Z kolei Paweł Jaskanis to prawdziwy weteran polskiej sceny muzealnej. „Panem na Wilanowie” został w 2002 r., kiedy po raz pierwszy wygrał konkurs na to stanowisko. Po raz ostatni odświeżono mu licencję na władzę w 2024, za czasów ministry Hanny Wróblewskiej, a w profesjonalnej komisji konkursowej otrzymał wówczas dziewięć na jedenaście głosów! O jego profesjonalizmie świadczy fakt, iż przez ponad dwie dekady żaden z szefów resortu, a było ich wielu i bardzo różnych, nie próbował go zwolnić, mimo iż przecież, choćby za czasów PiS, głowy dyrektorskie w kulturze leciały masowo, jedna po drugiej.
Czytaj też: Cień nad laguną. Rosjanie namieszali na Biennale, Izrael dodał swoje. Sztuka przegrała z polityką?
Wysadzeni z siodła
Inne były też powody „wysadzenia z siodła”. Przeciw Budakowi wystąpiło aż dwie trzecie pracowników, a lista zarzutów liczyła sobie 79 punktów! Te najważniejsze dotyczyły spraw, za które z placówką rozstała się także jego poprzedniczka: niewłaściwego traktowania pracowników, stosowania szantażu emocjonalnego, zachowań pasywno-agresywnych wobec podwładnych. Ale też innych poważnych kwestii, jak brak dyscypliny finansowej czy chaos organizacyjny.
Paweł Jaskanis utracił stanowisko za wyrażenie zgody na organizację koncertu muzyki techno na pałacowym dziedzińcu. Do kasy muzeum wpłynęło wprawdzie ponad 100 tys. zł, ale na dyrektora wylała się (głównie w mediach społecznościowych) tak typowa dla cyfrowych aktywistów fala hejtu. Przedstawiono i podgrzewano w histerycznym duchu apokaliptyczną wizję, z której wynikało, iż od dudniącej muzyki wyginęła połowa ptaków w nieodległym rezerwacie i w ogóle można było odnieść wrażenie, iż straty to nie tylko wydeptane trawniki, ale adekwatnie pałac prawie się zawalił. Twardych dowodów nieodwracalnych strat jednak nikt nie przedstawił. Były tylko zdjęcia z porozrzucanymi śmieciami, które zresztą sprawnie i gwałtownie organizatorzy koncertu posprzątali.
W kwestii Adama Budaka publicznie wiadomo niewiele, a prezydent Krakowa (muzeum podlega miastu) podjął decyzję po rekomendacjach specjalnie w tym celu powołanej komisji. O tym, iż budzi jakieś wątpliwości, świadczy fakt, iż już po odwołaniu troje artystów wydało oświadczenie o rezygnacji z planowanych w MOCAK-u działań artystycznych. Uzasadnili, iż były one związane z osobą dotychczasowego dyrektora i bez niego tracą sens. A dodać trzeba, iż nie mamy do czynienia z trójką raptusów, ale poważnymi i ważnymi postaciami polskiej sceny artystycznej: Moniką Drożyńską, Katarzyną Krakowiak-Bałką i Wilhelmem Sasnalem.
Czy Budakowi można było dać jeszcze jedną szansę? Zastosować łagodniejszą karę (naganę)? Mówiąc szczerze, nie wiem, nie znam szczegółów. Jedyne, co mnie martwi, to iż tracimy szanse na spektakularny programowy rozkwit MOCAK-u. Swoją drogą ciekawe, iż komisja, która wybrała Budaka w ubiegłym roku na dyrektora, nie prześwietliła dokładnie jego przeszłości. Dziś bowiem okazuje się, iż interpersonalne problemy towarzyszyły mu także w poprzednich miejscach pracy.
Żywot sapera
Jeszcze więcej, a adekwatnie całe multum wątpliwości towarzyszy decyzji ministry Marty Cienkowskiej o zdymisjonowaniu Pawła Jaskanisa. Trochę to przypomina sytuację sapera weterana, który rozbroił w życiu tysiąc min, a gwałtownie dokończył żywota na tysiąc pierwszej. W poszukiwaniu dodatkowych funduszy na utrzymanie pałacu dyrektor już wcześniej wynajmował na komercyjne cele będące w jego dyspozycji przestrzenie. Bez skandali i sprzeciwów, zgodnie z regułami gry i praktyką stosowaną na całym świecie (sam kiedyś uczestniczyłem w kolacji wydanej przez pewną firmę na sto osób we wnętrzach Wersalu).
Sporo złośliwych komentarzy wywoływało w ostatnich latach udostępnianie wilanowskiej Oranżerii na charytatywne aukcje sztuki organizowane przez Omenę Mensah i Rafała Brzóskę. Oczywiście były to osobliwe, towarzysko-snobistyczne przedsięwzięcia, wizerunkowo wątpliwe, ale nikomu nie szkodziły, a zasilały, prawdopodobnie znacząco, kasę muzeum. Wydaje się, iż tym razem jednak dyrekcja Wilanowa nie popisała się wyczuciem, iż grozi jej przekroczenie cienkiej czerwonej linii. Na pewno popełniono błąd, ale przecież nie zawodową zbrodnię. Minister Cienkowska prawdopodobnie odpowiedziałaby na to słowami przypisywanymi Talleyrandowi: „To więcej niż zbrodnia, to błąd”.
Czy zdymisjonowanie dyrektora w tym przypadku było słuszne? Absolutnie nie. Ministra uległa atmosferze histerycznego, internetowego hejtu i jednym nierozumnym podpisem przekreśliła zawodowy dorobek człowieka, który dla kultury polskiej zrobił, po cichu i bez rozgłosu, tysiąc razy więcej, niż udało się to dotychczas pani Cienkowskiej.
Smutnym paradoksem jest fakt, iż dokładnie dwa dni po odwołaniu Jaskanisa w Wilanowie otworzono wnętrza północnego skrzydła pałacu, po kompleksowych pracach konserwatorskich prowadzonych przez ostatnie pięć lat i będących zasługą (jak zresztą wiele innych sukcesów muzeum) byłego już dyrektora. Zestawmy to z dorobkiem pani minister, polegającym głównie na wręczaniu z uśmiechem niezliczonej liczby medali Gloria Artis.
Kontekst polityczny
Co łączy obie sprawy? Wydaje się, iż fakt, iż obaj dyrektorzy mieli pecha i trafili na tzw. niekorzystny polityczny kontekst. 24 maja w Krakowie odbędzie się referendum w sprawie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Odebranie więc opozycji jednego z możliwych argumentów i pokazanie mieszkańcom, iż nadzór nad instytucjami podległymi miastu jest pełny i bezkompromisowy, może być w tej sytuacji nieocenione.
A w stolicy? Przypomnę, iż ministra Marta Cienkowska kieruje resortem w wyniku politycznego układu i w ramach „deputatu”, który przypadł Polsce 2050 Szymona Hołowni. Tymczasem partia pikuje we wszystkich sondażach, w tej chwili znajduje się mocno poniżej progu wyborczego, z wynikami między 1,4 a 2,6 proc. W tej sytuacji masowy, choć bezmyślny głos oburzonych mas w internecie waży dużo więcej niż chłodna kalkulacja i wyważona reakcja. Histeria wymogła histeryczną reakcję i z taką też się spotkaliśmy.













