Metal, Manhattan i statek. Szalony koncert HammerFall i Evergrey w Nowym Jorku

strefamusicart.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: HammerFall


Tak, to jest relacja z koncertu. Chociaż pierwsze zdjęcia mogą sugerować coś zupełnie innego. Statua Wolności, nocna panorama Manhattanu i… power metal dobiegający gdzieś z pokładu statku. Wszystkie te obrazki pochodzą z jednego z najbardziej zwariowanych koncertów, jakie mieliśmy okazję fotografować w historii Strefy Music Art.

Po koncertowych wyprawach poza granice Polski – do Czech i Anglii – tym razem postanowiliśmy przekroczyć granicę jeszcze bardziej, dosłownie i w przenośni. Wybraliśmy się za ocean, do Nowego Jorku, gdzie trudno było oprzeć się okazji, żeby sprawdzić, jak wygląda koncert metalowy po drugiej stronie Atlantyku. Mogliśmy oczywiście wybrać jeden z dziesiątek klubów. Tylko po co, skoro tego wieczoru HammerFall i Evergrey mieli zagrać… na statku

Metalowy rejs wokół Manhattanu

Za całym zamieszaniem stało Rocks Off NYC, które specjalizuje się w koncertowych rejsach po wodach otaczających Manhattan. Już sam pomysł brzmiał wystarczająco absurdalnie, żeby natychmiast zwrócić naszą uwagę. Tym bardziej, iż miejscem koncertu była Liberty Belle – statek stylizowany na klasyczne rzeczne jednostki znane z Missisipi.

Plan na wieczór był więc prosty: wchodzimy na pokład, wypływamy z Manhattanu, mijamy Statuę Wolności, oglądamy nowojorski skyline od strony wody, przepływamy pod mostami Brooklińskim, Manhattan i Williamsburg, a w międzyczasie na wewnętrznej scenie grają dwa szwedzkie zespoły.

Evergrey zaczął grać już w momencie, kiedy Liberty Belle odbijała od nabrzeża. Od pierwszych metrów było więc jasne, iż to muzyka jest najważniejsza, a Nowy Jork będzie tego wieczoru najbardziej spektakularną scenografią, jaką można sobie wyobrazić.

Swoją drogą, koncert na statku wydaje się genialnym sposobem na rozwiązanie jednego z odwiecznych problemów organizatorów. Nikt nie przyjdzie dopiero na gwiazdę wieczoru, nikt nie ominie supportu i nikt nie zacznie wychodzić przed bisami, żeby uniknąć kolejki do szatni. Liberty Belle odpływa od brzegu i od tej chwili wszyscy są w tym razem.

Evergrey na dobry początek

Evergrey dobrze wykorzystał tę sytuację. Szwedzi gwałtownie rozgrzali publiczność i świetnie rozpoczęli wieczór. Kiedy statek nabierał prędkości, koncert był już w pełnym biegu.

Warunki na scenie były przy tym dalekie od standardowych. Miejsca było naprawdę niewiele, a sufit znajdował się tak nisko, iż wystarczyła wyżej uniesiona ręka albo gryf gitary, żeby naruszyć jego konstrukcję. Kilka razy muzykom udało się choćby poprzesuwać znajdujące się nad nimi płyty sufitowe.

Wystarczyło jednak odejść kilka metrów od sceny, żeby przypomnieć sobie, gdzie adekwatnie odbywa się ten koncert. Z zewnętrznego pokładu rozciągał się widok na Manhattan, a chwilę później przez okna pojawiała się oświetlona Statua Wolności. Muzyka docierała z głośników również na zewnątrz, więc można było zajrzeć do merchu, zamówić coś w jednym z barów albo podziwiać Nowy Jork bez tracenia koncertu.

Nie był to więc rejs, podczas którego przypadkiem odbywał się koncert. To był pełnoprawny koncert, któremu Nowy Jork robił za tło.

HammerFall na wyciągnięcie ręki

Kiedy scenę przejął HammerFall, zrobiło się jeszcze ciekawiej. Zespół, który przyzwyczaił fanów do dużych scen, festiwali i potężnej produkcji, tym razem znalazł się na wyciągnięcie ręki od publiczności.

Setlista była przekrojową podróżą przez dyskografię zespołu, choć najwięcej miejsca przypadło materiałowi z „Avenge The Fallen”. Kameralne warunki nie oznaczały jednak rezygnacji z charakterystycznego show HammerFall.

Szczególnie Oscar Dronjak próbował przemycić na niewielką scenę jak najwięcej ze swoich scenicznych przyzwyczajeń. Problem w tym, iż efektowne operowanie gitarą sprawdza się znacznie lepiej, kiedy nad głową ma się kilka metrów wolnej przestrzeni. Próby podrzucania instrumentu czy wykonywania charakterystycznych ruchów gwałtownie zderzały się z niskim sufitem Liberty Belle, wywołując sporo śmiechu zarówno wśród publiczności, jak i samych muzyków.

I chyba właśnie takie momenty najlepiej oddawały atmosferę tego koncertu. Nie było wielkiej produkcji, była za to ogromna swoboda, bezpośredni kontakt z zespołem i poczucie, iż wszyscy – zarówno pod sceną, jak i na niej – doskonale zdają sobie sprawę, w jak niezwykłym wydarzeniu biorą udział.

„Na pieprzonej łodzi”

Joacim Cans chyba najlepiej podsumował całą sytuację, przypominając ze sceny, iż HammerFall gra tego wieczoru „na pieprzonej łodzi”. I trudno było znaleźć lepsze określenie.

Bo HammerFall można zobaczyć na festiwalu. Można zobaczyć ich w dużym klubie czy hali. Można też polecieć kilka tysięcy kilometrów za Atlantyk, wejść na statek w Nowym Jorku i słuchać „Hearts on Fire”, mając za burtą światła Manhattanu.

Koncert, którego nie zapomnimy

Czy to był najtrudniejszy koncert, jaki przyszło mi fotografować? Zdecydowanie jest w czołówce. Nie było fosy, nie było scenicznego oświetlenia, a do tego bujało na boki. Ale to przecież był statek płynący po rzece, a całość nastawiona była na niezapomniane przeżycia fanów, a nie mój komfort fotografowania.

Więc mimo iż nie był to najbardziej spektakularny koncert HammerFall pod względem produkcji, to kiedy za kilka lat ktoś zapyta nas o koncerty, które najbardziej zapadły nam w pamięć, ten będzie bardzo wysoko na liście.

Nowy Jork potrafi robić koncerty z rozmachem. Czasami do tego rozmachu wystarczy naprawdę mała scena. I pieprzona łódź.

Foto: Tomash Photography Tomasz Woźniak

Idź do oryginalnego materiału