Dokumentalny film Melania pokazuje kulisy życia Pierwszej Damy Stanów Zjednoczonych tuż przed inauguracją drugiej kadencji Donalda Trumpa. Produkcji brakuje dobrej realizacji, natomiast głównej bohaterce — charyzmy i otwartości.
Film Melania już w założeniu nie mógł się udać. Zacznijmy oczywiście od faktu, iż producentką filmu jest sama główna bohaterka, Melania Trump. W dużym skrócie miała ona kontrolę nad ostateczną wersją projektu, który trafia do kin. Drugim istotnym czynnikiem jest również aspekt polityczny. Pierwsza Dama Stanów Zjednoczonych jest bez wątpienia silnie powiązana z Donaldem Trumpem i środowiskiem Partii Republikańskiej. prawdopodobnie każdy jest świadomy kontrowersji, jakie wzbudzają na całym świecie w szczególności działania prezydenta USA. W rezultacie można było mieć poważne wątpliwości o obiektywizm takiej produkcji. I słusznie, choć przyznam, iż wytykana przez wielu widzów i krytyków „propaganda” jest raczej wielką akcją promocyjną i laurką dla betonowego elektoratu.
Do kontrowersyjnych kwestii związanych z produkcją Melanii należy również dołączyć aspekty samej branży filmowej. To m.in. sprawa osobistego wyboru reżysera-banity Bretta Ratnera przez Melanię Trump oraz absurdalny jak na produkcję dokumentalną budżet.
Zobacz również: Powrót do Silent Hill – recenzja filmu. Zagubieni we mgle…
fot. kadr z filmuOdbiór filmu wśród publiczności i krytyków jest dość przewidywalny. Widzowie, a zdecydowanie ich konserwatywna część, przyjęli produkcję bardzo pozytywnie. Krytycy natomiast nie szczędzą negatywnych słów. Z punktu widzenia stricte sztuki filmowej, czyli narracji, montażu, aspektów wizualnych itp., jest to po prostu nienajlepiej przygotowany film. Natomiast, biorąc pod uwagę czynniki zewnętrzne, należy zadać sobie pytanie, czy Melania powinna w ogóle powstać? I nie zwlekając, odpowiem, iż ten film nie powinien ujrzeć światła dziennego, a przynajmniej nie teraz i nie w takiej formie. Już wcześniej wyliczone przeze mnie kontrowersje powinny implikować czerwone światło, gdyż doświadczamy tu czystego konfliktu interesów.
Dokument o Melanii Trump ukazuje własną „rzeczywistość i prawdę”. Film w ogóle nie odnosi się do przeciwnej strony medalu wszelkich przedstawianych wydarzeń, np. kontrowersji kampanii Be Best czy dotyczących imigranckiego pochodzenia Pierwszej Damy. Stąd można wyciągnąć wniosek o manipulacji faktami.
Pomimo, iż te mają odzwierciedlenie w rzeczywistości, powierzchowne lub niepełne ujęcie tematów w filmie nie pozwala na wyciągnięcie poprawnych wniosków. Problem w tym, iż tutaj choćby nie jest możliwe obiektywne przedstawianie faktów. Poza produkcyjnym aspektem wpływ na to ma również fakt, iż wszelkie wydarzenia komentowane są w większości przypadków przez samą Melanię Trump. To Pierwsza Dama robi za „eksperta”. Brett Ratner, przyjmując taki sposób narracji, sprawił, iż odbiorcy nie są w stanie interpretować wydarzeń we własnym zakresie.
fot. kadr z filmuPrzy dominującym komentarzu Melanii warto jeszcze pozostać, gdyż wpływa on także na emocjonalną warstwę filmu. Nie mogło uciec uwadze, iż Pierwsza Dama zwyczajnie czytała przygotowane wcześniej teksty. Cała narracja w rezultacie była uczuciową próżnią i suchymi danymi. Ponadto te informacje czasem choćby nie pokrywały się z warstwą wizualną. Melania wiele razy wspomina o wartościach rodzinnych i byciu matką, ale jej syn, Barron Trump, jest tutaj postacią epizodyczną. Ewidentnie mamy tutaj pewną sprzeczność.
Nad przedstawieniem Pierwszej Damy Stanów Zjednoczonych również warto się pochylić. Bohaterka bez wyrzutów przedstawiana jest na tle bogatych lokalizacji, zawsze idealnie ubrana i przygotowana. Przechadza się pewnym kobiecym krokiem w rytm przyciągającej uwagę muzyki popularnej. Z tą idealizacją bohaterki wiąże się jej całkowite spłycenie. O swoich emocjach Melania musi bezpośrednio informować widzów zza kamery. Na obrazku natomiast odnajdziemy życie, które równie dobrze mogłyby pokazać media — maskę, której Ratner nie próbuje z niej zerwać. O Melanii nie dowiemy się więcej niż z wszelkich wywiadów i artykułów. Film choćby się z tym nie kryje. Liczba scen dotyczących, np. nic niewnoszącego projektowania strojów dla Pierwszej Damy była aż zatrważająca.
W całej produkcji znalazł się tylko jeden moment, przy którym poczułem realizm — to scena, w której Melania mówi o swoim guście muzycznym. Następnie zaczyna się małe „carpool karaoke” i szczery śmiech, który pozwolił mi uwierzyć, iż Pierwsza Dama USA naprawdę lubi słuchać Michaela Jacksona.
fot. kadr z filmuPrawdę mówiąc, Melania Trump swój wizerunek skrywała zawsze za dość grubym murem. Niemniej film do tego muru cegiełki dostawia, zamiast go burzyć. Wiele faktów jest w kółko powtarzanych w celu promocji bohaterki, a „pięknym” zwieńczeniem reklamy dobrego „produktu” było zakończenie filmu. Brett Ratner postanowił mianowicie wypisać wszelkie zasługi Pierwszej Damy USA, tym bardziej podkreślając promocyjny i stronniczy charakter filmu.
Płytkość charakteru Melanii szczególnie ujrzymy, gdy na ekranie pojawia się natomiast Donald Trump. Jego charyzma, poczucie humoru i specyficzny sposób „bycia” zaczyna dominować. W ten sposób Melania Trump staje się postacią drugoplanową własnej produkcji. Oczywiście to również sporo nam mówi o samej postaci. Jednak w tym momencie jej postać całkowicie znika, a uprzednio pokazane wydarzenia gwałtownie ulatują z pamięci na rzecz prezydenta USA. Ta historia i postać Melanii są po prostu nudne, a twórca choćby nie próbował odnaleźć w nich żadnego bogactwa znaczeń. Z całości najbardziej interesującym elementem stały kulisy inauguracji Donalda Trumpa na 47. prezydenta USA i sama jego postać, choć i te wprowadziły kilka novum.
fot. kadr z filmuFilm Melania to czyste nieporozumienie. To PR-owy „potworek”, który zamiast przedstawiać człowieka z krwi i kości, pokazuje i promuje polityczny produkt. Pierwsza Dama Stanów Zjednoczonych jest sztywna i bez charakteru — czyta teksty o swoich emocjach niczym symulator mowy oraz utrzymuje maskę idealnej kobiety przez praktycznie całą historię. Film idealizuje bohaterkę, prezentując ją w przepięknych, perfekcyjnie doświetlonych lokacjach z przyjemną muzyką popularną w tle. Melania choćby na chwilę nie stara się być produkcją bliską obiektywizmu. Ukazuje własną „prawdę” adekwatną do środowiska Partii Republikańskiej, nie odnosząc się do pełnego wymiaru przedstawianych faktów. Nie jest to choćby dobra propaganda, tylko marna próba poprawy wizerunku rodziny Trumpów.
To idealny przykład, jak nie tworzyć filmów dokumentalnych. Obejrzenie tej produkcji to interesujące doświadczenie, ale nie warte żadnych pieniędzy.
fot. główna: materiały prasowe















