Wiesz, ta historia zaczęła się od niezłego bałaganu. Pani dyrektor, błagam Panią! Nie zwalniaj mnie! Mam dwoje dzieci na głowie, kredyt mieszkaniowy! — Zosia Malinowska trzęsła się przed gabinetem dyrektor Wiśniewskiej w szkole podstawowej nr 35 w Krakowie, gniotąc w ręku jakieś papiery. — Naprawię to, przysięgam!
— Zosiu Kowalska, podrobiłaś dyplom ukończenia studiów. To poważne wykroczenie, które…
— Miałam skończyć! Naprawdę! Został mi tylko rok do obrony na pedagogice! — przerwała nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej, a łzy spływały jej po policzkach. — Pani dyrektor, daj mi szansę!
Dyrektor spojrzała na młodą kobietę ze współczuciem. Zosia uczyła tu już trzeci rok, dzieci ją uwielbiały, rodzice chwalili. Ale prawo jest prawem.
— Dobrze. Masz miesiąc na to, by dostarczyć prawdziwy dyplom. Inaczej…
— Dziękuję! Dziękuję pani z całego serca! — Zosia rzuciła się w stronę drzwi, ale na progu się odwróciła. — Skąd Pani wiedziała?
— Z kuratorium przyszła kontrola dokumentów. Przypadkiem wyszło, iż coś się nie zgadza.
Wpadła niemal na Bogdana Nowaka, nauczyciela wf-u. Ten wysoki, siwiejący pięćdziesięciopięciolatek podtrzymał ją za łokieć.
— Co się stało, Zosiu? Jesteś biała jak ściana.
— Bogdanie, wszystko stracone! — łkała. — Wylatuję z roboty!
— Za co niby?
Zosia się zawahała. Wstyd było przyznać się do prawdy. Bogdan był zasadniczy, miał nieskazitelną opinię, pracował w szkole od dwudziestu lat.
— Dokumenty… nie były w porządku — wydukała wymijająco.
— Co konkretnie? Może mogę pomóc?
Podniosła na niego zalane łzami oczy. Bogdan zawsze traktował ją po ojcowsku, częstował cukierkami, pytał o dzieci. Po rozwodzie Zosi tak brakowało męskiej dłoni w życiu.
— Dyplom… Mam kłopot z dyplomem.
— Zagubił się?
— Tak — skłamała, chwytając się tej deski ratunku. — Zginął przy przeprowadzce. A duplikat to masakra z papierologią.
Bogdan zamyślił się, drapiąc po brodzie.
— A gdzie studiowałaś? I kiedy kończyłaś?
— Na Uniwersytecie Warszawskim — odparła bez mrugnięcia okiem. Tak naprawdę skończyła tam tylko trzy lata, potem wyszła za mąż, urodziła dzieci i nie było kiedy wrócić do nauki.
— Wiesz co, mam znajomego w archiwum tej uczelni. Może uda mu się przyspieszyć sprawę. Jak cię tam zapisali? Pod mężem, czy panieńskim?
Zosia poczuła, jak grunt osuwa się pod stopami w bagno kłamstw.
— Panieńskim. Zofia Malinowska.
— Dobrze, pogadam z Witkiem. To mojego rocznika chłop, u nich w archiwum kieruje.
— Bogdanie, ty… jesteś dla mnie taki dobry — szepnęła. — Nie wiem, jak ci dziękować.
— Oj, daj spokój! Jak nie pomóc koleżance z pracy?
Wieczorem w domu Zosia biegała po kuchni jak zwierzak w klatce. Siedmioletni Staś odrabiał lekcje przy stole, pięcioletnia Hania bawiła się lalkami w kącie.
— Mamo, czemu płaczesz? — spytał chłopiec, odrywając wzrok od zeszytu.
— Nic, synku. Po prostu zmęczona pracą.
— A tata przyjdzie?
— Nie, Stasiu. Tata mieszka osobno, pamiętasz?
Spojrzała na dzieci i poczuła, jak ściska ją w sercu. Dla nich sfingowała ten dyplom. Potrzebowała pracy, byle jaka, choć z godną pensją. A w szkole dodatkowo były zniżki, świadczenia.
Nazajutrz Bogdan podszedł do niej na przerwie.
— Zosiu, rozmawiałem z Witkiem. Sprawdzał archiwa.
Serce zamarło jej w piersi.
— I?
— Dziwna sprawa. Nie ma ttwojego nazwiska na liście absolwentów. Może pomyliłaś rocznik? A wydział pamiętasz dokładnie?
Ziemia osunęła się Zosi pod nogami. Musiała coś wymyślić, i to szybko.
— Bogdanie, chyba… się pogubiłam. Po rozwodzie miałam takiego hopla, iż pamięć szwankuje. Może inna uczelnia? Jak przypomnę, powiem ci.
— Jasne, nie przejmuj się. Głowa po takich rzeczach nie dla psa kiełbasa.
Spojrzał na nią z taką troską, iż zrobiło jej się jeszcze głupiej. Bogdan był wdowcem, żona zmarła trzy lata temu na raka. Dzieci nie mieli. Koledzy mówili, iż bardzo to przeżywał, choćby wyjechał sam na urlop za granicę, by zapomnieć.
— Bogdanie, skusisz się na
I tak Zofia ze łzami w oczach przytuliła się do Borysa, wiedząc, iż to kłamstwo o dyplomie, choć kiedyś niemal ją zniszczyło, stało się niezwykłym początkiem ich wspólnego, długiego i szczęśliwego życia.