Dzisiaj znowu czuję ten ucisk w żołądku, jakbym połknęła kamień. Wspomnienie tamtej chwili w gabinecie dyrektorki wciąż żywe.
— Bronisławo Krzysztofowo, błagam panią! Nie wyrzucajcie mnie! Mam dwoje dzieci, kredyt hipoteczny! — Stałam przed jej biurkiem, miażdżąc w dłoniach pogniecione papiery. — Poprawię się, przysięgam!
— Jadwigo Marcinówna, sfałszowałaś dyplom uczelni wyższej. To poważne naruszenie, które…
— Miałam zamiar skończyć! Słowo honoru! Tylko rok do obrony na pedagogice mi brakowało! — przerwałam jej, łzy spływały mi po policzkach. — Bronisławo Krzysztofowo, dajcie mi szansę!
Dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 47 im. Jana Brzechwy w Łodzi patrzyła na mnie ze współczuciem. Uczyłam u niej już trzeci rok, dzieci mnie uwielbiały, rodzice chwalili. Ale prawo to prawo.
— Dobrze. Masz miesiąc na przedstawienie prawdziwego dyplomu. Inaczej…
— Dziękuję! Dziękuję stokrotnie! — Rzuciłam się ku drzwiom, ale na progu odwróciłam się. — Skąd pani wiedziała?
— Z kuratorium przyszła kontrola dokumentów wszystkich pracowników. Przypadkiem wyszła niezgodność.
Wybiegłam z gabinetu i omal nie wpadłam na Bogusława Adamowicza, nauczyciela w-fu. Wysoki, siwiejący mężczyzna około pięćdziesiątki przytrzymał mnie za ramię.
— Co się stało, Jadwigo Marcinówno? Jesteś blada jak ściana.
— Bogusławie Adamowiczu, wszystko stracone! — zaszlochałam. — Wyrzucają mnie!
— Ale za co?
Zawahałam się. Przyznać się do prawdy było wstyd. Bogusław Adamowicz był zasadniczy, miał nieskazitelną opinię, uczył już dwadzieścia lat.
— Dokumenty… nie były w porządku — wykrztusiłam niejasno.
— Co konkretnie? Może mogę pomóc?
Podniosłam na niego zapłakane oczy. Pan Bogusław zawsze traktował mnie po ojcowsku, częstował cukierkami, pytał o dzieci. Po rozwodzie tak brakowało mi męskiego wsparcia.
— Dyplom… Mam kłopoty z dyplomem.
— Zagubił się?
— Tak — skłamałam, łapiąc się tej deski ratunku. — Zaginął podczas przeprowadzki. A duplikat to biurokratyczna droga przez mękę.
Bogusław Adamowicz zamyślił się, drapiąc po brodzie.
— A gdzie studiowałaś? W którym roku skończyłaś?
— Na Uniwersytecie Warszawskim — odpowiedziałam bez mrugnięcia. Tak naprawdę byłam tam tylko trzy lata, potem wyszłam za mąż, urodziłam dzieci i na naukę zabrakło sił.
— Wie pani co, znam kogoś w archiwum tej uczelni. Może uda się przyspieszyć duplikat. Jak panią wpisali? Nazwiskiem męża czy panieńskim?
Poczucie, iż grzęznę w kłamstwach po szyję, stało się przytłaczające.
— Panieńskim. Jadwiga Marcinówna Grabowska.
— Dobrze, porozmawiam z Stefanem Piotrowiczem. Kieruje tam archiwum. Znamy się jeszcze z czasów studiów.
— Bogusławie Adamowiczu, jesteście… tak dobrzy dla mnie — szepnęłam. — Nie wiem, jak dziękować.
— Co tam! Jesteśmy kolegami po fachu. Trzeba się wspierać.
Wieczorem w domu, w naszym krakowskim mieszkaniu na Grzegórzkach, kręciłam się po kuchni jak oszalała. Siedmioletni Maciek odrabiał lekcje przy stole, pięcioletnia Aniela bawiła się lalkami w kącie.
— Mamusiu, a czemu płaczesz? — spytał chłopiec, odrywając wzrok od zeszytu.
— To nic, synku. Tylko zmęczenie po pracy.
— A tatuś przyjdzie?
— Nie, Macheczku. Tatuś mieszka teraz osobno, pamiętasz?
Spojrzałam na nich i serce ścisnęło się jak w imadle. To dla nich sfałszowałam dyplom. Potrzebna była praca, jakakolwiek, byle płacili godnie. W szkole były przynajmniej dodatki socjalne.
Nazajutrz Bogusław Adamowicz podszedł do mnie na przerwie.
— Jadwigo Marcinówno, skontaktowałem się ze Stefanem Piotrowiczem. Sprawdził archiwa.
Serce wezbrało lodem.
— I co?
— Dziwna sprawa. Pani panieńskiego nazwiska nie ma w spisach absolwentów. Może pomyliła pani rocznik? Albo wydział?
Ziemia usunęła mi się spod nóg. Musiałam coś wymyślić, błyskawicznie.
— Wiecie, Bogusławie Adamowiczu, pewnie się mylę. Po rozwodzie taki miałam zamęt w głowie, pamięć szwankuje. Może to była inna uczelnia? Jak sobie przypomnę, powiem.
— Oczywiście, niech się pani nie martwi. Głowa po takich wstrząsach nie służy, to normalne.
Spojrzał na mnie z taką troską, iż wstyd stał się jeszcze większy. Pan Bogusław był wdowcem, żona zmarła trzy lata wcześniej na raka. Nie mieli dzieci. Koleżanki mówiły, iż bardzo to przeżył, choćby wyjechał sam nad morze, by uciec od wspomnień.
— Bogusławie Adamowiczu, mogę
Patrząc w oczy mojego Bolesława, tańcząc na naszym weselu, czułam, iż choćby najcięższe kłamstwo, jeżeli się je odważy się odkręcić prawdą i naprawić, może umocnić prawdziwe uczucie i zmienić życie na lepsze.