Z takim klasykiem jak „Mayday” jest jak z „Zemstą” Fredry. Znamy to na pamięć, ale zawsze nas śmieszy. W Polsce ten tytuł jest grany aż przez kilkanaście teatrów. Sam widziałem ze trzy różne przedstawienia, ale spektakl w warszawskim Och Teatrze, w reżyserii Krystyny Jandy, jest wyjątkowy, bo w prawdziwie gwiazdorskiej obsadzie.
Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to w karnawale, który się zaczął, koniecznie warto – dla oddechu od ciężkiej polityki – zobaczyć. Pyszna rozrywka na najwyższym poziomie! Wiele fars opiera się na tym samym, nudnym schemacie, który polega na oszukiwaniu współmałżonka, ukrywaniu kochanki przed drugą połówką, na nieustannym zdradzaniu, czyli podwójnym życiu, kłamstwach, fałszywych zapewnieniach o miłości lub na ciągłym udawaniu kogoś, kim się absolutnie nie jest.
Ta formuła się znudziła i do cna wyeksploatowała. W wielu komediach już nuży i razi głupotą jak poranne słoneczko. To, co w wielu farsowych przedstawieniach jest niestrawne i już nie do przełknięcia przez bardziej wyrobioną widownię, w „Mayday” ma powiew lekkości i zawsze bawi. Spektakl ma zawrotne tempo, świetne dialogi i zaskakujące zwroty akcji. Gdy dodamy do tego mistrzowskie wykonanie, mamy przepis na udany wieczór, a śmiech i komediowe katharsis zostają z nami na długo po wyjściu z budynku teatru.
Treść sztuki jest znana, ale przypomnijmy, iż „Mayday” to historia taksówkarza bigamisty Johna Smitha (w Och Teatrze gra go komiczny jak zawsze Rafał Rutkowski), który lawiruje pomiędzy dwiema żonami i zwalając wszystko na napięty grafik pracy, żyje w pełnej harmonii na dwa domy. Pewnego dnia uczestniczy w awanturze ulicznej, trafia do szpitala i tam oszołomiony podaje dwa adresy. Sprawą zaczynają się interesować media i policja (obaj inspektorzy policji bardzo zabawni) oraz dwie wścibskie żony (w tych rolach świetne Maria Seweryn i Monika Fronczek).
W ukryciu tajemnicy taksówkarza bigamisty pomaga mu bezrobotny sąsiad Stanley (rewelacyjny Artur Barciś). Perypetiom bohaterów towarzyszą hity The Beatles, dzięki czemu czujemy się jak w prawdziwym Londynie. Wystrzałowa gra aktorów, a szczególnie Rafała Rutkowskiego, Artura Barcisia i Stefana Friedmanna, który wciela się w kolejnego gapowatego sąsiada, powoduje stężenie komediowego absurdu, a tym samym salwy śmiechu na widowni.
Udawanie kogoś, kim się nie jest, i ciągłe kłamanie to sens tej sztuki, który nie jest tak zupełnie nam nieznany. Oglądając codzienne wiadomości i serwisy informacyjne, widzimy innych bohaterów, którzy kłamią nam w żywe oczy, krzycząc ciągle o Polsce, racji stanu i szacunku, jaki im się należy. Przy nich londyński taksówkarz bigamista wydaje się całkiem sympatyczny.










