Kiedy Jill (Zoey Deutch) traci siostrę, radzi sobie z żałobą, wysyłając na jej stary numer głosówki. Opowiada o swoich kolejnych nieudanych randkach. Żali się na bucowatego szefa restauracji (Nick Offerman), który faworyzuje najbardziej wkurzającego pracownika w zespole i nie pozwala Jill rozwinąć skrzydeł w fachu cukiernika (nie wiadomo, czemu tłumaczonemu przez Netflixa jako „piekarz”). Wysyłając wiadomości do zmarłej siostry, nie uświadamia sobie, iż jej numer należy już pewnie do kogoś innego. Otrzymujący te wyznania Wes (Nick Robinson) wysłuchuje ich z dużą uwagą. Zauroczony barwną osobowością Jill postanawia odnaleźć dziewczynę.
„Wiadomości dla Isabelle” to autorski projekt Lei McKendrick, która napisała scenariusz oryginalny, wystąpiła w jednej z drugoplanowych ról i wyreżyserowała całość. Świeżość i szczerość przekonały do siebie widownię, która bardzo ciepło przyjęła tytuł. To nie jest typowa komedia romantyczna, chociaż McKendrick nie wywraca do góry nogami zasad gatunku – nie o to przecież chodzi. Równie dużo w „Wiadomościach dla Isabelle” dramatu obyczajowego, co samej miłosnej historii. Film można określić jako współczesną wersję „Masz wiadomość” (1998), ale główną inspiracją McKendrick wydaje się twórczość Richarda Curtisa – scenarzysty „Czterech wesel i pogrzebu”, „Czasu na miłość”, „Notting Hill”, „Dziennika Bridget Jones” i wielu innych absolutnie kultowych romantycznych filmów. „Wiadomości dla Isabelle” w swoich najlepszych momentach są podobnie słodko-gorzką, chwytającą za serducho, pełną uroku historią. Film przywodzi na myśl także „Zakochanego bez pamięci” (2004); ze względu na ekscentryczną postać bohaterki i jej nieświadomość pełnego obrazu sytuacji, jaką próbuje wykreować uwodzący ją bohater. Momentami przypomina „Sztukę pięknego życia” (2024); ze względu na wątki radzenia sobie z traumą i gastronomiczną pasję Jill. „Wiadomości dla Isabelle” nie są może najoryginalniejszym filmem, ale czerpią z dobrych wzorców.
Zoey Deutch – córka Lei Thompson, przez cały czas czekająca na przełom w karierze, który mogą przynieść właśnie „Wiadomości dla Isabelle” – daje z siebie wszystko w głównej roli. Jill wcale nie była łatwą bohaterką do zagrania. Trochę manic pixie dream girl, trochę Fleabag – przy chybionym castingu mogłaby irytować. Dialogi pisane przez McKendrick także bywają ciężkie: jako scenarzystka lubi kwieciste frazy, nagromadzenie popkulturowych nawiązań i pewną teatralność, co czasem działa (świetna jest np. konfrontacja ze wstrętnym szefem), a czasem troszkę krindżuje (niektóre „raporty” z nieudanych randek). Deutch sprawia jednak, iż jej bohaterka zawsze pozostaje wiarygodna i sympatyczna. Dziewczynie, która swoje nieustanne porażki sercowe i zawodowe z wdziękiem obraca w żart, po prostu chce się kibicować. Wes tłumaczy swoje zauroczenie Jill tym, iż nie ma w niej filtra; ten czar bohaterka rzuca także poprzez ekran. Dzięki jej emocjonalnej otwartości łatwo przejąć się jej historią.
Trudniej kibicować jej związkowi z Wesem. Wątek romantyczny jest najsłabiej poprowadzony w całym filmie, o zgrozo, romantycznym. Paradoksalnie nie przeszkadza to w odbiorze, bo romans Jill i Wesa wcale nie stanowi serca tej opowieści. Bohaterka wielokrotnie podkreśla, iż nie potrzebuje faceta; i trochę tak jest. Jej radzenie sobie z żałobą, próba zaistnienia w świecie cukiernictwa i singielskie przygody składają się na pełnoprawną postać, która nie wymaga dopisania jej happy ever after. O ile Jill dostaje sporo czasu ekranowego, o tyle Wes otrzymuje go o wiele mniej. choćby o jego traumie dowiadujemy się tylko pobieżnych faktów. Rozumiemy, czemu ten poukładany chłopak z nudną pracą i przewidywalnym życiem zakochuje się w kolorowej dziewczynie, która wprowadza do jego świata więcej szaleństwa; trochę słabiej wychodzi przedstawienie jego jako dobrej partii dla niej. Najgorsze jednak, iż Wes jest po prostu stalkerem.
Facet wykorzystuje informacje z prywatnych głosówek Jill do tego, by skutecznie ją uwodzić. Rozpoczyna poważną relację z nią, nie przyznając się do tego, iż przez wiele miesięcy wysłuchiwał jej intymnych zwierzeń. Nie jest nieświadomy swoich działań: jego przyjaciele wielokrotnie mówią mu, iż zachowuje się jak creep, ale on po prostu nie ma odwagi wyznać prawdy. Jego niepewność jest oczywiście zgodna z psychologicznym prawdopodobieństwem, bo cała sytuacja należy do mocno nietypowych i trudnych w nawigowaniu – co nie zmienia faktu, iż Wes sprawia nie romantyczne, tylko niepokojące wrażenie. Gdyby przedstawić tę samą historię w innej konwencji wyszłaby „Obsesja” (2026)... Para ma sporo uroczych momentów (wycieczka w autokarze), ale podczas seansu trudno mi było przekonać się do wybranka Jill i kibicować związkowi opartemu na kłamstwie oraz dziwacznym stalkingu.
Wesa jest mniej także dlatego, iż – parafrazując samą Jill – to nigdy nie była historia dziewczyny potrzebującej, by ktoś ją pokochał; to jest historia dziewczyny, która bardzo potrzebuje, by jej zmarła siostra do niej wróciła. Na podstawowym, ludzkim poziomie, jako wzruszający portret radzenia sobie ze stratą i przerabiania wszystkich etapów żałoby, „Wiadomości dla Isabelle” działają bardzo dobrze. Mam jednak wrażenie, iż działałyby jeszcze mocniej, gdyby trochę więcej czasu poświęcić zmarłej siostrze. Isabelle jest bierną powierniczką Jill, wiemy o niej kilka poza tym, iż chorowała na mukowiscydozę i kochała gotować. Gdyby w dodatkowej scenie lub dwóch nadać jej więcej charakteru – może zamiast którejś z powtarzalnych randek Jill – mogłyby to być nowe „Czułe słówka” (1983). Takich zmarnowanych potencjałów jest w tym filmie więcej. Przy bardziej przemyślanym poprowadzeniu historii, lepszej selekcji pomysłów i scen, autentycznie przekonujacym wątku miłosnym, „Wiadomości dla Isabelle” mogłyby zostać współczesnym romantycznym klasykiem. W przypadku tego typu filmów o ich statusie decyduje jednak nie jakość, ale vox populi oraz upływ czasu. To one zadecydują, czy przez cały czas będziemy pamiętać ten tytuł, kiedy hype przeminie.
„Wiadomości dla Isabelle” to autorski projekt Lei McKendrick, która napisała scenariusz oryginalny, wystąpiła w jednej z drugoplanowych ról i wyreżyserowała całość. Świeżość i szczerość przekonały do siebie widownię, która bardzo ciepło przyjęła tytuł. To nie jest typowa komedia romantyczna, chociaż McKendrick nie wywraca do góry nogami zasad gatunku – nie o to przecież chodzi. Równie dużo w „Wiadomościach dla Isabelle” dramatu obyczajowego, co samej miłosnej historii. Film można określić jako współczesną wersję „Masz wiadomość” (1998), ale główną inspiracją McKendrick wydaje się twórczość Richarda Curtisa – scenarzysty „Czterech wesel i pogrzebu”, „Czasu na miłość”, „Notting Hill”, „Dziennika Bridget Jones” i wielu innych absolutnie kultowych romantycznych filmów. „Wiadomości dla Isabelle” w swoich najlepszych momentach są podobnie słodko-gorzką, chwytającą za serducho, pełną uroku historią. Film przywodzi na myśl także „Zakochanego bez pamięci” (2004); ze względu na ekscentryczną postać bohaterki i jej nieświadomość pełnego obrazu sytuacji, jaką próbuje wykreować uwodzący ją bohater. Momentami przypomina „Sztukę pięknego życia” (2024); ze względu na wątki radzenia sobie z traumą i gastronomiczną pasję Jill. „Wiadomości dla Isabelle” nie są może najoryginalniejszym filmem, ale czerpią z dobrych wzorców.
Zoey Deutch – córka Lei Thompson, przez cały czas czekająca na przełom w karierze, który mogą przynieść właśnie „Wiadomości dla Isabelle” – daje z siebie wszystko w głównej roli. Jill wcale nie była łatwą bohaterką do zagrania. Trochę manic pixie dream girl, trochę Fleabag – przy chybionym castingu mogłaby irytować. Dialogi pisane przez McKendrick także bywają ciężkie: jako scenarzystka lubi kwieciste frazy, nagromadzenie popkulturowych nawiązań i pewną teatralność, co czasem działa (świetna jest np. konfrontacja ze wstrętnym szefem), a czasem troszkę krindżuje (niektóre „raporty” z nieudanych randek). Deutch sprawia jednak, iż jej bohaterka zawsze pozostaje wiarygodna i sympatyczna. Dziewczynie, która swoje nieustanne porażki sercowe i zawodowe z wdziękiem obraca w żart, po prostu chce się kibicować. Wes tłumaczy swoje zauroczenie Jill tym, iż nie ma w niej filtra; ten czar bohaterka rzuca także poprzez ekran. Dzięki jej emocjonalnej otwartości łatwo przejąć się jej historią.
Trudniej kibicować jej związkowi z Wesem. Wątek romantyczny jest najsłabiej poprowadzony w całym filmie, o zgrozo, romantycznym. Paradoksalnie nie przeszkadza to w odbiorze, bo romans Jill i Wesa wcale nie stanowi serca tej opowieści. Bohaterka wielokrotnie podkreśla, iż nie potrzebuje faceta; i trochę tak jest. Jej radzenie sobie z żałobą, próba zaistnienia w świecie cukiernictwa i singielskie przygody składają się na pełnoprawną postać, która nie wymaga dopisania jej happy ever after. O ile Jill dostaje sporo czasu ekranowego, o tyle Wes otrzymuje go o wiele mniej. choćby o jego traumie dowiadujemy się tylko pobieżnych faktów. Rozumiemy, czemu ten poukładany chłopak z nudną pracą i przewidywalnym życiem zakochuje się w kolorowej dziewczynie, która wprowadza do jego świata więcej szaleństwa; trochę słabiej wychodzi przedstawienie jego jako dobrej partii dla niej. Najgorsze jednak, iż Wes jest po prostu stalkerem.
Facet wykorzystuje informacje z prywatnych głosówek Jill do tego, by skutecznie ją uwodzić. Rozpoczyna poważną relację z nią, nie przyznając się do tego, iż przez wiele miesięcy wysłuchiwał jej intymnych zwierzeń. Nie jest nieświadomy swoich działań: jego przyjaciele wielokrotnie mówią mu, iż zachowuje się jak creep, ale on po prostu nie ma odwagi wyznać prawdy. Jego niepewność jest oczywiście zgodna z psychologicznym prawdopodobieństwem, bo cała sytuacja należy do mocno nietypowych i trudnych w nawigowaniu – co nie zmienia faktu, iż Wes sprawia nie romantyczne, tylko niepokojące wrażenie. Gdyby przedstawić tę samą historię w innej konwencji wyszłaby „Obsesja” (2026)... Para ma sporo uroczych momentów (wycieczka w autokarze), ale podczas seansu trudno mi było przekonać się do wybranka Jill i kibicować związkowi opartemu na kłamstwie oraz dziwacznym stalkingu.
Wesa jest mniej także dlatego, iż – parafrazując samą Jill – to nigdy nie była historia dziewczyny potrzebującej, by ktoś ją pokochał; to jest historia dziewczyny, która bardzo potrzebuje, by jej zmarła siostra do niej wróciła. Na podstawowym, ludzkim poziomie, jako wzruszający portret radzenia sobie ze stratą i przerabiania wszystkich etapów żałoby, „Wiadomości dla Isabelle” działają bardzo dobrze. Mam jednak wrażenie, iż działałyby jeszcze mocniej, gdyby trochę więcej czasu poświęcić zmarłej siostrze. Isabelle jest bierną powierniczką Jill, wiemy o niej kilka poza tym, iż chorowała na mukowiscydozę i kochała gotować. Gdyby w dodatkowej scenie lub dwóch nadać jej więcej charakteru – może zamiast którejś z powtarzalnych randek Jill – mogłyby to być nowe „Czułe słówka” (1983). Takich zmarnowanych potencjałów jest w tym filmie więcej. Przy bardziej przemyślanym poprowadzeniu historii, lepszej selekcji pomysłów i scen, autentycznie przekonujacym wątku miłosnym, „Wiadomości dla Isabelle” mogłyby zostać współczesnym romantycznym klasykiem. W przypadku tego typu filmów o ich statusie decyduje jednak nie jakość, ale vox populi oraz upływ czasu. To one zadecydują, czy przez cały czas będziemy pamiętać ten tytuł, kiedy hype przeminie.















