Minionki w Hollywood, czyli niech żyje slapstick! Nowy Shrek za tym nie nadąża

polityka.pl 5 godzin temu
Zdjęcie: mat. pr.


Film „Minionki i potwory” okazał się sporym – i pozytywnym – zaskoczeniem dla krytyków. Tym razem wesołe żółte stworki odwiedzają klasyczne Hollywood w filmie, który jest jednocześnie hołdem dla starego kina i samych Minionków. Wszystko zaczęło się w 2010 r., gdy na ekrany wszedł film „Despicable Me” (pol. „Jak ukraść księżyc”) francuskiej wytwórni Illumination. Zgodnie z trendami zapoczątkowanymi przez „Shreka” (2001) bohaterem był arcyzłoczyńca Gru. Aby uczynić postać złola z miejsca sympatyczną (to historia o tym, jak jego serce zmienia się pod wpływem adopcji trójki uroczych dziewczynek), scenarzyści dali mu wsparcie w postaci Minionków. Każdy złoczyńca rodem z filmów o Bondzie potrzebuje przecież armii sługusów, ale tu zamiast muskularnych bandziorów w niecnych sprawkach wspierają Gru małe żółte ludziki w niebieskich ogrodniczkach i goglach. Połączenie robotnika i robota, echo Oompa-Loompów z „Fabryki czekolady”, dalecy kuzyni Smerfów i irytującej Crazy Frog. Slapstickowa armia porozumiewająca się w bełkotliwym języku napakowanym słowami z całego świata (wszystkie głosy podkładał reżyser Pierre Coffin, później wspierany także przez innych aktorów). Nic dziwnego, iż stworki z miejsca kupiły widownię i stały się ikonami popkultury. Kochaną i znienawidzoną.

Minionki jadą do Hollywood

Nawrócony złol Gru stał się (ze wsparciem Minionków) bohaterem czterech filmów, same żółte kulfony wystąpiły w niezliczonych krótkometrażówkach, a dwie pełne fabuły („Minonki” i „Minionki: Wejście Gru”) pokazały ich historię i harce w latach 60. oraz 70. XX w. „Minionki i straszydła” odchodzą nieco od tej formuły, chociaż trzymają się głównego założenia: Minionki to pradawne plemię stworków szukające w każdej epoce „Big Bossa”, któremu mogłyby służyć. Olbrzym z greckiej mitologii, zły czarnoksiężnik, wampir… aż w latach 20. trafiają do Hollywood. Tym razem zamiast głównych Minionków (Boba, Kevina i Stuarta) poznajemy nowych bohaterów, Henry’ego i Jamesa, uwielbiających zmyślone historie. Fabryka snów staje się więc dla nich wymarzonym miejscem.

Narratorką filmu jest współczesna kustoszka muzeum wytwórni Universal oprowadzająca wycieczkę. Wśród historycznych eksponatów można dojrzeć androidkę z „Metropolis” i George’a Lucasa (żywego i podkładającego głos samemu sobie; reżyser „Gwiezdnych Wojen” jest wielkim fanem Minionków). Bawiąc się globusem-piłką niczym Charlie Chaplin w „Dyktatorze”, kustoszka snuje opowieść o dawnych czasach. Można odebrać to jako hołd dla starego kina, ale przede wszystkim jest to upomnienie się „Minionków” o swoje miejsce wśród klasyków. Zostały zaprojektowane przecież na podstawie gwiazd niemej komedii: kiedy oglądamy szaloną scenę pościgu za pociągiem, w której pojawiają się cytaty z filmów Bustera Keatona czy Chaplina, wszystko do siebie pasuje i jest na miejscu. Slapstick jest wieczny!

Szacunek dla Minionków

Upomnę się zatem o szacunek dla Minionków. Łatwo o nich źle myśleć – tylko rozrabiają, wygłupiają się, pokazują gołe pupy (na szczęście nie mają genitaliów), tłuką młotkami i hałasują; w dodatku są komercyjne – jak nie maskotki, to klocki, kubki na popcorn i burgery z kurczakiem z bananowym sosem (dostępne właśnie w KFC). Po seansie kolejnych filmów o Gru nie można zostawić w sieci „dorosłej” recenzji jak po seansie filmów Pixara, chwaląc edukacyjne walory filmu. Chociaż są w nich wzruszające wątki (rodzicielska miłość naprawiająca charakter), to brakuje tego „dydaktycznego smrodku” znanego z „W głowie się nie mieści” czy „Toy Story 5”. Podobnie jak inne filmy z wytwórni Illumination, „Super Mario Bros.”, nastawione są na dostarczenie frajdy.

Tymczasem „Minionki i straszydła” zabierają nas na całkiem edukacyjną wycieczkę za kulisy przemysłu filmowego, pokazują moment przejścia od kina niemego do dźwiękowego i pasję, jaka napędzała fabrykę snów. Dobrze by było, gdyby przy okazji czegoś nauczyli się dorośli. W pozornie głupiutkim gagu – oto w jednym z pierwszych filmów przedstawiający jeźdźca na koniu pojawia się Minionek jadący na świni – zawarta jest esencja kina i animacji. Wprawiona w ruch seria zdjęć „Sallie Gardner at a Gallop” przedstawiająca dżokeja powstała po to, żeby zrozumieć ruch – jak porusza się koń? Minionek na świni jest wynikiem tego myślenia o świecie, ciekawości i próby zrozumienia. Jak porusza się prosiak w galopie? I dalej, już siłą rozumu i wyobraźni – jak poruszałby się fikcyjny stworek? Oto jest kino!

Shrek zszedł

Tę nieśmiertelność slapsticku widać najlepiej, gdy „Minionki i straszydła” porówna się ze „Shrekiem”. Okazją jest zapowiedź nowego, piątego już filmu o zielonym ogrze, którą można zobaczyć w kinach przed seansami „Minionków”. To seria, która bardzo się zestarzała – oczywiście może sama opowieść będzie interesująca i na czasie – ale forma postmodernistycznej satyry zwyczajnie się zużyła. „Shrek” był filmem, który odniósł sukces w bardzo specyficznym czasie – po dekadach dominacji musicali Disneya publiczność była zmęczona pięknymi księżniczkami i książętami z bajki; Shrek i jego narzeczona Fiona byli wyrazem buntu nie tylko wobec dominujących narracji, ale i obowiązujących standardów urody. Dziś, po latach ruchów ciałopozytywności, ten przekaz nieco się gubi (tak jak Miss Piggy nie jest już żartem o śwince w peruce, a najprawdziwszą divą i ikoną). Widać to było w internetowej dyskusji – młode pokolenie nie odbiera „Shreka” jako opowieści „znajdź kogoś, kto pokocha cię, jaką jesteś”, ale jako przestrogę przed facetem, który odbierze kobiecie potencjał i zamknie ją w chacie na bagnach.

Upływ czasu widać też w żartach – niezrozumiała dla młodych widzów jest parodia „Matrixa”, zupełnie niepasująca tonem do reszty filmu. Wtedy była oczywista, bo „Matrix” był wszędzie. Zupełnie inaczej jest z nawiązaniem do „Dzisiejszych czasów” w „Minionkach” – gdy animowany Charlie Chaplin (i rozpędzone Minionki) zostaje wciągnięty do maszyny, nie trzeba choćby wiedzieć, iż ta scena odtwarza klasyka – bo, powtórzę, slapstick jest wieczny.

Idź do oryginalnego materiału