Miłość silniejsza niż Sybir. Genealodzy weszli na scenę

slowopodlasia.pl 1 godzina temu
– Inspiracją do przygotowania spektaklu była tematyka II Plenerowych Spotkań Genealogicznych. Kiedy zbieraliśmy prelegentów i przygotowywaliśmy naukową część wydarzenia, czyli sympozjum, okazało się, iż jeden z paneli będzie w dużej mierze poświęcony unitom. Pojawiła się wtedy myśl, żeby, podobnie jak podczas naszych wcześniejszych konferencji czy Bialskich Spotkań Genealogicznych, urozmaicić wydarzenie i nie ograniczać się wyłącznie do części naukowej czy pikniku. Wcześniej pojawiały się koncerty i inne działania, a tym razem narodził się pomysł przygotowania przedstawienia – mówi Robert Soldat, pomysłodawca spektaklu pt. „Miłość silniejsza niż Sybir”, prezes Bialskiego Stowarzyszenia Genealogicznego i pracownik MBP.Ta historia była z nim od wielu lat– Znałem osobiście, jeszcze jako mały chłopiec, osobę, która stała się pierwowzorem Bolusi – głównej bohaterki spektaklu. Oczywiście przedstawienie jest adaptacją tej historii, a nie jej odwzorowaniem jeden do jednego. Historia była na tyle interesująca i intrygująca, iż idealnie pasowała do koncepcji i tytułu naszych drugich spotkań genealogicznych – „Między dumą a wstydem”. Chodziło o trudne relacje i historie rodzinne – wyjaśnia Robert Soldat.Łączyły się w niej różne elementy: trud wywózki na Syberię, miłość, która nie powinna się narodzić, a jednak się narodziła, oraz przyjazd za Bolusią na nasze tereny człowieka ze Wschodu. Nie wiemy do końca, czy był Rosjaninem. Wszystkie te elementy połączyły się w jedną historię.Spektakl przygotowali głównie członkowie Bialskiego Stowarzyszenia Genealogicznego i pracownicy Miejskiej Biblioteki Publicznej.Fot. Adam Czajka– jeżeli chodzi o samo przedstawienie, wyszło ono lepiej, niż przewidywałem. Nie chcę oceniać pozostałych osób występujących w spektaklu, ponieważ nie czuję się do tego predysponowany. Mogę natomiast powiedzieć, iż próba generalna i samo przedstawienie w dniu wydarzenia wyglądały zupełnie inaczej niż wcześniejsze próby. Było znacznie więcej emocji i zaangażowania – przyznaje Robert Soldat.W jego przypadku nie wynikało to z tego, iż wcześniej mniej się angażował, ale z atmosfery, która pojawiła się podczas adekwatnego przedstawienia.– Łatwiej było wczuć się w rolę. Wpływ miała również liczba osób, które przyszły obejrzeć spektakl, ponieważ podczas prób nie było publiczności. Dzięki temu grało mi się lepiej. Nie miałem dużej tremy. Towarzyszyło mi bardziej wzruszenie i inne emocje. Na pewno nikt nie zagrał źle. Nie było wpadek. Wręcz przeciwnie – wiele osób, podobnie jak ja, zagrało znacznie lepiej niż podczas wcześniejszych prób – zaznacza Robert Soldat.Twórcy chcą, żeby spektakl został jeszcze gdzieś pokazany. Być może w nieco zmienionej formie, tak aby można było wystawić go na scenie, a nie w plenerze.– Plener rządzi się swoimi prawami i nie wszystkie sceny da się w takiej samej formie zrealizować w pomieszczeniu. Sam dostrzegam pewne elementy, które w przypadku swojej postaci delikatnie bym zmienił lub do których coś bym dodał, szczególnie w niektórych scenach. Myślę, iż pozostali aktorzy również dostrzegają takie możliwości – zauważa Robert Soldat.W lekko zmodyfikowanej formie spektakl mógłby funkcjonować jako typowe widowisko sceniczne. Byłby przeznaczony bardziej dla dorosłych niż dla dzieci, chociaż młodzież również mogłaby go obejrzeć. Nie jest natomiast przeznaczony dla małych dzieci, ponieważ mogłyby nie do końca zrozumieć przedstawioną historię.– Poprzez spektakl chcieliśmy przekazać to, co było również tematem sympozjum – „Między dumą a wstydem”. W rodzinach mamy zarówno piękne, jak i trudne historie. Dla kogoś informacja, iż kobieta wyszła za Rosjanina, czy szerzej – za człowieka ze Wschodu – mogłaby być powodem do wstydu. Nie wiemy jednak, czy rzeczywiście był on Rosjaninem ani dokładnie, skąd pochodził. Z drugiej strony jest to piękna historia o miłości, przetrwaniu i pomocy, która musiała się między nimi pojawić. W tak trudnych czasach i okolicznościach miłość nie rodzi się tylko dlatego, iż ktoś się komuś podoba. Musiała być między nimi również okazywana pomoc – zaznacza pomysłodawca spektaklu.Ważna była także determinacja Bazylego, który przyjechał na nasze tereny z odległej Rosji. Nie była to podróż na pięć kilometrów.– Podejrzewam, iż być może choćby nie podróżował pociągiem, tylko część drogi pokonywał pieszo, żeby tutaj dotrzeć. Nie było to proste. Wiele osób, które mają w swoich rodzinach historie dotyczące podróży w czasie wojny, a także powrotów z Syberii czy innych terenów na Wschodzie, doskonale wie, ile dni ich przodkowie musieli się przemieszczać, żeby pokonać takie odległości – mówi Robert Soldat.Zadowolona publiczność, więc reżyserka również– Jako reżyserka jestem bardzo zadowolona zarówno ze swojej pracy, jak i z pracy aktorów. Próby były trudne, ale wynikało to między innymi z tego, iż jestem bardzo wymagająca. Większość aktorów zagrała po raz pierwszy w życiu, więc nie wiedzieliśmy też, jak zachowają się, kiedy zobaczą publiczność – zauważa Edyta Tyszkiewicz, reżyserka spektaklu pt. „Miłość silniejsza niż Sybir” i redaktor naczelna „Podlaskiego Kwartalnika Kulturalnego”.Prób nie było dużo.– Pojawiały się przerwy wynikające z różnych powodów. Każdy pracuje i musiał znaleźć czas, żebyśmy mogli się spotkać. Często nie odbywały się próby całego zespołu, tylko próby cząstkowe. Kiedy jednak zobaczyłam efekt, wszystkich w strojach, usłyszałam pierwsze dźwięki muzyki i zobaczyłam, jak pięknie weszli w swoje role i jak świetnie zagrali, miałam ciarki – przyznaje Edyta Tyszkiewicz.Już po pierwszej czy drugiej scenie, kiedy wszyscy wychodzili na zesłanie, wiedziała, iż będzie dobrze.– Zofia Beran-Kowalczyk w tym momencie improwizowała i świetnie weszła w tę scenę, dzięki czemu nie było ciszy. Kiedy dzieci zaczęły płakać, od razu pojawił się u mnie ogromny uśmiech, bo wiedziałam, iż wszystko pójdzie dobrze. I rzeczywiście tak było – mówi reżyserka.Wiele osób bardzo ją zaskoczyło tym, co zrobiły, jak zagrały i jak ustawiły się na scenie.– Poczułam, iż naprawdę weszli w swoje role i stali się postaciami, które grali. To było bardzo przejmujące. Wiem, iż ludzie płakali. Sama miałam ciarki, kiedy słyszałam muzykę i to, o czym mówili aktorzy – przyznaje Edyta Tyszkiewicz.Publiczność z zainteresowaniem przyjęła spektakl, a aktorów - amatorów nagrodziła gromkimi brawami.Fot. Adam CzajkaPoczątki pracy nad spektaklem były trudne.– Miałam swoją wizję i wcześniej reżyserowałam już kilka sztuk. Jestem w stowarzyszeniu Przez Pryzmat, z którym wystawiamy „Dziady”. Tam pracuję już z ludźmi, którzy wiedzą, co mają robić, więc jest łatwiej. Tutaj natomiast spotkałam się z ludźmi, którzy nigdy wcześniej tego nie robili. Sama również jestem amatorką, jeżeli chodzi o reżyserię. Miałam przede wszystkim określoną wizję, która na szczęście nie rozminęła się z wizją scenarzystki. Zależało mi na tym, żeby zachować to, jak scenarzystka wyobrażała sobie napisany przez siebie tekst – przekazuje Edyta Tyszkiewicz.Nie wszystko dało się jednak przenieść ze scenariusza jeden do jednego. Scenariusz był napisany pod film, a twórcy musieli dostosować go do sceny i konkretnego miejsca, w którym mieli grać. Trzeba było uwzględnić przejścia oraz przestrzeń, którą dysponowali. Z tego względu niektóre sceny należało przerobić.Genealodzy wykazali się talentem aktorskim– Spotkałam się z osobami, które nigdy wcześniej nie grały i początkowo nie miały wyczucia scenicznego. Kiedy mówiły, nie wiedziały, czy powinny się poruszać, a kiedy się poruszały, nie wiedziały, co powiedzieć. Była to więc adekwatnie praca od podstaw, ale myślę, iż bardzo wartościowa. Najtrudniejsze było chyba zgranie wszystkiego. Moje wizje dotyczące tego, jak ktoś ma przejść, jaki wykonać ruch czy gdzie się zatrzymać, często powstawały dopiero podczas prób. W trakcie grania pojawiały się kolejne pomysły i zmiany. Nagle dochodziłam do wniosku, iż coś możemy zrobić inaczej, ponieważ będzie lepiej wyglądało albo będzie lepiej widoczne dla publiczności. adekwatnie podczas każdej próby coś korygowałam i zmieniałam. To z pewnością nie było łatwe również dla aktorów – przyznaje reżyserka spektaklu.Z drugiej strony była to trochę zabawa.– Sama jednak dużo od siebie wymagam. o ile już się czegoś podejmuję, bardzo zależy mi na tym, żeby efekt był najlepszą wersją tego, co jesteśmy w stanie zrobić. Od aktorów oczekiwałam przede wszystkim tego, żeby potrafili odnaleźć się na scenie i w swoich rolach. Chciałam również, żeby proponowali coś od siebie, ponieważ wtedy gra staje się bardziej naturalna i nie jest sztuczna. Nie każdy od razu to potrafił, co jest zupełnie naturalne, jeżeli ktoś po raz pierwszy staje na scenie – zauważa Edyta Tyszkiewicz. Reżyserka spektaklu, Edyta Tyszkiewicz, przyznaje, iż nie stała nad aktorami z batem, ale nie ukrywa, iż była wymagająca.Fot. Adam CzajkaJedna z pań grających matkę już po drugiej próbie zaproponowała, iż określony fragment zagra w inny sposób.– Bardzo spodobał mi się jej pomysł i uznałam, iż będzie świetny. W reżyserowaniu właśnie o to chodzi. Jest wizja scenarzystki, jest wizja reżyserki, ale dobrze, kiedy aktor również daje coś od siebie, ponieważ wtedy wszystko staje się bardziej naturalne. Jako reżyserka mogę podpowiedzieć, iż dobrze byłoby wyjść z określonego miejsca, podejść do siebie czy na siebie spojrzeć, ale nie mogę narzucać każdego gestu. To powinno naturalnie wychodzić od aktorów. Podczas spektaklu większość osób zrobiła to naprawdę świetnie. Łukasz Makarewicz na przykład sam wymyślił gest zdjęcia czapki. Po kilku próbach aktorzy zaczęli sami myśleć o tym, jak można coś zrobić, i to było bardzo pomocne – zaznacza Edyta Tyszkiewicz.Dodaje, iż reżyserka nie jest osobą z batem, która wymaga, żeby wszystko zostało wykonane co do milimetra.– Oczywiście czasami przestawiałam aktorów o dwa kroki w jedną czy drugą stronę, z czego się śmialiśmy, ale wynikało to z tego, iż patrząc od strony widowni, widziałam, iż w określonym ustawieniu czegoś nie będzie widać. Czasami te dwa kroki rzeczywiście miały znaczenie. Cały czas jednak powtarzam, iż jeżeli chodzi o reżyserię, jestem amatorką. Mam po prostu określoną wizję. Kiedy Beata Zacharuk napisała scenariusz i go przeczytałam, od razu zaczęły pojawiać się w mojej głowie konkretne sceny i sposób, w jaki powinny wyglądać – mówi reżyserka.Wprowadziła również pewne poprawki do scenariusza, ale wynikały one przede wszystkim z konieczności dostosowania go do przestrzeni, w której aktorzy mieli występować. Dopisała też jedną scenę.– Nie było tak, iż zrobiłam to samodzielnie i na tym się skończyło. Poprosiłam scenarzystkę, żeby ją przeczytała. Musiała ją zaakceptować i skorygować. Wcześniej prowadziłyśmy na ten temat rozmowy – przyznaje.Prosiła również o pomoc przy doborze muzyki.– Wiedziałam, iż muzyka musi się pojawić. Kiedy wybrałam odpowiednie fragmenty, również konsultowałam je z Beatą Zacharuk. Miałam dużo szczęścia, ponieważ nie musiałam długo szukać. Wiedziałam mniej więcej, czego potrzebuję, opisywałam to i pojawiał się odpowiedni utwór. Kiedy go słyszałam, wiedziałam, iż właśnie o to chodzi. Później puszczałam go scenarzystce. Przy jednym utworze płakała ze wzruszenia, przy drugim również, więc wiedziałam, iż wszystko jest w porządku – mówi Edyta Tyszkiewicz.Scenarzystka zaakceptowała wszystkie poprawki, motywy muzyczne, dźwięki i pozostałe rozwiązania.– Była to zdecydowanie praca zespołowa – podkreśla Edyta Tyszkiewicz.Wszedł w rolę, ale stoi za tym dużo pracyŁukasz Makarewicz, regionalista i genealog z Białej Podlaskiej, zagrał jedną z głównych ról w spektaklu pt. „Miłość silniejsza niż Sybir”.– Bazyli był synem rosyjskiego strażnika Wasyla, który pilnował zesłańców gdzieś na Syberii. Oni również byli zesłani za jakieś swoje przewinienia. Możemy się domyślać, iż Bazyli i jego rodzina byli prawosławni, ponieważ większość mieszkańców Cesarstwa była wówczas wyznania prawosławnego – mówi o swojej postaci Łukasz Makarewicz.Dodaje, iż Wasyl i jego syn Bazyli w pewnym momencie spotkali się z rodziną unitów spod Białej Podlaskiej.– Z historii przedstawionej w naszym spektaklu wynika, iż byli dobrymi ludźmi. Mimo zadań nałożonych przez rząd carski dobrze traktowali tę rodzinę i podjęli z nią współpracę. Polubili się i razem próbowali przetrwać czas spędzony na Syberii. Rodzinie Bazylego prawdopodobnie żyło się trochę lepiej i mogła więcej zarobić. Dzięki tej znajomości również sytuacja unitów nieznacznie się poprawiła. Najstarszy z rodziny unitów pracował przy wyrębie drzew, a później trafił do kuźni dzięki pomocy Wasyla, ojca Bazylego – streszcza Łukasz Makarewicz.Wyjaśnia, iż historia miłości Bazylego i Bolusi, unitki spod Białej Podlaskiej i córki zesłańców, zaczęła się podczas ich pierwszego spotkania. Wasyl i Bazyli przyjechali do rodziny, przywożąc ze sobą prowiant i różne pakunki. Wtedy Bazyli po raz pierwszy spotkał Bolusię. Być może już wtedy pojawiło się między nimi pierwsze zauroczenie i od tego wszystko się zaczęło.– W spektaklu nie pokazaliśmy całej historii, ponieważ można byłoby ją przedstawiać znacznie dłużej. Bazyli i Bolusia spędzali jednak razem każdą wolną chwilę po pracy. Bazyli pokochał ją na tyle mocno, iż chciał z nią zostać i założyć rodzinę. Miał również swoje marzenia – chciał zostać krawcem. Miejmy nadzieję, iż rzeczywiście mu się to udało, choć do końca tego nie wiemy. Znamy tę historię w takim zakresie, w jakim została przedstawiona w spektaklu, ale w każdym jej elemencie jest jakaś cząstka prawdy – przekazuje Łukasz Makarewicz.Przygotowania do roli rozpoczęły się od pierwszego spotkania z pozostałymi członkami ekipy i wspólnego czytania scenariusza z podziałem na role.– Sama historia bardzo mnie zaciekawiła, przede wszystkim ze względu na przedstawioną w niej prawdziwą miłość. Przygotowywałem się również samodzielnie. W każdej wolnej chwili czytałem tekst, ponieważ chciałem dobrze wypaść, nie pomylić się i prawidłowo powiedzieć swoje kwestie. Pierwszym zadaniem było dobre poznanie roli i samego scenariusza. Później, zgodnie ze wskazówkami reżyserki Edyty Tyszkiewicz, trzeba było próbować wczuć się w postać – relacjonuje Łukasz Makarewicz.Aktorzy mieli kilka intensywnych prób w ciągu miesiąca.– Oczywiście nie wszystko wychodziło od razu. Na szczęście udało mi się dobrze zapamiętać swoją rolę. Nie miałem aż tak dużo tekstu do powiedzenia, więcej kwestii miała odtwórczyni roli Bolusi – Anna Chodyka. Z czasem wiedzieliśmy już, jak będzie wyglądało przedstawienie. Wspólnie z reżyserką ustaliliśmy, gdzie poszczególne osoby będą stały, jak będą wyglądały konkretne sceny i gdzie wszystko zostanie zagrane. Stopniowo wchodziliśmy w swoje role i zapamiętywaliśmy, co trzeba zrobić w określonym miejscu, kiedy wejść oraz kto po kim mówi. Najważniejsze było dla nas to, żeby dobrze zagrać i pokazać tę piękną historię. Ostatecznie wszystko zagrało i sam spektakl bardzo mi się podobał – przyznaje odtwórca głównej roli.Zadbali o stroje i scenografięTrzeba było również zadbać o odpowiedni wygląd, mniej więcej odpowiadający danej epoce.– Grając Bazylego, syna rosyjskiego strażnika, planowałem wystąpić w stroju z epoki, o prostym kroju. Udało się nawiązać współpracę z krawcem, który wcześniej wykonywał również stroje dla grupy rekonstrukcyjnej. Skontaktowałem się z nim i uszył odpowiedni strój – lniane spodnie oraz długą, białą koszulę. Wystarczyło dostarczyć materiał i strój został bardzo gwałtownie uszyty. Był również wygodny. Potrzebne były także odpowiednie rekwizyty i pozostałe elementy stroju. Niektóre rzeczy mogliśmy wypożyczyć od grup teatralnych, kół gospodyń wiejskich czy teatrów działających przy gminnych ośrodkach kultury. Zależało nam jednak na prostych ubraniach, bez wzorów i wyszywanych elementów. Czapkę i buty wypożyczyłem z GOK-u w Janowie, za co serdecznie dziękuję dyrektor Renacie Kaczmarek – mówi Łukasz Makarewicz.Wskazuje, iż próby były jedynie etapem przygotowań, ale tak naprawdę dopiero podczas premiery miało się okazać, czy aktorzy wszystko zrobili dobrze, czy odpowiednio nauczyli się swoich ról i rzeczywiście w nie weszli.– Myślę, iż dobrze się w tej roli czułem i dobrze wypadłem. Po spektaklu pojawiło się wiele głosów, iż wszystko pięknie wyszło i dobrze zagraliśmy. Widownia była zadowolona, było dużo oklasków, ale również wiele wzruszeń. Myślę więc, iż było naprawdę wspaniale. Daliśmy również coś od siebie, poza tym, co zostało zapisane w scenariuszu. W moim przypadku były to dodatkowe gesty, między innymi zdjęcie czapki, rzucenie kijem czy więcej uśmiechów – mówi Łukasz Makarewicz.W spektaklu rodzina unicka otrzymała pomoc Wasyla - rosyjskiego strażnika obozu jenieckiego i jego syna Bazylego. Fot. Adam CzajkaAutorka artykułu dziękuje serdecznie Bogumile Chmiel za przygotowanie dla niej stroju do spektaklu. W spektaklu pt. “Miłość, silniejsza niż Sybir” wystąpili:Robert Soldat, Elżbieta Olesiejuk, Anna Polkowska-Kasaniuk, Kazimierz Soldat, Kalina Jakoniuk, Anna Chodyka, Łukasz Makarewicz, Waldemar Bałkowiec, Bogumiła Chmiel, Andrzej Olichwiruk, Zofia Beran-Kowalczyk, Jerzy Besaraba, Piotr Besaraba, Andrzej Czarnocki. Narratorem była Renata Szwed, dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej, reżyserowała Edyta Tyszkiewicz, scenariusz napisała Beata Zacharuk. Obsługą przedstawienia zajęli się: Mirosław Czajka, Małgorzata Rybska, Andrzej Klimiuk, Marek Chmiel, Łukasz Pinkowski.Streszczenie spektaklu:Michał i Natalia wraz z dziećmi Franciszkiem i Bolusią wyruszają na Syberię, skazani przez władze carskie na wygnanie za obronę swojej wiary, podobnie jak inni unici z południowego Podlasia. Tam poznają Wasyla i jego syna Bazylego, którzy okazują pomoc rodzinie. Bazyli i Bolusia razem dorastają, i zakochują się w sobie nawzajem. Po I wojnie światowej rodzina unicka wraca do Polski, po pewnym czasie, do miejscowości pod Białą Podlaską, dociera też Bazyli, który bierze ślub z Bolusią i zakłada z nią rodzinę.
Idź do oryginalnego materiału