Mi amor – przedpremierowa recenzja filmu. DJ set

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Mi amor brzmi jak lekki włoski film o miłości. Nic bardziej mylnego. Francuski reżyser Guillaume Nicloux pod tym niepozornym tytułem ukrył pełen niepokoju i klimatyczny thriller, którego akcja dzieje się na malowniczych Wyspach Kanaryjskich.

Główną bohaterką filmu Mi amor jest Romy (Pom Klementieff). To zawodowa DJ-ka, która dostała propozycję poprowadzenia swojego autorskiego setu na Kanarach. Dziewczyna postanawia połączyć przyjemne z pożytecznym i zabiera ze sobą swoją najlepszą przyjaciółkę Chloé (Freya Mavor). Rajska wyspa jednak już od pierwszych chwil wydaje się nieco dziwaczna. W wielu miejscach jest pusto, a napotkani ludzie są po prostu creepy.

Przyjaciółki jednak się nie zrażają i postanawiają czerpać z wyjazdu jak najwięcej. Podczas imprezy, na której Romy prowadzi swój dj-ski set, Chloé nagle znika. DJ-ka rozpoczyna desperackie poszukiwania i odkrywa coraz więcej mrocznych tajemnic Wysp Kanaryjskich. W poszukiwaniach pomaga jej Vincent (Benoît Magimel) – właściciel klubu, w którym występowała główna bohaterka.

Mi amor to film wyjątkowy pod względem muzycznym. Muzyka jest nieodłączną częścią produkcji i przypomina właśnie dj-ski set, co idealnie współgra z Romy. W produkcji nie ma momentów ciszy, a bit to podkręca tempo, to zwalnia. Nie da się go nie słyszeć, jest cały czas obecny. Przyznam, iż momentami niezwykle mnie to rozpraszało, ale dość gwałtownie się do tego przyzwyczaiłam i doceniłam ten niezaprzeczalnie specyficzny klimat narracyjny. Dźwięki prowadziły nas przez historię, często potęgując niepokój lub podkreślając istotne rozmowy. Działało to jak muzyka ilustracyjna. Jest to interesujący zabieg, który sprawia, iż wszystko sprowadza się do jednej wielkiej hipnotycznej imprezy, z której nie da się uciec czy o niej zapomnieć. Tak samo Romy coraz bardziej wikła się w mroczne tajemnice wyspy. Nie znajduje zrozumienia u policji i adekwatnie zostaje pozostawiona sama sobie.

Produkcja potrafi świetnie utrzymać w napięciu, głównie za sprawą naprawdę niepokojącego klimatu, który wytwarza już od samego początku. Wyspy Kanaryjskie kojarzą nam się z tłumami turystów. Z kolei tutaj jest dziwnie pusto, co choćby zauważa główna bohaterka. Spotkani ludzie są dziwni i wywoływali we mnie ogromny dyskomfort. Z ich ust padają dziwne teksty, a kiedy Romy szuka swojej przyjaciółki to nikt nie chce jej w tym pomóc. Osobiście uciekłabym stamtąd przy pierwszej możliwej okazji. Atmosferę podkręcały również krótkie niepozorne sceny, w których za każdym razem, kiedy Romy rozmawiała przez telefon z mamą, przelatywał helikopter, czego następstwem była utrata połączenia z siecią.

Kadr z filmu Mi amor

Mi amor niemal mistrzowsko radzi sobie z podtrzymywaniem napięcia i uwagi, ale niestety to nie wystarcza, kiedy zderzamy się z okropnym aktorstwem. Pom Klementieff jest przeraźliwie drewniana, gra adekwatnie jednym wyrazem twarzy. Chociaż sytuacja jest dramatyczna, to ciężko zauważyć u niej emocje. Niezbyt dobrze wypada również Benoît Magimel, co po Bulionie i innych namiętnościach było dla mnie sporym zaskoczeniem. Jego bohater dla mnie po prostu creepem i nie rozumiałam dlaczego Romy tak gwałtownie mu zaufała. Dodatkowy wątek jego relacji z partnerką Liną (Astrid Bergès-Frisbey) zupełnie niczego nie wprowadzał i był zwyczajnym zapychaczem czasu.

Scenariuszowo pod koniec filmu również robi się dość dziwnie. I to nie w pozytywnym, nastrojowym znaczeniu. Wydaje się, iż Guillaume Nicloux chciał pociągnąć zbyt wiele wątków. Długo utrzymywany suspens radził sobie naprawdę dobrze, a zakończenie okazało się dla mnie dość mocno rozczarowujące. Pewnych tajemnic lepiej nie rozwiązywać. W przypadku Mi amor całkowite odkrycie kart było zbędne. Produkcja wypadłaby dużo lepiej, gdyby zagadka pozostała nierozwiązana. Świetnie wytworzony creepy klimat, który wręcz ociekał niepokojem i dziwnością idealnie się sprawdzał i sprawiał, iż momentami miałam ciarki na plecach.

Kadr z filmu Mi amor

Nie zmienia to jednak faktu, iż Mi amor zdecydowanie należy do filmów nietuzinkowych i wyróżniających się. Muzyczna narracja w połączeniu z niesamowitym klimatem niepokoju, który udało się osiągnąć twórcom, naprawdę robiły swoje i sprawiły, iż całkowicie wsiąknęłam w mroczną stronę Kanarów i chyba zbyt gwałtownie nie wybiorę tego miejsca na wakacyjny wyjazd.

Fot. główna: kadr z filmu Mi amor

Idź do oryginalnego materiału