20 maja tego roku ukazał się nowy remaster płyty Milesa Davisa „Birth of the Cool”.
Po raz pierwszy materiał ten jest dostępny w wysokiej rozdzielczości, na hybrydowej płycie SACD. Ta wyjątkowa edycja powstała z okazji 100. rocznicy urodzin artysty, a za remastering materiału odpowiada Kevin Gray, który wykonał ją w swoim, w pełni lampowym, analogowym studiu Coeharent. Jest to dopiero trzeci remaster tego materiału dokonany z myślą o płycie cyfrowej.
Do poczytania:
- MILES DAVIS „‘Round About Midnight” & MILES DAVIS „Milestones” – seria „Obchody 100. rocznicy urodzin Milesa Davisa” ⸜ RECENZJA → TUTAJ
tekst WOJCIECH PACUŁA
zdjęcia „High Fidelity”

MILES DAVIS „Birth of the Cool”
Wydawca: Columbia Records/Universal Classics & Jazz UCGQ-9101
Format: SUPER AUDIO CD?CD
Premiera/reedycja: 1957/2026
Słuchał: WOJCIECH PACUŁA
Jakość dźwięku: 7-8/10
→ www.UNIVERSALMUSIC.com
Birth of the Cool MILESA DAVISA JEST albumem kompilacyjnym, wydanym po raz pierwszy w 1957 roku przez Capitol Records. Zawiera on jedenaście utworów nagranych przez nonet Davisa dla tej wytwórni podczas trzech sesji w latach 1949-1950:
- Utwory nr 1, 2, 5, 7: nagrane 21 stycznia 1949 roku.
- Utwory nr 4, 8, 10, 11: nagrane 22 kwietnia 1949 roku.
- Utwory nr 3, 6, 9, 12: nagrane 9 marca 1950 roku.
Za dźwięk byli odpowiedzialni inżynierowie Capitol Records: Clair Krepps (A3, A4, A6, B2 do B5) oraz W. O. Summerlin (A1, A2, A5, B1).
Większość utworów została pierwotnie wydana jako 10-calowe single 78 rpm, by w 1954 roku zostać zebrane na 10-calowej płycie LP Classics In Jazz oraz, ten sam materiał, na dwóch 7-calowych płytach EP noszących tytuły Classics In Jazz Part 1 oraz Classics In Jazz Part 2.
W nagraniach wzięliudział muzycy, który za kilka lat stanąsię ikonami: Lee Konitz, Gerry Mulligan, Al McKibbon, Joe Schulman, Nelson Boyd, Kenny Clarke, Max Roach, Junior Collins, Gunther Schuller, Sandy Siegelstein, Al Haig, John Lewis, J. J. Johnson, Kai Winding, John Barber oraz sam Miles Davis.
Jak się podkreśla – czytamy to również w serwisie Discogs, charakteryzująca się nietypową instrumentacją i udziałem kilku wybitnych muzyków muzyka składała się z nowatorskich aranżacji silnie inspirowanych muzyką klasyczną i stanowiła znaczący krok naprzód w rozwoju jazzu post-bebopowego. Jak sugeruje tytuł, nagrania te są uważane za przełomowe w historii cool jazzu. Większość utworów na płycie trwa poniżej trzech minut. I dalej:
Gil Evans wniósł swój wkład w sesje, pełniąc rolę doradcy grupy muzyków, którzy spotykali się w jego małym nowojorskim mieszkaniu nad chińską pralnią. Evans zyskał renomę w świecie jazzu dzięki orkiestracji utworów bebopowych dla orkiestry Claude’a Thornhilla, w tym utworu Davisa Donna Lee. Davis szukał alternatywy dla małych zespołów typowych dla współczesnego jazzu (był wówczas członkiem kwintetu Charliego Parkera) i w 1947 roku zaczął organizować luźne grono muzyków w grupę roboczą. Przez następny rok odbywały się próby i eksperymenty.
⸜ Miles Davis – Birth Of The Cool, → www.DISCOGS.com, dostęp: 19.06.2026.
Nonet występował na żywo tylko przez krótki czas – początkowo przez dwa tygodnie na przełomie sierpnia i września 1948 roku w klubie Royal Roost w Nowym Jorku, pod nazwą Miles Davis Band. W kilku utworach gościnnie wystąpił Kenny Hagood, były wokalista Dizzy’ego Gillespiego. Grupa powróciła do Royal Roost pod koniec września, a nagrania koncertowe z 4 i 18 września 1948 roku znalazły się na wydanej w 1998 płycie CD Complete Birth of the Cool, obok późniejszych nagrań studyjnych. W następnym roku odbyła się kolejna krótka rezydencja w Clique Club, ale nonet nie odniósł sukcesu finansowego i rozpadł się.
W 1949 roku Davis podpisał kontrakt z wytwórnią Capitol na nagranie dwunastu utworów na singlach 78 rpm. W związku z tym ponownie zebrał nonet, aby nagrać trzy sesje w styczniu i kwietniu 1949 roku oraz w marcu 1950 roku. Davis, Konitz, Mulligan i Barber byli jedynymi muzykami, którzy grali na wszystkich trzech sesjach, choć skład instrumentalny był stały (z wyjątkiem pominięcia fortepianu w kilku utworach).
Album Birth of the Cool został wydany w 1957 roku jako 12-calowa płyta LP, na której dodano pozostałe dwa niepublikowane utwory instrumentalne (Move i Budo). Ostatni utwór, Darn That Dream (jedyny utwór z wokalem, w wykonaniu Hagooda), został dołączony wraz z pozostałymi jedenastoma do albumu LP z 1971 roku. Kolejne wydania opierały się na tej ostatniej aranżacji. Aż do teraz – wydanie SACD ma tylko jedenaście ścieżek.
▓ Redycje
Płyta w formie, jaką znamy ją dzisiaj została wydana w 1957 roku na 12-calowej płycie LP (T 762). Ukazała się w kilku krajach i w tym samym roku był jej dodruk, ze zmienioną wyklejką – tę wersję miałem do porównania (Scranton Pressing). Cyfrowych wydawnictw jest sporo, choć – jak się okazuje – remaster został wykonany tylko dwa razy; wersja Kevina Gray’a, którą recenzujemy, jest zaledwie trzecim podejściem.
Po raz pierwszy płyta Birth Of The Cool na krążku CD ukazała się dopiero w 1986 roku i było to wydawnictwo japońskie (Toshiba EMI Ltd CP32-5181, seria „The Finest Jazz On CD Part 1”. W USA ta sama wersja. z tym samym, pierwotnym masterem, została wydana dopiero w 1990 roku, a i tak część krążków tłoczyła wytwórnia JVC i Sanyo w Japonii.
‖ Miles Davis, Complete Birth of the Cool, 1998
Europa ujrzała ten materiał aż osiem lat później, w 1998 i był to pierwszy remaster oryginalnego materiału. Do oryginalnego zastawu dołączono, wspomniany, występ w klubie Royal Roost z 4 i 18 września 1948 roku. Płyta nosiła tytuł Complete Birth of the Cool. Za master materiału live, w Sony Studios, odpowiadał Phil Schaap, amerykański prezenter radiowy, który jako dziennikarz radiowy, historyk, archiwista i producent specjalizował się w jazzie, a za główny korpus nie kto inny, jak Mark Levinson.
Remaster został wykonany przez niego w domenie analogowej, korzystając z korektora Palette firmy Cello, którą Levinson założył w 1984 roku i która podpiła studia nagraniowe i topowe systemy audio w domu. To pewnie przypadek, ale w tym samym roku, w którym ukazuje się ten remaster, Levinson sprzedaje Cello i zakłada Red Rose Music, która oferowała domowy sprzęt audio, ale również wydawała płyty SACD (Levinson był wówczas właścicielem prototypowego, ośmiościeżkowego rejestratora Sony DSD i ogromnym zwolennikiem tej technologii). Dodajmy, iż sygnał został zapisany i edytowany dzięki urządzeń amerykańskiej firmy Sonic Solutions w postaci 24/88,2 i skonwertowany do 16/44,1.
W 2000 roku w Japonii, a rok później na całym świecie, ukazało się wydawnictwo RVG Edition (RVG – Rudy Van Gelder) albumu Birth Of The Cool. Michael Cuscuna wspomniał w notatkach dołączonych do płyty:
Wszystkie poprzednie reedycje tego materiału pochodziły z 12-calowego mastera LP z 1957 roku, który okazał się być drugą lub trzecią generacją. Oryginalne taśmy każdego utworu były przechowywane osobno i brzmią znacznie lepiej.
Rudy Van Gelder powrócił do tych nagrań, przeniósł je w formacie 24-bitowym do formatu cyfrowego. Cuscuna mówił, iż „zastosował (do nich) swoje magiczne umiejętności dźwiękowe” i iż „efektem jest czystszy i bardziej wyrazisty dźwięk niż kiedykolwiek wcześniej w tych klasycznych nagraniach”
W 2008 roku ten sam materiał wydano w Japonii na krążku HQCD, w 2016 na SHM-CD, a w 2025 na UHQCD. Nowy remaster jest pierwszą reprezentacją płyty w formacie hi-res.
‖ Oryginalne wydanie z 1957 roku
▓ Dźwięk
PROGRAM ‖ ① Move, ② Jeru, ③ Moon Dreams, ④ Venus De Milo , ⑤ Budo, ⑥ Deception, ➆ Godchild, ⑧ Boplicity, ⑨ Rocker, ⑩ Israel, ⑪ Rouge
Myślę, iż każdy z nas, słuchających jazzu, zna tę płytę na pamięć. Trwająca zaledwie 35 minut i 29 sekund, wstrząsnęła światem muzycznym wówczas, wstrząsa i dziś po tylu latach. Jej świeżość, moc, power, współdziałanie muzyków, wszystko jest tu na topowym poziomie.
Jej problemem jest, co oczywiste, wiek, przejawiający się w dźwięku. Ten jest dość płaski, mało rozdzielczy czy selektywny i raczej stłumiony. Jak mi mówił Fabio Camorani, który widział oryginalny „master”, ten jest w bardzo złej kondycji i jego dźwięk jest bardzo słaby. A mimo to większość reedycji, które znam brzmi jasno. Dlaczego? prawdopodobnie dlatego, aby poprawić i selektywność, i wyrazistość. Nowa reedycja jest inna.
Chyba po raz pierwszy, pomijając oryginalne wydanie, do którego porównywałem nowy remaster na SACD, słyszę gęstość. Nie mam poczucia bycia atakowanym przez ten dźwięk, nie ma w nim jaskrawości Jest za to głębia barw, której nigdy wcześniej na Birth of the Cool nie słyszałem.
Jest również selektywność, poprzednio jakoś maskowana, zduszana. Posłuchajcie państwo wejścia saksofonu w drugiej minucie ˻ 1 ˺ Move, czy niskiego, pełnego puzonu w ˻ 3 ˺ Moon Dreams, a będziecie państwo wiedzieli, co mam na myśli. Także i w tym utworze znakomicie brzmi saksofon Lee Koonitza, a kiedy w 2:12 słychać wysoki dźwięk, to nie jest on jasny, a po prostu – wysoki.
Podobnie odbieram dźwięki z drugiego skraju pasma. Kontrabas jest cichy, gdzieś w trzecim planie, ale ma tu wyraźne wybrzmienie, słychać go przez pogłos. Podobnie wybrzmiewa perkusja, raczej przez odbicia od ścian studia, niż przez dźwięk bezpośredni. Mimo to obydwa te instrumenty rytmiczne są wyraźne, klarowne.
Oczywiste jest, iż kiedy w ˻ 5 ˺ Budo realizatorzy podkreślają pracę perkusji, wychodzi ona nieco na pierwszy plan. Szczególnie w 2:18, w krótkim solo. Wciąż to jest jednak instrument w tle.
Przejście z nagrań dokonanych w 1949 roku do tych z 1950, czyli pomiędzy Jeru i Moon Dreams czy Budo i ˻ 6 ˺ Deception nieco zmienia dźwięk. Nowsze nagrania są nieco jaśniejsze, a dźwięk lepiej konturowany. Ma też ładniej wyznaczane plany. Nie są to jednak aż tak duże różnice, aby mówić o nowej jakości. A może są?
Kolejne przejście, z Deception do ˻ 7 ˺ Godchild jest znacznie mocniejsze niż przejście w drugą stronę. To tutaj słychać, iż nowe nagrania są o klasę lepsze (a jednak!). Starsze są mało selektywne, nowsze – już są, starsze mają obcięte skraje pasma, nowe mocną stopę perkusji i wyraźniejsze blachy.
Jak się potem okaże, chodzi głównie o pierwsze sesje, z 21 stycznia 1949, które są w tym zestawie najsłabiej nagrane. Bo już ˻ 8 ˺ Boplicity z 22 kwietnia tego samego roku brzmi inaczej, lepiej, wyraźniej, gęściej. Najgęstsze są nagrania z roku 50. Ale i te wcześniejsze brzmią fajnie, mocno. Mam jednak wrażenie, iż to właśnie sesja z kwietnia jest tą najlepszą. Nowsza jest bardziej rozdzielcza, ale też trochę bardziej stłumiona, jakby zabrakło trochę otwarcia średnicy.
To jest bowiem dokładnie tego typu nagranie. Czyli wyraźne i jednocześnie nasycone. W nowym remasterze jest po prostu doskonałe (w ramach ograniczeń) pod względem „obecności” muzyków. To jest nagranie monofoniczne, a jednak ma się wrażenie wypełniania przestrzeni między kolumnami – a tak jest w najlepszych realizacjach tego typu.
PORÓWNANIA • Porównanie z najlepszą, moim zdaniem, wersja tego tytułu, czyli płytą The Complete Birth of the Cool, przygotowaną w 1998 roku przez Marka Levinsona, pokazuje dwie rzeczy. Pierwsza: remaster Levinsona jest doskonały i wcale się nie zestarzał .Druga: nowy remaster plus nośnik (SACD) pozwoliły pokazać jeszcze nieco więcej, głębiej wejść w ten dźwięk.
Wersja na CD sprzed dwudziestu ośmiu lat nie ma wysokiej kompresji, ponieważ jej średni poziom sygnału jest podobny do nowej wersji. A przecież sygnał na płytach SACD ma znacznie wyższą dynamikę (120 vs 96 dB na CD), można sobie więc pozwolić na delikatne działania z kompresją. Tej różnicy tutaj nie ma. Levinson starał się też, delikatnie, ale jednak, podciągnąć starsze, słabsze nagrania od tego, co reprezentują sesje z 1950 roku, czyli nieco je otworzył, nowa wersja je mocniej różnicuje.
A jednak to remaster na SACD jest tym lepszym, nie mam co do tego wątpliwości. Niewiele, ale jednak. Z jednej strony jest to więc pomnik postawiony Levinsonowi i jego umiejętnościom – niemal trzydzieści lat później dostajemy nieco lepszą wersję – a z drugiej potwierdzenie, iż w technice studyjnej i brzmieniu remasteru jako sztuki zachodzą zmiany. Powoli, ale zachodzą.
Dlatego tak dobrze mi się słuchało nowej wersji, także z warstwy CD. Tej drugiej słuchałem kilkanaście razy (!) przez słuchawki z odtwarzacza Shanling EC Smart i za każdym razem podobała mi się; więcej → TUTAJ. Ciekawe, ale płyta CD z 1988 roku z Shanlinga nie brzmiała aż tak dobrze jak warstwa CD z nowym remasterem. Na głównym systemie różnice również były czytelne, jednak jakość była bardziej wyrównana.
Na koniec dwa słowa o oryginalnym wydaniu (choć z drugą wersją wyklejki) na płycie LP. To jest bardzo dobry dźwięk, może najlepszy, jeżeli chodzi o winyl, jaki znam. I teraz – remaster na SACD jest równie dobry (!). Winyl brzmi ciemniej, jest bardziej wytłumiony. Najnowsza reedycja wydobywa dźwięk z tła – a tak ta płyta brzmi na większości remasterów LP. Co ważne, obydwie są bardzo zbliżone jeżeli chodzi o umiejętność budowania tła i plastykę. SACD lepiej definiuje przejścia między planami, jest też bardziej dynamiczna. Z kolei LP ma mocniejszy bas, wyraźniejsze „tło”. I, bardzo ciekawe, płyta LP zbliża do siebie poszczególne sesje, podobnie jak to było w remasterze Levinsona.
▒ Podsumowanie
Nowy remaster wydany niedawno na płycie SACD jest doskonały. Jest to, moim zdaniem, najlepsza wersja tego materiału, poza oryginalnym tłoczeniem. Chociaż… Nie chcę być na siłę obrazoburcą, ikonoklastą czy innym barbarzyńcą, ale… Wersja SACD najbardziej przypomina mi to, co znam z taśm „master”, czy to starych, czy świeżo nagranych. Jest bardzo rozdzielcza i selektywna, zachowując przy tym głębię dźwięku.
Wszystkie wcześniejsze wersje Birth of the Cool brzmią, jak dla mnie, w stłumiony i zamknięty sposób. Uwielbiam ciemne granie, jestem jego apologetą i orędownikiem, staram się promować tę ideę od lat. Czym innym jest jednak ciemność, a czym innym stłumienie. Ciemność otrzymujemy z SACD, a stłumienie z wcześniejszymi wersjami cyfrowymi i winylowymi. I jedynie oryginalne tłoczenie oraz CD Marka Levisnona pozostają w tym samym „paśmie” dźwiękowym, wydobywając gęstość i duże pomieszczenie, w którym zarejestrowano ten materiał. Dla wielbicieli Davisa – pozycja obowiązkowa, a wersja SACD – jedyna, jaką warto mieć. Plus wydanie z remasterem Levinsona… ‖ WP
»«
‖ JAK SŁUCHALIŚMY • Odsłuch został przeprowadzony w systemie referencyjnym „High Fidelity”. Płyty odtwarzane były na odtwarzaczu SACD Ayon Audio CD-35 HF Edition oraz odtwarzaczu MQA-CD S.M.S.L PL-200. Płyta LP odtwarzana była na gramofonie Rega P8 z wkładką Miyajima Labs Destiny.
Sygnał do przedwzmacniacza liniowego Ayon Audio Spheris Evo był przesyłany interkonektem RCA Siltech Triple Crown. W torze były również: wzmacniacz mocy Soulution 710 oraz kolumny Harbeth M40.1. Okablowanie – Crystal Cable Absolute Dream, Siltech Triple Crown, z zasilaniem Siltech, Acoustic Revive i Acrolink.
→ www.UNIVERSALMUSIC.com
tekst WOJCIECH PACUŁA
zdjęcia „High Fidelity”
«●»











