Nie każda biografia układa się w prostą linię od studiów do zawodu. Czasem życie prowadzi przez kilka zupełnie różnych światów. Tak było w przypadku Jacka Gapińskiego – muzyka grającego na waltorni, filologa, który nauczył się mandaryńskiego i spędził sześć lat w Chinach. Dziś zajmuje się medytacją i pracą z ludźmi poszukującymi wewnętrznej równowagi. Czy to ostateczna droga, czy kolejny etap poszukiwań? Rozmowa o zmiennych losach, wyborach dokonywanych czasem wbrew sobie – i o próbie znalezienia harmonii w świecie, który rzadko daje gotowe odpowiedzi.
Twoja droga życiowa nie jest typowa. Zaczynałeś przecież jako muzyk.
Tak, od dziecka byłem w szkole muzycznej i grałem na waltorni – instrumencie pięknym, ale też jednym z trudniejszych. Wychowałem się w Bydgoszczy, gdzie kończyłem szkołę muzyczną, a później akademię muzyczną. Muzyka klasyczna była w moim domu czymś naturalnym. Rodzice często zabierali mnie na koncerty i pamiętam, iż jako dziecko chodziłem na balkon w filharmonii tylko po to, żeby obserwować instrumenty dęte. Brzmienie waltorni wydawało mi się wtedy czymś wyjątkowym.
Czy to była Twoja decyzja, żeby zostać muzykiem?
Trudno powiedzieć. Do szkoły muzycznej trafia się mając pięć czy sześć lat, więc to raczej decyzja rodziców niż dziecka. Później jednak sam zdecydowałem, iż zostanę i będę kontynuował tę drogę. Dopiero z perspektywy czasu zacząłem się zastanawiać, czy ta decyzja rzeczywiście była w pełni moja, czy raczej wynikała z potrzeby spełniania czyichś oczekiwań.
Grałeś zawodowo?
Podczas studiów występowałem w orkiestrach – najpierw akademickiej w Bydgoszczy, później także w innych zespołach, między innymi w orkiestrze Sinfonietta Polonia. Koncertowanie było naturalną częścią tego życia. Z czasem jednak coraz wyraźniej czułem, iż to nie jest droga, którą chciałbym iść przez całe życie.
Dlatego pojawiła się filologia?
Tak. Studiowałem równolegle filologię angielską w Poznaniu, na specjalizacji tłumaczeniowej. W sumie studiowałem około siedmiu lat, kończąc dwa kierunki. Kiedy zdobyłem drugi dyplom, poczułem, iż stoję na rozdrożu. Wiedziałem już, iż nie będę zawodowym muzykiem, ale nie miałem też jeszcze jasno określonego planu na dalsze życie.
Wtedy pojawiły się Chiny?
Tak, trochę przez przypadek. Jedna z orkiestr zaprosiła mnie na trasę koncertową do Chin. Ponieważ zawsze interesowały mnie języki obce, zacząłem przed wyjazdem uczyć się podstaw chińskiego. Najpierw były proste zwroty, potem coraz większa ciekawość tej kultury.
I zostałeś tam na dłużej.
Tak, ponad sześć lat. Najpierw pojechałem na stypendium po zdaniu egzaminu z języka chińskiego organizowanego przez Instytut Konfucjusza. Trafiłem do Chengdu w prowincji Syczuan. Wybrałem to miejsce trochę z ciekawości – wiedziałem kilka o tym regionie, ale ciągnęło mnie w stronę zachodnich Chin i kulturowych wpływów Tybetu.
Muzyka całkiem zniknęła z Twojego życia?
Nie do końca. Na początku w Chinach zdarzało mi się prowadzić zajęcia muzyczne, choćby przez pewien czas uczyłem w konserwatorium. Ale wiedziałem już, iż to raczej nie będzie mój główny zawód.
Dziś mówisz biegle po mandaryńsku.
Tak, choć język gwałtownie się zapomina, jeżeli się go nie używa. W Chinach mówiłem nim na co dzień. Teraz staram się go odświeżać.
Dlaczego nie zostałeś tam na stałe?
Chiny były dla mnie ciekawym doświadczeniem, ale nigdy nie poczułem się tam jak w domu. To był dobry czas – praca, możliwość podróżowania, poznawania różnych miejsc – ale wiedziałem, iż nie chcę tam budować całego życia.
Kiedy w Twoim życiu pojawiła się medytacja?
Zainteresowałem się nią bardzo wcześnie – miałem siedemnaście lat. Wtedy grałem już dużo w orkiestrach i szukałem sposobu radzenia sobie z tremą i napięciem. Ciało zaczęło wysyłać sygnały: bóle pleców, brzucha, ogólne przeciążenie. Medytacja była dla mnie próbą poradzenia sobie z tym wszystkim.
Czyli była raczej narzędziem niż filozofią życia.
Na początku tak. Szukałem po prostu sposobu, żeby poczuć się lepiej. Z czasem poznawałem różne techniki – pracę z ciałem, medytacje świadomościowe, elementy sztuk walki jak tai chi czy qigong. To pomogło mi między innymi pozbyć się przewlekłego bólu pleców i nauczyć się lepiej rozumieć reakcje własnego ciała.
Dziś uczysz innych medytacji.
Tak, ale staram się podchodzić do tego praktycznie. Wyróżniam kilka kategorii medytacji – różnych sposobów pracy z umysłem i emocjami. Jedna polega na byciu „tu i teraz”, inna na pracy z dźwiękiem czy mantrą, jeszcze inna na medytacji w przyrodzie. Nie ma jednej metody, która działa na wszystkich.
Czyli najpierw poznajesz człowieka, a dopiero potem proponujesz technikę?
Dokładnie. Zaczynamy od rozmowy. Pytam, czym dla tej osoby jest medytacja, jakie ma oczekiwania i z jakimi problemami się mierzy. Niektórym pomaga praca z oddechem, innym medytacja w ruchu albo zwykłe przebywanie w naturze.
Czy medytacja rzeczywiście zmienia życie?
Może pomóc, ale to nie jest cudowny środek, który działa od razu. To proces wymagający systematyczności. Z czasem człowiek zaczyna bardziej zauważać swoje emocje, reakcje, napięcia w ciele. I dzięki temu może inaczej reagować na stres czy konflikty.
Pracujesz też nad książką.
Tak, próbuję napisać powieść. To dla mnie nowe doświadczenie, dlatego uczę się tego procesu na różnych kursach pisarskich. Na razie jestem na etapie pierwszego szkicu.
O czym będzie ta książka?
To fabuła fikcyjna, ale inspirowana różnymi doświadczeniami z mojego życia. W literaturze istnieje pojęcie autofikcji – czyli połączenia autobiografii z fikcją literacką. I właśnie w tym kierunku idę. Bohaterką powieści jest młoda tancerka, która trafia do środowiska przypominającego sektę. To historia o manipulacji, autorytetach i o tym, jak bardzo nasza percepcja rzeczywistości bywa zniekształcona przez własne doświadczenia i traumy.
Pisanie tej książki ma dla mnie także wymiar osobisty. W pewnym sensie to próba uporządkowania własnych przeżyć. Myślę, iż literatura – podobnie jak medytacja – może być formą pracy nad sobą i sposobem zrozumienia tego, co nas w życiu ukształtowało.
Na koniec zapytam wprost: czy odnalazłeś już swoją drogę?
Nie wiem, czy w ogóle istnieje coś takiego jak ostateczne odnalezienie drogi. Mam raczej poczucie, iż człowiek całe życie czegoś szuka. Zmieniają się zainteresowania, zmienia się to, co robimy zawodowo, ale w gruncie rzeczy chodzi o jedno – o próbę zharmonizowania siebie, swojego ciała, emocji i myśli.
W moim przypadku muzyka była pierwszą szkołą uważności, choć wtedy jeszcze tego tak nie nazywałem. Potem przyszły podróże, Chiny, język, różne doświadczenia. Medytacja pojawiła się jako sposób radzenia sobie ze stresem i napięciem, ale z czasem stała się narzędziem głębszego poznawania siebie. Nie traktuję jej jednak jak gotowej odpowiedzi na wszystkie pytania. To raczej droga – i to droga dla wytrwałych. Wymaga systematyczności, cierpliwości i uczciwości wobec samego siebie.
Jeśli ktoś szuka w życiu więcej spokoju i równowagi, medytacja może w tym pomóc. A czasem najprostszą medytacją okazuje się po prostu bycie w naturze – usiąść, posłuchać ptaków, zobaczyć, co dzieje się wokół. I na chwilę przestać walczyć ze światem i ze sobą. To jest najbardziej uzdrawiająca terapia dla wszystkich.
Rozmawiała Jolanta Czudak











