Są filmy o przegranych aktorach, którzy łapią się każdej chałtury, byleby tylko w jakikolwiek sposób pozostać w zawodzie. Są też filmy o bohaterach zagubionych w obcej dla nich kulturze, w której przyszło im żyć. Są też filmy takie jak "Rodzina do wynajęcia", które łączą oba te wątki, snując opowieść o poszukiwaniu bliskości, zrozumienia i spełnienia w najbardziej zaskakujących sytuacjach.
Napisany i wyreżyserowany przez Hikari komediodramat stanowi w pewnym sensie rewers netfliksowej "Awantury", której trzy odcinki nakręciła właśnie japońska reżyserka. W brawurowym serialu bohaterowie pochodzili z państw azjatyckich i byli na różnych etapach realizacji swojego "amerykańskiego snu". W "Rodzinie do wynajęcia" obserwujemy natomiast Amerykanina Phillipa (Brendan Fraser), który od kilku lat mieszka w Japonii, ale osiągnął kilka ponad występ w znanej reklamie. Szukając jakiegokolwiek zlecenia aktorskiego, trafia do agencji umożliwiającej Japończykom wynajęcie specjalisty do roli kogoś, kogo w życiu klienta brakuje: męża, ojca, przyjaciela. W te właśnie role wchodzi Phillip, który w krótkim czasie bierze udawany ślub, staje się dawno niewidzianym tatą dla rezolutnej dziewczynki, a choćby dziennikarzem, który pisze nieistniejący artykuł na temat niegdyś wielkiego, a dziś całkowicie zapomnianego aktora. Z początku nie do końca przekonany do tej "misji", z czasem zatraca się w nowym zawodzie, łamiąc jednocześnie podstawową zasadę: nie spoufalaj się z klientem.
Pytanie jednak: jak to zrobić? Osoby, które zgłaszają się do specyficznej agencji prowadzonej przez Shinjiego (Takehiro Hira, znany m.in. z "Szoguna" czy "Tornada") najczęściej cierpią na dojmującą samotność – nie mogą pogodzić się ze stratą bliskiej osoby, potrzebują przyjaciela lub po prostu kogoś, z kim spędzą trochę czasu. Choć mają świadomość, iż to usługa, za którą trzeba słono zapłacić, wydaje im się, iż to jedyne wyjście, by nie zatracić się bez reszty w samotności czy zapomnieniu. Niekiedy sami zgłaszają się do agencji, innym razem robią to ich rodziny, ale za każdym razem pojawienie się Phillipa okazuje się elementem, którego w ich życiu zdawało się brakować. "Rodzina do wynajęcia" to w ogólnym rozrachunku bez wątpienia "feel good movie", ale diagnoza, jaką stawia japońskiemu (choć nie tylko) społeczeństwu, jest bardzo smutna. Klientem tej nietypowej agencji może bowiem stać się każdy – jak się okazuje nawet… jeden z jej pracowników.
Po zwiastunach filmu Hikari mogło się wydawać, iż to wątek roli ojca dla rezolutnej Mii (debiutująca na ekranie Shannon Mahina Gorman) będzie w "Rodzinie do wynajęcia" wiodący, ale w rzeczywistości tych istotnych dla Phillipa relacji jest znacznie więcej. Dzięki temu historia jest bardziej zróżnicowana, a życiorysy każdego z klientów – które musi przecież znać na pamięć – pozwalają bohaterowi lepiej zrozumieć kulturę Japonii, choćby po kilku latach w kraju wciąż dla niego obcą. Fani tamtejszej kinematografii powinni zresztą być mile zaskoczeni, bowiem w "Rodzinie do wynajęcia" Japonia nie jest jedynie tłem czy przyczynkiem do opowiedzenia historii głównego bohatera. Można choćby zaryzykować stwierdzenie, iż wgląd w kulturę Kraju Kwitnącej Wiśni jest tu głębszy niż w "Między słowami" Sofii Coppoli – filmie, do którego naturalnie chciałoby się dzieło Hikari porównać. Bohaterowie tamtej produkcji, choć próbujący poznawać lokalną kulturę, wciąż pozostawali obcy w Japonii; Phillip natomiast, dzięki licznym i pogłębionym relacjom ze swoimi klientami, ma szansę naprawdę zrozumieć japońską mentalność i, być może, w końcu przestać być "gaijinem".
"Rodzina do wynajęcia" to ciepły, wzruszający, a przede wszystkim mądry film o bohaterach, którzy w chaosie współczesnego świata poszukują kontaktu z drugim człowiekiem i odrobiny zrozumienia. To też opowieść o niespełnionym aktorze, który w poszukiwaniu kolejnych zleceń znajduje pracę, która wzbogaci go niepomiernie bardziej niż jakakolwiek kreacja na ekranie. Film Hikari to urzekający komediodramat, który zadowoli zarówno zwolenników amerykańskich "feel good movies", jak i fanów kina japońskiego.
Napisany i wyreżyserowany przez Hikari komediodramat stanowi w pewnym sensie rewers netfliksowej "Awantury", której trzy odcinki nakręciła właśnie japońska reżyserka. W brawurowym serialu bohaterowie pochodzili z państw azjatyckich i byli na różnych etapach realizacji swojego "amerykańskiego snu". W "Rodzinie do wynajęcia" obserwujemy natomiast Amerykanina Phillipa (Brendan Fraser), który od kilku lat mieszka w Japonii, ale osiągnął kilka ponad występ w znanej reklamie. Szukając jakiegokolwiek zlecenia aktorskiego, trafia do agencji umożliwiającej Japończykom wynajęcie specjalisty do roli kogoś, kogo w życiu klienta brakuje: męża, ojca, przyjaciela. W te właśnie role wchodzi Phillip, który w krótkim czasie bierze udawany ślub, staje się dawno niewidzianym tatą dla rezolutnej dziewczynki, a choćby dziennikarzem, który pisze nieistniejący artykuł na temat niegdyś wielkiego, a dziś całkowicie zapomnianego aktora. Z początku nie do końca przekonany do tej "misji", z czasem zatraca się w nowym zawodzie, łamiąc jednocześnie podstawową zasadę: nie spoufalaj się z klientem.
Pytanie jednak: jak to zrobić? Osoby, które zgłaszają się do specyficznej agencji prowadzonej przez Shinjiego (Takehiro Hira, znany m.in. z "Szoguna" czy "Tornada") najczęściej cierpią na dojmującą samotność – nie mogą pogodzić się ze stratą bliskiej osoby, potrzebują przyjaciela lub po prostu kogoś, z kim spędzą trochę czasu. Choć mają świadomość, iż to usługa, za którą trzeba słono zapłacić, wydaje im się, iż to jedyne wyjście, by nie zatracić się bez reszty w samotności czy zapomnieniu. Niekiedy sami zgłaszają się do agencji, innym razem robią to ich rodziny, ale za każdym razem pojawienie się Phillipa okazuje się elementem, którego w ich życiu zdawało się brakować. "Rodzina do wynajęcia" to w ogólnym rozrachunku bez wątpienia "feel good movie", ale diagnoza, jaką stawia japońskiemu (choć nie tylko) społeczeństwu, jest bardzo smutna. Klientem tej nietypowej agencji może bowiem stać się każdy – jak się okazuje nawet… jeden z jej pracowników.
Po zwiastunach filmu Hikari mogło się wydawać, iż to wątek roli ojca dla rezolutnej Mii (debiutująca na ekranie Shannon Mahina Gorman) będzie w "Rodzinie do wynajęcia" wiodący, ale w rzeczywistości tych istotnych dla Phillipa relacji jest znacznie więcej. Dzięki temu historia jest bardziej zróżnicowana, a życiorysy każdego z klientów – które musi przecież znać na pamięć – pozwalają bohaterowi lepiej zrozumieć kulturę Japonii, choćby po kilku latach w kraju wciąż dla niego obcą. Fani tamtejszej kinematografii powinni zresztą być mile zaskoczeni, bowiem w "Rodzinie do wynajęcia" Japonia nie jest jedynie tłem czy przyczynkiem do opowiedzenia historii głównego bohatera. Można choćby zaryzykować stwierdzenie, iż wgląd w kulturę Kraju Kwitnącej Wiśni jest tu głębszy niż w "Między słowami" Sofii Coppoli – filmie, do którego naturalnie chciałoby się dzieło Hikari porównać. Bohaterowie tamtej produkcji, choć próbujący poznawać lokalną kulturę, wciąż pozostawali obcy w Japonii; Phillip natomiast, dzięki licznym i pogłębionym relacjom ze swoimi klientami, ma szansę naprawdę zrozumieć japońską mentalność i, być może, w końcu przestać być "gaijinem".
"Rodzina do wynajęcia" to ciepły, wzruszający, a przede wszystkim mądry film o bohaterach, którzy w chaosie współczesnego świata poszukują kontaktu z drugim człowiekiem i odrobiny zrozumienia. To też opowieść o niespełnionym aktorze, który w poszukiwaniu kolejnych zleceń znajduje pracę, która wzbogaci go niepomiernie bardziej niż jakakolwiek kreacja na ekranie. Film Hikari to urzekający komediodramat, który zadowoli zarówno zwolenników amerykańskich "feel good movies", jak i fanów kina japońskiego.


















