Znacie memy o dwóch wilkach? Skorzystanie z nich to najprostsza metoda, aby zobrazować rozterki, które targały mną przed pokazem Miłych kobiet. Mój pierwszy wewnętrzny wilk do filmu w reżyserii Marii Wojtyszko i Jakuba Krofty podchodził z dużą dozą rezerwy. Niepokoiło go promowanie produkcji jako historii o problemach współczesnej kobiecości i bohaterkach, które muszą odkryć w sobie supermoce. Sam ten opis wywołuje szereg wątpliwości – dlaczego żeńskie postacie zawsze muszą być heroskami codzienności, a ich siłę lokuje się w pracy emocjonalnej? Drugi wilk miał jednak świadomość, iż strategie marketingowe rządzą się swoimi prawami i nie zawsze przekładają się na ostateczny wydźwięk filmu. Żywił też nadzieję, iż debiutancki mikrobudżet będzie mocną kontrą dla TVN-owskich, popadających w egzaltację i propagujących neoliberalną wizję świata Przepięknych!. Który z wilków miał rację? Cóż, może porównam reakcje, które towarzyszyły mi podczas seansu Przepięknych! i Miłych kobiet. W trakcie tego pierwszego politowanie gwałtownie przekształciło się w rozbawienie. Natomiast w czasie drugiego zgrzytałam ze wściekłości zębami, a z każdą minutą coraz głębiej zapadałam się w fotelu.
Zanim dam upust swoim emocjom, postaram się dawkować napięcie i stopniowo odkrywać kolejne karty. Zacznijmy więc od początku – o czym tak w zasadzie jest film Wojtyszko i Krofty? Centrum historii koncentruje się wokół postaci Mileny Nowak (Anita Sokołowska), a na kolejnych fabularnych orbitach znajdują się członkinie jej rodziny – schorowana babcia, niewidziana od lat matka, ciężarna siostra oraz dojrzewająca córka. Tytułowe bohaterki mierzą się między innymi ze świadomością końca życia, lękiem przed starością, poczuciem zagubienia w ciąży, odkrywaniem własnego pożądania. Miłe kobiety opowiadają także o stopniowym rozpadzie rodziny, którą w ryzach trzyma jedynie zaangażowanie emocjonalne kobiet. Wróć, zagalopowałam się. adekwatnie nie opisałam samego filmu, a jedynie jego aspiracje fabularne, gdyż wszystkich przywołanych tematów dotyka on wyłącznie powierzchownie.
fot. „Miłe kobiety” / aut. Maks MalotaW świecie wykreowanym przez twórców Miłych kobiet nie ma bowiem miejsca na niuanse, czego najpełniejszym dowodem jest silna opozycja pomiędzy postaciami żeńskimi a męskimi. Nieszczęśliwe, zapracowane kobiety przeciwstawione są infantylnym, niefrasobliwym mężczyznom. Mąż Mileny wraca do domu po kilkumiesięcznej nieobecności i niemal natychmiast naskakuje na żonę; oskarża ją o zdradę, nie docenia wysiłku, który wkłada w opiekę nad rodziną. Z kolei partner Olgi, który choćby w pomieszczeniach chodzi w czapce z daszkiem – co ma podkreślać jego zdziecinnienie – narzeka, iż kobieta miesiąc po porodzie nie myśli jeszcze o powrocie do pracy. Problem nie leży jednak w negatywnym portretowaniu mężczyzn, ale w tym, iż Miłe kobiety przyczyniają się do pogłębiania narracji o niemożliwych do przeskoczenia podziałach płciowych. Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus i kropka. Zamiast zastanowić się nad źródłami tego społecznego przekonania, czyni się z niego dogmat.
U Wojtyszko i Krotfy nie ma również miejsca na niedopowiedzenia. Wszystko, począwszy od ekspozycji, a skończywszy na interpretacji zachowań bohaterów, wykłada się widzowi w dialogach („Tata, babcia, matura, nienajłatwiejsze studia sobie wybrałaś. To musi być dla ciebie trudne”). Drażniącą dosłowność Miłych kobiet dodatkowo potęguje wykorzystanie zabiegu łamania czwartej ściany. Już w pierwszej scenie filmu okazuje się, iż Milena to Fleabag znad Wisły, która nieustannie komentuje swoje życiowe zmagania w stronę kamery. Dlaczego krytykuję tę decyzję realizacyjną? Po pierwsze, w przypadku polskiej bohaterki zwracanie się do widzów pełni wyłącznie funkcję komediową oraz eksplikacyjną. Zamiast obserwować, jak Milena przeżywa swoje emocje, musimy słuchać wykładu na ich temat. Po drugie natomiast, łamanie czwartej ściany traci swoją potencjalną siłę, gdy historia koncentruje się na większej ilości postaci, ale do kamery zwraca się tylko jedna z nich. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, iż to wymyślna forma tortur. W scenach bez Mileny zapominamy o tym zabiegu, żeby po chwili jego nieumiejętne wykonanie mogło uderzyć nas dwa razy mocniej.
Określenie „Fleabag znad Wisły” nie jest jedynie wyrazem mojej złośliwości. Twórcy Miłych kobiet, podobnie jak Phoebe Waller-Bridge, postanowili bowiem stworzyć antybohaterkę. Milena ma wiele wad, ale to postać, z którą powinniśmy się utożsamiać. Tak ma być choćby w scenie, gdy okłamuje syna w kwestii nieistniejących walorów artystycznych jego rysunku, a do kamery kieruje słowa: „Matka roku”. Twórcze aspiracje ponownie jednak rozmijają się z tym, co oglądamy na ekranie – Wojtyszko i Krofta chcą zjeść ciastko i mieć ciastko; wykreować antybohaterkę, ale jednocześnie usprawiedliwić wszystkie jej przywary. Dokładnie w tym miejscu tkwi źródło mojej wściekłości. Film – co najgorsze, nieświadomie – próbuje wybielić zachowania Mileny, które plasują ją w kategorii „Najgorsza matka dekady”.
fot. „Miłe kobiety” / aut. Maks MalotaSłuszności tego stwierdzenia dowodzi wątek córki głównej bohaterki. Hania mierzy się z pierwszym zauroczeniem, a obiektem westchnień dziewczyny jest mąż jej ciężarnej cioci. Mężczyzna wydaje się odwzajemniać to uczucie i dochodzi między nimi do pocałunku. Potrafię wyobrazić sobie produkcję, w której opisany powyżej incydent zostaje sproblematyzowany. Przyglądalibyśmy się, w jaki sposób dorosły członek rodziny nadużywa pozycji władzy, aby wykorzystać maturzystkę. W Miłych kobietach nie tylko nie sygnalizuje się nierównego układu sił w tej relacji, ale wręcz przedstawia się ją w tonie melodramatycznym jako niemożliwą do spełnienia miłość. Jak na to wszystko reaguje Milena? Najpierw zaczyna krzyczeć na córkę, a kilka scen później przeprowadzą z nią rozmowę pod tytułem „Kochasz go?”. Alek zostaje spoliczkowany przez szwagierkę, następnie przeproszony i dowiaduje się, iż ma ogarnąć (sic!) sytuację. Ponownie daje o sobie znać główny problem filmu, czyli definiowanie rzeczywistości poprzez podziały genderowe. To Hania musi tłumaczyć się, dlaczego padła ofiarą nadużycia oraz przepracować to zdarzenie emocjonalnie. Mężczyzn przecież nie da się zmienić, zrozumieć i pociągać do odpowiedzialności.
Jednym z celów Miłych kobiet było stworzenie kompleksowego portretu kobiecości. Świadczy o tym nie tylko nieszczęsny opis dystrybutora, ale także chęć opowiedzenia o pięciu bohaterkach z czterech różnych pokoleń. Wątek każdej kolejnej postaci staje się jednak coraz bardziej marginalny. Lęki związane ze starzeniem się czy byciem w ciąży zatrzymują się na ogólnym poziomie refleksji („Ja się zmieniam we własną matkę”). Doświadczenie kobiet sprowadza się do zbioru banałów, a samą kobiecość buduje się na nieustannym wychodzeniu z kryzysu. Trudno się dziwić, iż moja seansowa złość powoli przemienia się w rozgoryczenie i zmęczenie.
Korekta: Michalina Nowak
Tekst powstał we współpracy z Tarnowską Nagrodą Filmową.

















