„Czy tylko my obserwujemy przyrodę, a może ona też patrzy na nas?” – to pytanie spędza sen z powiek chińskiemu profesorowi Wongowi, wykładającemu na niemieckim uniwersytecie. Matka natura, choć swoim tlenem podtrzymuje nasze istnienie, rzadko staje się dziś przedmiotem uważności. Życie w nieustannym biegu skutecznie oddala nas od chwil kontemplacji i zwykłego oddechu. Właśnie taki medytacyjny azyl proponuje węgierska reżyserka Ildikó Enyedi w swoim najnowszym filmie Milcząca przyjaciółka, po raz kolejny konfrontując duchowość świata natury z ciężarem materialnej rzeczywistości.
Twórczyni nie ogranicza się jedynie do narodowościowego i kulturowego zróżnicowania. Idzie o krok dalej, rozciągając swoją opowieść na trzy równolegle prowadzone linie czasowe obejmujące ponad stulecie. Śledzimy losy wspomnianego profesora Wonga, który okres covidowej izolacji spędza w otoczeniu murów uniwersytetu; chłopaka troszczącego się o pelargonię, będącą obiektem badań jego współlokatorki; a także najstarszą historię – skąpaną w czerni i bieli opowieść o utalentowanej studentce botaniki, pierwszej kobiecie na swoim wydziale, zmuszonej mierzyć się z kolejnymi przeszkodami stawianymi przez patriarchalne struktury.
fot. „Milcząca przyjaciółka” / materiały dystrybucyjne Films BoutiqueCo spaja te trzy historie? W samym centrum swojego obrazu Enyedi umieszcza miłorząb dwuklapowy, rosnący na terenie uniwersyteckiego ogrodu botanicznego – milczącego świadka rozgrywających się wydarzeń. Bohaterów Milczącej przyjaciółki łączy jednak coś jeszcze. Ich losy, a zarazem wewnętrzne światy, zdają się splatać niewidzialną nicią samotności, subtelnie przenikającą każdą z opowiadanych historii i mającą swoje najgłębsze korzenie właśnie w prastarym drzewie – które alienację „poznało na własnej korze” lepiej, niż jakikolwiek człowiek mógłby sobie wyobrazić.
Postacie mierzą się z własnym poczuciem wyobcowania i barierami oddzielającymi je od świata – wynikającymi z języka, pochodzenia czy płci – odnajdując przy tym intymną więź z rośliną. W tym sensie Enyedi rozszerza tę posthumanistyczną wizję, precyzyjnie budując opowieść o relacjach jako takich – zarówno międzyludzkich, jak i tych łączących nas z otaczającym światem. Reżyserka zdaje się poszukiwać stałego punktu w rzeczywistości pozostającej w nieustannym ruchu.
Finezji i zmysłowości Enyedi odmówić zdecydowanie nie można. Obraz jest przesiąknięty dużą wrażliwością, a eklektyczny język filmowy – rozpięty między statycznym slow cinema a mglistym ekspresjonizmem – dowodzi talentu reżyserki. Dzięki temu ta opowieść o współistnieniu nabiera niemal malarskiej subtelności.
fot. „Milcząca przyjaciółka” / materiały dystrybucyjne Films BoutiqueZapewne gwałtownie pojawią się porównania do Terrence’a Malicka – bo dla wielu samo skierowanie kamery ku zieleni automatycznie przywołuje skojarzenia z jego kinem – ale w gruncie rzeczy są mocno nietrafione. Choć oboje twórców poszukuje w przyrodzie duchowego i transcendentalnego wymiaru, dzielą ich fundamentalne różnice: od samego języka filmowego po sposób przeżywania oraz odczuwania świata. Tam, gdzie Malick szuka emocjonalnego uniesienia czy metafizycznego przepływu, reżyserka Milczącej przyjaciółki pozostaje znacznie bardziej wycofana i mniej impulsywna.
Reżyserskie podejście Enyedi silnie współgra ze spojrzeniem znakomitego Tony’ego Leunga na miłorząb – analitycznym, pełnym szacunku, pokory, ciekawości i drobnych przebłysków duchowego poruszenia, ale pozostającym zarazem w ramach chłodnej, badawczej obserwacji. Taki sposób narracji dobrze rezonuje z samą naturą filmu, opowiadającego właśnie o podobnym modelu poznania, ale trudno uzyskać pełne nasycenie przy takiej emocjonalnej powściągliwości.
Ten jednostajny letarg Milczącej przyjaciółki sprawił, iż wróciłem myślami do poprzedniego filmu Enyedi – ekscentrycznego romansu Dusza i ciało, również przesiąkniętego harmonijną, niewerbalną transcendencją. Tam funkcjonowała ona jednak w ścisłej synergii z chropowatą, drapieżną materialnością świata, naznaczoną rzeźnią, krwią oraz niedoskonałościami bohaterów. Stanowiło to zresztą zręczną metaforę konfliktu właśnie między duszą a ciałem.
fot. „Milcząca przyjaciółka” / materiały dystrybucyjne Films BoutiqueW Milczącej przyjaciółce wszystko wydaje się ostatecznie zbyt gładkie, łagodne i milusie. To współczesny arthouse pełną gębą – hipnotyzujący drobnymi gestami, spojrzeniami, subtelnymi kadrami, ale jednocześnie przesadnie wycyzelowany, wewnętrznie dość pusty, i mimo formalnej różnorodności, prowadzony jednym rytmem.
Niemal cała opowieść ma miejsce w hermetycznej, uniwersyteckiej przestrzeni, do której nie przedostają się zbytnio głosy świata zewnętrznego – realnych przemian ani bardziej przyziemnych społeczno-politycznych napięć. Może to aż nadto uszczypliwe, ale nic nie poradzę, iż współczesność w Milczącej przyjaciółce sprawia momentami wrażenie świata złożonego z patrzenia na rośliny i rozmów przez FaceTime’a. Enyedi oferuje obraz wsobny, niemal sterylny: bohaterowie spacerują, obserwują, kontemplują – często pod kloszem.
Przed popadnięciem w niemalże sielankowy ton film ratuje przede wszystkim czarno-biały wątek, w którym ta medytacyjna, eskapistyczna ulga wybrzmiewa najpełniej – właśnie dlatego, iż rzeczywistość dostarcza tu największej dawki klaustrofobii. To tutaj potrzeba ucieczki i ukojenia wydaje się najbardziej autentyczna. Jak jednak już wspomniałem, Enyedi nie zanurza się w żadnej z postaci wystarczająco głęboko, przez co trudno mówić o bohaterach z krwi i kości. Nie pomaga również fakt, iż część wątków sprawia wrażenie urwanych.
fot. „Milcząca przyjaciółka” / materiały dystrybucyjne Films BoutiqueLubię ten film, ale nie mam pewności, czy Enyedi rzeczywiście dostatecznie wynagradza te niemal dwie i pół godziny metrażu. Z jednej strony Milcząca przyjaciółka zdumiewa bogactwem konceptu, finezyjną zmysłowością i dojrzałym spojrzeniem, z drugiej jednak jej dość chłodny badawczy dystans czy momentami zbytnie rozwodnienie utrudniają przeniknięcie do samych korzeni tej opowieści. Jak na film o nieuchronnym przemijaniu i świecie skazanym na nieustanny ruch, Milcząca przyjaciółka pozostaje zaskakująco nieruchoma – zbyt stoicka, zbyt wykalkulowana, zbyt szczelnie zamknięta w sobie, by uchwycić chaos, ciężar i emocjonalną szorstkość życia.
















