Rytm wchodzi głęboko pod skórę i przedostaje się do krwioobiegu. Ciało, jakby bez kontroli umysłu, zaczyna poruszać się do dźwięków muzyki. Zupełnie nowa melodia zdaje się być naturalną częścią nas. Wiemy, kiedy nastąpi zmiana w muzyce, wiemy jaki ruch wykonać. Prowadzą nas jedynie fale dźwiękowe pobudzające mózg w nieznany do tej pory sposób.
Taką definicję funku przyjęłabym po seansie dokumentu We Want the Funk. Nicole London i Stanley Nelson zabierają widzów w podróż w czasie od początków tej porywającej muzyki aż po współczesne brzmienia hip-hopu i groove’u.

fot. materiały prasowe
Punktem wyjścia są wygładzone obrazy muzyków lat 50. i 60. XX wieku, a dokładnie zespołów. Eleganccy mężczyźni w garniturach z idealnie ułożonymi włosami oraz kobiety w pięknych sukienkach i tapirach na głowie. To oni występowali w programach telewizyjnych, zdobywając gorące oklaski widowni. Schemat wypracowany przez białych artystów i właścicieli stacji miał jedno zadanie – podporządkowywać się oczekiwaniom konserwatywnej publiczności, której zależało na bezpiecznej i kontrolowanej muzyce.
Z czasem na scenie zaczęli pojawiać się także ciemnoskórzy muzycy. Musieli podporządkować się zasadom rynku, który oczekiwał od nich elegancji zamiast ekspresji. jeżeli chcieli szansy na rozwój kariery i wsparcie „swoich”, musieli zagryźć zęby. The Temptations, The Supremes czy The Ronettes stanowią idealny przykład. Telewizyjne występy stawiały bardziej na romantyczną lekkość i sceniczny wdzięk niż rytmiczną dzikość, która miała nadejść wraz z funkiem. Mimo wszystko zespoły swoim głosem i prezencją udowadniały, iż mają takie samo prawo do porywania widowni.
Przełomowym artystą okazał się James Brown, któremu poświęcono najwięcej czasu w dokumencie. Funk był dla niego i słuchaczy momentem zerwania z potrzebą elegancji, grzeczności i scenicznej kontroli narzuconej czarnym artystom przez amerykański przemysł rozrywkowy. Gdy pojawił się na ekranie, perfekcyjnie zsynchronizowane układy ustąpiły miejsca surowej energii, potowi i rytmowi dominującemu nad melodią.

fot. materiały prasowe
Zamiast opowiadać nużącą, niemal podręcznikową historię muzyka, reżyserzy oddają głos twórcom, których zainspirował. Marcus Miller, Carlos Alomar, Todd Boyd, George Clinton czy David Byrne to tylko kilka nazwisk, które przewijają się przez 85-minutowy seans. Ich wypowiedzi przeplatają nagrania koncertowe i archiwalne materiały, a to wszystko z funkiem grającym w tle.
Realizacja dźwięku i montaż tworzą cały dokument. Nelson i London montują wypowiedzi muzyków niemal jak utwory funkowe — dynamicznie, repetycyjnie, w rytmie kolejnych basowych wejść i perkusyjnych akcentów. Dokument chwilami bardziej się odczuwa niż ogląda.
We Want the Funk udowadnia, iż o muzyce można opowiadać nie tylko słowami i archiwaliami, ale przede wszystkim rytmem. Nelson i London stworzyli dokument, który nie tyle ogląda się z zainteresowaniem, ile odczuwa całym ciałem.

















