Memento historiae

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Czy w recenzji filmu "Odyseja" trzeba streszczać fabułę "Odysei"? Klocki tej fabularnej układanki tworzą przecież fundamenty kultury tak zwanego "Zachodu". Każdy zna więc przynajmniej nazwy klocków: Odyseusz, Telemach, Penelopa, Kirke, Kalypso, Scylla, Harybda, wiadomo. Co więcej, układano je już, rozkładano i układano ponownie na tyle sposobów, iż trudno wyjść z domu, żeby nie potknąć się o jakąś wersję "Odysei": od "Ulissesa" Jamesa Joyce’a po "Penelopiadę" Margaret Atwood, od serialu anime "Ulisses 31" po "Bracie, gdzie jesteś" braci Coenów. Ralph Fiennes dopiero co zagrał Odyseusza na dużym ekranie.

Christopher Nolan w swojej "Odysei" po prostu ubiera te znajome klocki w (chwilowo równie znajome) twarze Matta Damona, Anne Hathaway czy Toma Hollanda. A przecież i on testował to pole już wcześniej: mimochodem, po trochu. W jego dotychczasowej filmografii nie brakuje kolejnych odysei wokół globu, kolejnych popularnych herosów, kolejnych szkatułkowych narracji, kolejnych facetów pędzących w stronę Anne Hathaway.

Mia Goth, Anne Hathaway
  • Universal Pictures
  • Melinda Sue Gordon

Bardziej na miejscu byłoby więc zatem pytanie: o czym jest "Odyseja"? Z grubsza o dwóch rzeczach. Raz: o rozdzielonych małżonkach i synu czekającym na ojca – czyli o rodzinie. I dwa: o wracającym z frontu żołnierzu, który po drodze poznaje obce obyczaje – czyli o konflikcie kulturowym. Wszystkie inne motywy eposu Homera z grubsza wyrastają jakoś z tych dwóch tematycznych trzonów. I od osoby opowiadającej zależy, co wydobyć na światło dzienne, na który aspekt położyć akcent. Opowieść o – jak to nazwałem – "rodzinie", dla kogoś innego będzie opowieścią o patriarchacie. Opowiadając o "konflikcie kulturowym", jeden opowiadacz skupi się na kulturze, drugi zaś – na konflikcie. Dlatego aż prosi się o pytanie uzupełniające: o czym jest "Odyseja" w wersji Nolana?

"W czasach, gdy rzekomo istniała magia…", głosi otwierająca "Odyseję" plansza. I jest to już jakaś podpowiedź. Motto: "magia, rzekomo", mogłoby zresztą posłużyć za słownikową definicję nolanowskiego stylu. Reżyser przecież z filmu na film próbuje robić rozkrok między dwoma biegunami kina: rejestracją a inscenizacją, między faktem a fikcją.

"Dunkierka" była więc niby pieczołowitą rekonstrukcją frontu II wojny światowej. Ale była też montażową kreacją, zakrzywiającą czas tak, by zintensyfikować widzowskie doznania. "Mroczny Rycerz" był niby komiksową fantazją sprowadzoną na realistyczny chodnik. Ale aktualna polityczna alegoria odbijała się tam od ziemi i leciała w stronę filozofowania o mitycznym konflikcie niepowstrzymanych sił i nieporuszalnych obiektów. Chyba choćby nie muszę przypominać, iż "Prestiż" zupełnie wprost opowiadał o różnicy między magią a iluzją.

Matt Damon, Will Yun Lee, Himesh Patel, Jimmy Gonzales
  • Universal Pictures
  • Melinda Sue Gordon

I tu wkracza "Odyseja". Niby o cyklopach, czarodziejkach i bóstwach – ale w surowych szarościach i z praktycznymi efektami specjalnymi. Niby realistycznie i haptycznie – ale ahistorycznie, umownie, po amerykańsku. Niby hollywoodzko (czyli "magia") – ale autorsko (czyli "rzekomo").

Znamienne, iż "Odyseja" w sumie przypomina bardziej "Króla Edypa" Pasoliniego albo "Satyricon" Felliniego niż "Troję", "Starcie tytanów" czy choćby "Gladiatora". Momentami czuć tu wręcz nuty malickowskie: wiecie, bohater patrzy tęsknie w dal i monologuje z offu, a kamera maluje światłem jakiś pejzaż. Znajdzie się choćby kilka nietypowo (jak na autora "Incepcji") autentycznych chwil poetyckiej czułości między mężem a żoną. A gdyby koniecznie chcieć szukać powinowactw ze współczesnym amerykańskim kinem gatunkowym, trzeba by chyba sięgnąć po… kino grozy. Niby tylko na poziomie pojedynczych scen – ale wciąż. Nolan (słusznie) inscenizuje kolejne spotkania Odyseusza z czymś Niesamowitym, kładąc akcent na straszność, dziwność. Cyklop wygląda więc, jak gdyby wyszedł z kubistycznego portretu (albo teledysku Toola), a w gościnie u Kirke czeka bohaterów prawdziwie cronenbergowski body horror.

Klasycznie nolanowski niechlujny montaż i "brudna" kamera z ręki tylko dokładają się do tego arthouse’owego wrażenia – bo służą za reporterską, "realistyczną" kotwicę dla kolejnych fantastycznych odlotów. Operator Hoyte van Hoytema z pasją przygląda się tu wszystkim fakturom i teksturom w ich niedoskonałości, namacalności, faktyczności. To kino bardzo "atmosferyczne", czerpiące siłę z efektów specjalnych samej przyrody: deszczu, wiatru, piasku, ognia, ludzkiego ciała w przestrzeni. choćby skóra aktorów jest tu jakaś chropawa, niewyjściowa.

  • Universal Pictures
  • Melinda Sue Gordon

Faktura i tekstura są też sednem scen akcji. Od widzialności przemocy Nolan woli bowiem wrażenie przemocy. Zamiast baletu jest chaos: dwie duże sekwencje walk polegają na ekspresjonistycznej szamotaninie w kadrze. Mocy nadaje im akompaniament Ludwiga Göranssona, narastający w nieskończoność jakby pod ciśnieniem. Oglądając, czujemy hipnotyzujący, niemal fizyczny dyskomfort. Spektakl działa i trzyma nas za mordę.

Ale "Odyseja" nie jest tylko filmową zabawką, której autor czerpie frajdę z tego, iż nakręca i odkręca sprężynkę spektaklu (jak w "Tenet"). Nolan potrafi wywołać prawdziwe emocje, a nie tylko wygłosić ich definicję (jak w "Interstellar"). Moment rozpoznania Odyseusza przez Telemacha jest tu przecież prawdziwe wzruszający – również dlatego, iż reżyser perfidnie wplątuje w scenę psa. Dobry reżyser wie, iż pies zawsze działa (w sumie "Odyseja" jest poniekąd filmem o psie i koniu – "Horse & Hound", anyone?).

Robert Pattinson
  • Universal Pictures
  • Melinda Sue Gordon

Aktorzy w "Odysei" nie mają jednak do grania wielkich dramatycznych ról, są raczej ciałami niosącymi silne emocje. Matt Damon jako Odyseusz jest styrany, Tom Holland jako Telemach jest gorliwy, Robert Pattinson jako zalotnik Antinous jest oślizgły. Niczym u Homera – każdy ma swój epitet. Ale pozostają w tym ludzcy, nie przypominają byle trybików w machinie mitu. interesujące zresztą, iż najpotężniejsze role u etatowo chłopackiego Nolana grają tym razem dwie kobiety: Anne Hathaway jako Penelopa i Samantha Morton jako Kirke.

Pierwsza z godnością robi dobrą minę do złej patriarchalnej gry. Druga gotowa jest mścić się za wszystkie zbrodnie patriarchatu, choćby prewencyjnie. Dyskretnie, epizodycznie, wtóruje im jeszcze Lupita Nyong’o w roli okrutnie doświadczonych przez imperializm bliźniaczek: Heleny i Klitajmestry. A byle spojrzenie Zendayi, która jako Atena towarzyszy w podróży Odyseuszowi, w finale filmu osiąga ciężar miliona ton. Za pośrednictwem tych bohaterek reżyser zaprasza nas na zaplecze męskiego świata. Pokazuje milczące – a może raczej: niesłyszane i niesłuchane – ofiary kulturowych imperatywów: dominacji, wojny i władzy. Zwróćcie uwagę, iż Penelopa większość filmu spędza za ażurowymi ozdobnymi drzwiami, dosłownie odgrodzona od mężczyzn. Królowa, ale zamknięta w pięknej klatce.

Anne Hathaway, Tom Holland
  • Universal Pictures
  • Melinda Sue Gordon

To istotny niuans: w wagnerowskim, totalizującym kinie Nolana, które zastrasza widza do uległości świdrującymi decybelami i imaksowym ekranem, nie gubią się (sic) niuanse. Mimo epickiej skali "Odysei" rekwizyty czy detale mają szansę tu przemówić i wybrzmieć. Dramaturgicznym wykrzyknikiem jest przecież brzdęknięcie cięciwy łuku. Naładowanym znaczeniowo symbolem-fetyszem jest mała przypinka z Ateną. Cała opowieść zaś manifestacyjnie zaczyna się od drewnianej figury konia trojańskiego i na koniu trojańskim się kończy. W dobrym filmie już kontrast między pierwszym i ostatnim ujęciem powinien opowiadać jakąś historię. Weź pierwszą scenę, weź ostatnią scenę i zadaj sobie pytanie: co się między nimi zmieniło? Czy jest między nimi jakaś różnica? W "Odysei" jest.

Dlatego naprawdę nie powinno być żadnym problemem to, iż Matt Damon mówi tu ze swoim amerykańskim akcentem (hej, przecież w stanie Nowy Jork też leży Ithaca). choćby gdyby użyć archaizowanego, "szekspirowskiego" angielskiego, nie zbliżylibyśmy się zbytnio do homerowskiego pierwowzoru. Tymczasem Lars Von Trier ekranizował "Medeę" w jakiejś jaskini, po duńsku, i nikomu to nie przeszkadzało. Nie rozumiem więc, czemu Nolan nagle jest rozliczany przez niektórych z historycznej rzetelności. Przecież "Odyseja" nie jest dokumentem historycznym, a forma, w jakiej znamy ją dziś, prawdopodobnie ukształtowała się na przestrzeni wieków. Jasne, jakiś Homer był pewnie autorem tekstu na którymś z etapów – ale niekoniecznie na ostatnim (nie mówiąc już o tym, iż każde kolejne tłumaczenie jest de facto interpretacją, nowym tekstem). Już sama "oryginalna" "Odyseja" jest więc swoistym remiksem "Odysei". Pełno tam ahistoryzmów, anachronizmów i niekonsekwencji (poczytajcie sobie wstęp do BN-ki). Nolan nie dokonuje zatem żadnego świętokradztwa, kiedy z premedytacją skraca nasz dystans do Homera. I dzięki temu, JAK to robi, łatwiej nam zauważyć, CO tak naprawdę robi.

Jimmy Gonzales, Matt Damon, Himesh Patel
  • Universal Pictures
  • Melinda Sue Gordon


Nolan zachowuje bowiem niby-historyczny kostium, ale "Odyseja" czytana w 2026 roku nagle brzmi kolejnymi rymami ze współczesnością. Agamemnon (Benny Safdie) przypomina złego CEO, dla którego wojna to przede wszystkim okazja biznesowa. Odyseusz jest w tym układzie zaledwie middle managerem, team leaderem, który musi niechętnie realizować firmowe dyrektywy, chociaż się z nimi nie zgadza. Tym bardziej, iż widzi ich ludzki koszt i współuczestniczy w ich egzekwowaniu. Raz za razem musi przecież rozwiązywać tzw. dylemat wagonika kolejowego, ważąc losy swoich ludzi i poświęcając jednych kosztem drugich. Ten układ sił odpowiada zresztą rzeczywistości sprzed ekranu: u nas też za dźwignię ciągną liderzy świata, a szeregowi obywatele leżą na torach i nie mają nic do gadania. Odyseusz może to zauważyć tylko dlatego, iż sam nie siedzi na najwyższym stołku: a z dołu często widać lepiej.

Właśnie dlatego tułaczka bohatera jest tu opowiedziana jako rodzaj wyrzutu sumienia, pokuty. A mówiąc współczesnym językiem: jako przypadek zespołu stresu pourazowego czy depresji. Pożerany haustami narkotyczny kwiat lotosu i towarzystwo Kalypso (Charlize Theron) to zatem odysowy eskapizm: odpowiedniki drinka czy PornHuba, którymi znieczulamy dziś traumę rzeczywistości. Kalypso pełni tu jednak również rolę terapeutki. Koniec końców to ona pomaga bohaterowi przypomnieć sobie zapomniane przygody i odkręcić kurek z retrospekcjami (oglądamy w końcu film Nolana). Dopiero, kiedy Odyseusz przestanie zaciskać zęby i pogodzi się z tym, kim jest oraz co zrobił, będzie mógł wrócić do domu. "Poznaj samego siebie", jak głosił napis na frontonie świątyni Apollina w Delfach.

Kiedy więc pada pytanie, o czym jest "Odyseja" Nolana, to myślę, iż właśnie o tym. Reżyser powtarza stary mit, bo mit służy do tego, żeby go powtarzać. Nauka to w końcu "ilość powtórzeń", jak mówił mój pan od Przysposobienia Obronnego w liceum. Parafrazując aforyzm George’a Santayany o przeszłości: ci, którzy nie znają mitu, są skazani na powtarzanie go. Nieprzypadkowo "Odyseja" jest opowieścią o młodym chłopaku, który chodzi i słucha opowieści o swoim ojcu. Nolan nakręcił film o uczeniu się na błędach przeszłości, o ciągłości tradycji, o przekazywaniu pokoleniowej pałeczki. Ale też o tym, jak opowiadany mit ewoluuje: jak rośnie albo kruszeje – zależnie od okoliczności, zależnie od interesu, zależnie od opowiadacza.

  • Universal Pictures
  • Melinda Sue Gordon

Sama opowieść o koniu trojańskim i zdobyciu Troi powraca przecież w "Odysei" kilkakrotnie. Patrzymy, jak obrasta kolejnymi kontekstami, raz opowiadana w trybie heroicznym, raz w trybie krytycznym, najpierw rekonstruowana, potem dekonstruowana. Widzimy też rymujące się równoległe ścieżki historii: śledzimy losy kolejnych mężów-królów (Menelaosa, Agamemnona, Odyseusza) i ich żon (Heleny, Klitajmestry, Penelopy). Nolan przełamuje w ten sposób monomanię heroicznego eposu, pokazuje, iż historię dziejów piszą zwycięzcy, po orwellowsku kontrolując przeszłość i przyszłość. Historia to bowiem historia punktów widzenia. Kiedy ktoś opowiada ci jakiś mit, zastanów się najpierw, jak może na tym skorzystać.

Siłą rzeczy Nolan punktuje też sprzeczności w samej postaci Odyseusza. Pokazuje rysy na jego pomniku. Tak, jego bohater to geniusz, lider, heros. Ale też kłamca, złodziej, kolonizator, zbrodniarz wojenny – zależy, kogo spytać. Kiedy Odyseusz staje się tułaczem albo kiedy przebiera się za żebraka, nagle sam może "pytać". Nagle dostaje szansę zobaczyć świat inaczej niż z pozycji króla. Powtórzę: z dołu często widać lepiej – a na pewno inaczej.

Im dalej w film, tym bardziej jasne staje się, iż reguły antycznego społeczeństwa przesiąknięte są imperialną hipokryzją. Przemierzając świat, Odyseusz raz za razem powołuje się przecież na zeusowe prawo gościnności. Ten "dobry obyczaj" jest jednak bardzo jednostronny i zwykle służy tylko silniejszemu. Nieraz staje się wręcz wymówką do kolejnych podbojów. O czym my tu zresztą mówimy: najbardziej rażącym naruszeniem praw gościnności jest koń trojański, wymyślony właśnie przez Odyseusza.

Tym samym wracamy do otwierającego film napisu: "W czasach, gdy rzekomo istniała magia" – z akcentem na "rzekomo". Faktycznie, magia organizuje rzeczywistość "Odysei", jest częścią społecznego ładu. Ale to ład skrajnie dwulicowy. Bogowie, fatum, prawo gościnności, kultura, magia, cokolwiek – Nolan obnaża je jako historie i mity, które opowiadamy sobie, żeby uciszyć sumienie. To wszystko jedynie szumne ludzkie wymówki. My, ludzie: rzekomo gościnni, rzekomo kulturalni, rzekomo rozwinięci, rzekomo dobrzy.

Matt Damon
  • Universal Pictures
  • Melinda Sue Gordon

"Żeby nie powtórzyć przeszłości, trzeba już ją znać" – czy nie brzmi to jak czasowy paradoks godny reżysera "Tenet"? Jak pisałem na wstępie, Nolan testował to pole wcześniej. Tytułowy bohater "Oppenheimera" niczym Prometeusz podpalał świat, a potem z przerażeniem patrzył, iż świat fetuje to jako triumf. Batman w "Mrocznym Rycerzu" ratował społeczny ład, naruszając zasady społecznego ładu, po czym sprzedawał społeczeństwu propagandową bajeczkę o "Białym Rycerzu". A Leonard z "Memento" doprowadzał akt zapominania historii i wymyślania siebie na nowo do rozmiarów patologicznie radosnego wyparcia.

Z perspektywy "Odysei" wygląda więc na to, iż Nolan raz za razem opowiada o figurze Penelopy: o tym, iż my, ludzie tak zwanego "Zachodu", tkamy swój całun, prujemy go, tkamy na nowo, znowu prujemy – i tak w kółko. W jego obiektywie jest to symbol tragicznej stagnacji, grania na czas w epoce kryzysu. Tymczasem Troje upadały i będą upadać, a my nie umiemy się z tego niczego nauczyć. Reżyser powtarza tu jeden z fundamentalnych mitów naszej kultury, przestrzegając przed powtarzaniem mitów w złej wierze albo bez zrozumienia. Pasuje zatem, iż tak dużo w "Odysei" horroru – bo Nolan chce autentycznie napędzić nam stracha. Mówi, iż jeżeli mamy kogoś się bać, to nas samych: zapominających swoje mity, opowiadających je w sposób nieodpowiedzialny i wyciągających z nich złe wnioski.
Idź do oryginalnego materiału