"Miniaturowa żona" debiutuje na HBO Max, a my sprawdzamy, czy warto oglądać – recenzja serialu

serialowa.pl 1 godzina temu

Co by było, gdyby do tradycyjnego małżeńskiego konfliktu dopisać twist rodem z sci-fi? „Miniaturowa żona” ma odpowiedź, ale też zdecydowanie za dużo czasu, żeby jej udzielić.

Choć telewizja jest pełna mężów umniejszających swoim żonom, to jeszcze żaden nie zrobił tego w tak dosłowny sposób, jak Les Littlejohn (Matthew Macfadyen, „Sukcesja”). Co prawda między nim a Lindy (Elizabeth Banks, „Pitch Perfect”) nie układało się już od jakiegoś czasu, ale czy to wystarczający powód, żeby zmniejszyć drugą połówkę do rozmiarów długopisu?

Miniaturowa żona – o czym jest serial z gwiazdą Sukcesji?

Z takim oto zaskakującym, ale nade wszystko głupkowatym dylematem mamy do czynienia w serialu „Miniaturowa żona„, który zadebiutował dziś na HBO Max, i nie, powyższy opis bynajmniej nie jest fabularną metaforą. Para głównych bohaterów naprawdę wplątuje się w fantastycznie brzmiącą aferę, gdy Lindy przypadkiem pada ofiarą najnowszego wynalazku swojego męża naukowca. Problem jednak nie tylko w tym, iż Les pomniejszył żonę i nie potrafi przywrócić jej do adekwatnych rozmiarów. Wbrew pozorom to tylko jeden z wielu przebojów, jakie czekają parę na przestrzeni sezonu.

„Miniaturowa żona” (Fot. Peacock)

Wchodzenie w techniczne szczegóły opartej na opowiadaniu Manuela Gonzaleza historii mija się z celem o tyle, iż twórcom od początku chodzi tu o coś zupełnie innego. Fantastyczny motyw, choć ogrywany na różne sposoby, służy w głównej mierze jako katalizator dla małżeńskich problemów Lesa i Lindy, które rosną, gdy ona się kurczy. Sprytnie, co? Dla pary showrunnerów, Jennifer Ames i Steve’a Turnera („Goliath”), najwyraźniej tak. Dla widzów, którzy nie gustują w szytych grubymi nićmi metaforach, już niekoniecznie.

Miniaturowa żona jest jak nietypowa terapia dla par

Jeśli się do takich zaliczacie, to ostrzegam od razu, iż „Miniaturowa żona” nie jest dla was, bo subtelność nie należy do jej mocnych stron. jeżeli natomiast bijące po oczach oczywistości nie stanowią dla was problemu, to szanse, iż produkcja platformy Peacock przypadnie wam do gustu, zdecydowanie wzrosną. Zwłaszcza w przypadku, gdy zaśmiewacie się do łez na klasycznych slapstickowych komediach, a wśród komediodramatów cenicie bardziej te o lżejszym ciężarze gatunkowym.

„Miniaturowa żona” (Fot. Peacock)

W „Miniaturowej żonie”, która wykorzystuje „problem” Lindy do satyry na damsko-męskie konflikty, a jednocześnie odnosi go do indywidualnych sytuacji bohaterów, nie brakuje ani prostego humoru, ani małżeńskich rozterek. To te ostatnie są jednak gwoździem programu, zamieniając cały serial w równie niestandardową, co wyjątkowo wyboistą sesję terapeutyczną, na którą zresztą Littlejohnowie już uczęszczali. Bo jak się gwałtownie przekonacie, sytuacja z Lindy to zaledwie wisienka na kryzysowym torcie w ich związku.

Z jednej strony jest ona, autorka nagrodzonej Pulitzerem debiutanckiej powieści, która jednak nigdy nie zdołała powtórzyć tamtego sukcesu, koncentrując się na wspieraniu marzeń męża. Z drugiej on, od lat próbujący wydostać się z cienia żony i goniący za Noblem mającym „wyrównać” ich status w związku. Chorobliwe ambicje i rywalizacja o to, komu aktualnie bardziej należy się wsparcie, nie brzmią jak fundament zdrowej relacji, a to tylko pierwsze z brzegu przeszkody. Im dalej w sezon te tylko się mnożą.

Miniaturowa żona to serial (za) dużych rozmiarów

Rozmiar „Miniaturowej żony” (i nie mam tu na myśli Lindy) jest zresztą głównym problemem serialu, który mógłby sporo nadrobić własnym urokiem, gdyby nie brnął w niepotrzebne wątki poboczne. Fabuła nie straciłaby wiele ani bez Richarda (O-T Fagbenle, „Opowieść podręcznej”), współpracownika Lesa, który stał się romantyczną odskocznią dla jego żony, ani jej najlepszej przyjaciółki i redaktorki Terry (Sian Clifford, „Fleabag”), która stara się uratować pisarską karierę Lindy. choćby dodając karykaturalnie przerysowaną, nadzorującą pracę Lesa z ramienia bogatego inwestora Vivienne (Zoe Lister-Jones, „Life in Pieces”), żadne z nich nie wnosi do fabuły nic interesującego, za to skutecznie odciąga uwagę od jej najciekawszych elementów.

„Miniaturowa żona” (Fot. Peacock)

Ważniejszą rolę, przynajmniej w teorii, powinna odgrywać córka pary bohaterów Lulu (Sofia Rosinsky, „Paper Girls”), której stosunek względem rodziców zmienia się w trakcie sezonu. Ostatecznie jednak również jej znaczenie z czasem się rozmywa, czyniąc poświęcony jej czas w większości bezpowrotnie straconym. Nie powiem, żeby cały seans „Miniaturowej żony” też takim był, ale dziesięć odcinków to o jakieś dwa razy za dużo. Zresztą fakt, iż serial najlepszy jest wtedy, gdy po prostu pozwala Lesowi i Lindy nawzajem się dręczyć i wypominać sobie winy, mówi sam za siebie.

Miniaturowa żona – czy warto oglądać serial?

Można oczywiście rozpatrywać tę produkcję w różnych kategoriach. Począwszy od tony narzucających się genderowych komentarzy (choćby na temat Lesa umieszczającego Lindy w domku dla lalek „dla jej bezpieczeństwa”), przez przewrotną reinterpretację problemów na linii małżeństwo – kariera, po czystą eskapistyczną zabawę w stylu „Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki” (zwłaszcza pod koniec sezonu). Rzecz w tym, iż „Miniaturowa żona” jest w każdym aspekcie co najwyżej poprawna, rzadko mając do powiedzenia czy pokazania coś oryginalnego.

Z niekorzyścią dla całości jest też to, iż dobrze wypadający na ekranie duet Matthew Macfadyena i Elizabeth Banks zostaje w znacznej mierze rozdzielony z uwagi na stan Lindy. W tym przypadku nierówność nikomu nie służy, choćby biorąc pod uwagę sporą pomysłowość twórców w zakresie niwelowania różnic w rozmiarach. Zwykle marnym pocieszeniem są też retrospekcje rzucające nowe światło na związek bohaterów, choć obowiązkowo spędzony w przeszłości przedostatni odcinek częściowo to wynagradza. Ale czy to wystarczy, żeby poświęcić tej produkcji swój czas?

„Miniaturowa żona” (Fot. Peacock)

O ile na pewnym poziomie serialowy koncept działa (a przynajmniej nie odrzuca od ekranu), to nigdy w pełni nie usprawiedliwia tak długiego montażu. Sytuacji pomaga niezłe tempo i zwarty rytm narracji, ale sprawiają one, iż „Miniaturowa żona” ewentualnie nadaje się do binge-watchingu. Widzów, którzy spędzą z nią bite dziesięć tygodni, absolutnie sobie nie wyobrażam, więc tym bardziej dziwi mnie emisja na HBO Max po odcinku. To po prostu nie jest historia, która wynagradza taką cierpliwość.

Miniaturowa żona – odcinki w środy na HBO Max

Idź do oryginalnego materiału