spektaklu kręci psem rzeczywistości. Policja rusza tu do akcji dopiero za przykładem ekipy telewizyjnej. Romans Hansena staje się problemem dopiero, kiedy napiszą o nim tabloidy. A kara, jaką dziennikarz wymierza swoim "celom" na wizji, jest poniekąd gorsza niż lincz: upokorzenie na oczach milionów telewidzów.
"Primetime" pożycza sobie przy tym agresywną telewizyjną formę, o której opowiada. Całkiem na miejscu – zgodnie z tezą Marshalla McLuhana – medium staje się tu przekazem. Oppenheim podpina się zatem pod estetykę z lat dwutysięcznych, gdy telewizję podbijali "Zagubieni" i kolejne reality shows. W skrajnych przypadkach operator David Bolen dzieli ekran na cztery jak w "Timecode" (2000) albo łapie za kamerę wideo niczym w "Paranormal Activity" (2007). choćby w ujęciach "obiektywnych", niezapośredniczonych, świat jest tu chorobliwie zielonkawy, mdły. Oppenheim grzmi mało subtelnie, ale sugestywnie: ludzie, patrzcie, jak gnije telewizyjne medium!
Przy całej różnicy skali Oppenheim opowiada nam więc swojego (sic!) "Oppenheimera". Z tym, iż jego bohatera nie gnębi jakieś tam poczucie winy, iż otworzył medialną puszkę Pandory. Chris Hansen, ten Oppenheiemer ery reality TV, od autorefleksji preferuje bowiem autopromocję. W "Primetime", niczym w krzywym zwierciadle telewizyjnego ekranu, odbija się zresztą więcej amerykańskich mitów. Polujący na swojego (jak sam go nazywa) "wieloryba" Hansen jest przecież także trywialną wersją kapitana Ahaba z "Moby Dicka" Melville’a. W tej wersji "Moby" to raczej "mob", czyli "motłoch", u którego Hansen szuka poklasku. Wulgaryzm "dick" reprezentuje zaś przemoc seksualną, którą zafiksowany Hansen próbuje tępić. jeżeli w 2006 w każdym amerykańskim domu znajdował się odbiornik telewizyjny, widownia Hansena mogła śmiało zakrzyknąć "mamy Ahaba w domu!".
Reżyser Noah Oppenheim kręcił dotychczas dokumenty. Między innymi "Coś na kształt raju", w którym portretował popularne osiedle dla emerytów na Florydzie. Odkrywał tam to, co odkrył już wcześniej David Lynch: za idylliczną fasadą panoszą się metaforyczne robaki. "Primetime", fabularny debiut reżysera, idzie jednak krok dalej. Tym razem Oppenheim pokazuje, w jaki sposób wizja dwóch stron amerykańskiego snu jest podatna na nadużycia.
W swoim programie "How to Catch a Predator" Chris Hansen też malował cokolwiek lynchowski obraz: oto sielskie społeczeństwo na łasce czyhających w jego zakamarkach drapieżników. Hansen wchodził tym samym w rolę szeryfa, który obiecuje przywrócić zachwiany porządek. Zamiast rewolweru miał kamerę, a zamiast strzału z biodra – zbliżenie przyłapanego na gorącym uczynku podejrzanego. Problem w tym, że, jak dowodzi "Primetime", karmiąc bestię oglądalności, sam stajesz się drapieżnikiem. Ty – oraz twoi widzowie.
Pod wieloma względami jest to obserwacja banalna. Aż prosi się o powszechnie nadużywany cytat z Nietzschego o "walce z potworami" i "otchłani, która odpowiada ci spojrzeniem". Trajektoria fabuły "Primetime" jest przecież z góry wiadoma, choćby jeżeli ktoś nie zna kulisów skandalu z 2006 roku, który doprowadził do skasowania programu Hansena. Oto szemrane media igrają, igrają, igrają z ogniem – i w końcu się doigrują. Oto szemrany antybohater upada na własne życzenie, samemu zapędzając się do Piekła. Wektor fabuły to więc zwykły barometr moralny. Zwrot: ostro w dół.
Żeby nie wpaść w pułapkę takich oczywistości, najprościej byłoby pogłębić portret bohatera. Pattinson zresztą jest tu świetny: z ewidentnym entuzjazmem buduje postać złożoną z masek na maskach. Jego Hansen twierdzi, iż "nigdy nie gra", choć w rzeczywistości gra bez przerwy, a aktor tylko tym bardziej ma tu co robić. W "Primetime" brakuje jednak klasycznego momentu odsłonięcia "prawdziwego" – czy raczej "głębokiego" – Chrisa Hansena. Ale to chyba celowe: Oppenheim i Pattinson z premedytacją nie chcą uczynić prezentera ciekawym. Wręcz przeciwnie, konstruują go z ciągu banałów i małostek: pychy, fałszu, ambicji, zazdrości, narcyzmu. Za jego "parciem na szkło" nie stoi żadna demoniczna przewrotność, żaden szekspirowski rys charakteru. Hansen, wbrew podręcznikom scenariopisarstwa, w zasadzie nie przechodzi choćby tak zwanej "przemiany" – choćby tej na gorsze. Pozostaje płaski, niczym ekran telewizyjny.
Gra w "Primetime" toczy się więc o inną duszę. Do ekipy Hansena dołącza początkujący aktor Dan Plumb (Skyler Gisondo). Na co dzień chłopak żyje marzeniem o hollywoodzkiej karierze, podsycanym przez musical "Rent" i oglądane z wypiekami odcinki "Inside the Actors Studio". W programie Hansena przypada mu rola "wabika": musi podszywać się pod nastolatka, żeby przyciągać kolejnych drapieżników przed kamerę. Wyzwanie jest tyleż aktorskie co moralne: czeka go bowiem psychomachia, na dodatek w wersji bardzo nie fair. Nad prawym ramieniem zawisa mu "diabełek" Hansen. Nad lewym – również "diabełek", pragmatyczna do bólu producentka Andie Bender (Merritt Wever). Przykład Dana Plumba ma nam pokazać, jak spektakl dyskretnie korumpuje: najpierw sprzedaje nam spektakularne marzenia, a potem wymusza kolejne kompromisy i kompromitacje.
Procentuje tu dokumentalna przeszłość Oppenheima, bo reżyser wyciska ile może z napięcia między faktem a fikcją. Skyler Gisondo "rozmawia" więc ze swoją rolą w "Licorice Pizza" i (jak przyznaje w wywiadach) spienięża własną aktorską tremę, którą czuł na planie. Przecież relacja Pluma z gwiazdorem-Hansenem to podkręcona wersja relacji Gisonda z gwiazdorem-Pattinsonem. Żeby było jeszcze bardziej "meta", w roli producenta Jeffa Zuckera (który każe Hansenowi podbić słupki oglądalności) występuje… producent Jeff Zucker.
Wszystko po to, by podprowadzić pytanie: gdzie w reality TV zaczyna się "reality"? I gdzie się kończy? Sytuacje z programu Hansena były przecież prowokowane: stanowiły czysty "spektakl", choćby jeżeli miały potem prawne konsekwencje dla uczestników. Wyobraźcie sobie "Mamy cię!", w którym Szymon Majewski wysyła ludzi do więzienia – na pewno też by się oglądało.
I otóż to: "Primetime", tropem choćby "Faktów i aktów" (1997) Barry’ego Levinsona, pokazuje, jak ogon spektaklu kręci psem rzeczywistości. Policja rusza tu do akcji dopiero za przykładem ekipy telewizyjnej. Romans Hansena staje się problemem dopiero, kiedy napiszą o nim tabloidy. A kara, jaką dziennikarz wymierza swoim "celom" na wizji, jest poniekąd gorsza niż lincz: upokorzenie na oczach milionów telewidzów.
"Primetime" pożycza sobie przy tym agresywną telewizyjną formę, o której opowiada. Całkiem na miejscu – zgodnie z tezą Marshalla McLuhana – medium staje się tu przekazem. Oppenheim podpina się zatem pod estetykę z lat dwutysięcznych, gdy telewizję podbijali "Zagubieni" i kolejne reality shows. W skrajnych przypadkach operator David Bolen dzieli ekran na cztery jak w "Timecode" (2000) albo łapie za kamerę wideo niczym w "Paranormal Activity" (2007). choćby w ujęciach "obiektywnych", niezapośredniczonych, świat jest tu chorobliwie zielonkawy, mdły. Oppenheim grzmi mało subtelnie, ale sugestywnie: ludzie, patrzcie, jak gnije telewizyjne medium!
Przy całej różnicy skali Oppenheim opowiada nam więc swojego (sic!) "Oppenheimera". Z tym, iż jego bohatera nie gnębi jakieś tam poczucie winy, iż otworzył medialną puszkę Pandory. Chris Hansen, ten Oppenheiemer ery reality TV, od autorefleksji preferuje bowiem autopromocję. W "Primetime", niczym w krzywym zwierciadle telewizyjnego ekranu, odbija się zresztą więcej amerykańskich mitów. Polujący na swojego (jak sam go nazywa) "wieloryba" Hansen jest przecież także trywialną wersją kapitana Ahaba z "Moby Dicka" Melville’a. W tej wersji "Moby" to raczej "mob", czyli "motłoch", u którego Hansen szuka poklasku. Wulgaryzm "dick" reprezentuje zaś przemoc seksualną, którą zafiksowany Hansen próbuje tępić. jeżeli w 2006 w każdym amerykańskim domu znajdował się odbiornik telewizyjny, widownia Hansena mogła śmiało zakrzyknąć "mamy Ahaba w domu!".



!["Dziady" w Rossoszu. Było klimatycznie [GALERIA ZDJĘĆ]](https://static2.slowopodlasia.pl/data/articles/xga-4x3-dziady-w-rossoszu-bylo-klimatycznie-galeria-zdjec-1788771531.jpg)













