Młody Sherlock – recenzja serialu. Mało „Sherlockowy” ten Sherlock

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Pomysł na pokazanie młodości słynnego detektywa wcale nie jest nowy. Już ponad sto lat temu Buster Keaton stworzył podobną kreację w filmie Sherlock Jr. Teraz ta koncepcja powraca, ale czy była potrzebna?

Współczesny Młody Sherlock obrał zupełnie inny kierunek. Serial inspirowany książkami Andrew Lane próbuje połączyć historię o przyszłym genialnym detektywie z konwencją młodzieżowego thrillera. Brzmi jak przepis na potencjalny hit, ale w rzeczywistości serial okazuje się niczym innym jak tanim akcyjniakiem.

Nad projektem czuwał Guy Ritchie, twórca znany z dynamicznych historii pełnych humoru i akcji, takich jak Dżentelmeni czy Sherlock Holmes z 2009 roku z Robertem Downey Jr. Pomysł wydaje się strzałem w dziesiątkę, ale problem pojawia się w momencie, gdy zdajemy sobie sprawę, iż serial jest kręcony w stylu „young adult”.

Serial skupia się na młodym Sherlocku Holmesie, w którego wciela się Hero Fiennes Tiffin, znany z serii After. Zanim jednak Holmes stanie się legendarnym detektywem, jest po prostu studentem, który bardzo gwałtownie wpada w poważne kłopoty. Po przyjeździe do Oxfordu zostaje wplątany w sprawę morderstwa i w wyniku dość niefortunnych okoliczności sam staje się jednym z podejrzanych. W międzyczasie poznajemy jego rodzinę, a także całą galerię postaci, które mają odegrać istotną rolę w jego życiu. Najważniejszą z nich jest jednak pewien młody geniusz.

Już w pierwszym odcinku na scenę wkracza James Moriarty – odwieczny przeciwnik Sherlocka grany przez Dónal Finn. I tutaj robi się naprawdę ciekawie. Młody Sherlock pokazuje moment, w którym Holmes i Moriarty dopiero się poznają. Zamiast legendarnych wrogów dostajemy więc dwóch młodych ludzi, którzy zaczynają budować relację opartą na wsparciu i zaufaniu. Brzmi nietypowo, ale działa… do czasu. Między aktorami widać sporą chemię. Tiffin gra Sherlocka bardziej powściągliwego i zdystansowanego, natomiast Finn buduje Moriarty’ego na charyzmie i lekkiej arogancji.

Z początku to działa, ale im dalej poznajemy fabułę, tym bardziej ta relacja zaczyna irytować. Sherlock i Moriarty często wzajemnie się drażnią i zgrywają idiotów, tylko po to, by zrobić sobie na złość. Przez to widz gwałtownie traci poczucie klimatu, budowanego od jakiegoś czasu, tylko dlatego, aby dwójka szczeniaków miała czas robić sobie żarty. A jak reagują na to postaci drugoplanowe? Jakby nic nie widziały. Najlepszym przykładem będzie detektyw, który rozmawiając z bohaterami w przebraniu policjantów, nie zdaje sobie sprawy, z kim ma do czynienia. Tymczasem Sherlock i Moriarty, z założonymi sztucznymi wąsami, zdradzają mu niemal wszystkie szczegóły z życia Sherlocka – sprawy, którą detektyw bada od jakiegoś czasu. A po wszystkim, zadowolony chwali młodzież za dobre przygotowanie do sprawy.

fot. kadr z serialu

Podobny problem mam do samej postaci Sherlocka Holmesa, którym w żadnym wypadku nie przypomina swojego pierwowzoru. Najbardziej widać to w kontekście dedukcji – czyli umiejętności najbardziej kojarzonej z detektywem. Dedukcja pojawia się tylko od czasu do czasu. Znacznie częściej miejsce analizy zajmują sceny akcji, humorystyczne przerywniki albo typowe elementy młodzieżowego thrillera. I kiedy obserwujemy przebieg fabuły, nie sposób nie odnieść wrażenia, iż ta historia mogłaby działać adekwatnie z dowolnym bohaterem. Sherlock Holmes wydaje się momentami bardziej marką niż koniecznością fabularną.

Na szczęście, kiedy już pojawia się dedukcja, to robi to w sposób naprawdę dobry. Każda scena, w której widzimy analizę miejsca ważnego zdarzenia, jest przedstawiana bardzo efektownie. Cofamy się fizycznie do wspominanej chwili i widzimy dokładnie te same sceny, co wcześniej, ale z obecnością głównych bohaterów, krążących swobodnie między podejrzanymi. A wszystko to zrealizowane w postaci dynamicznego montażu i powoli budowanego napięcie. To prawdopodobnie najlepsza część całego serialu, szkoda tylko, iż takich momentów jest trochę za mało.

Młody Sherlock nie próbuje być ciężkim dramatem ani poważnym kryminałem. To bardziej lekka, weekendowa rozrywka do cieszenia oka niż głębszego analizowania. Guy Ritchie stworzył serial adresowany do konkretnego widza – młodego dorosłego. Stąd tak duża ilość akcji i humoru, szkoda tylko, iż cierpi na tym sama postać Sherlocka Holmesa.


fot. główna: grafika własna

Idź do oryginalnego materiału