"Matki pingwinów" wracają z 2. sezonem, a my już wiemy, czy to wciąż rewelacja – recenzja serialu

serialowa.pl 1 godzina temu

„Matki pingwinów”, urocza polska niespodzianka sprzed dwóch lat, wracają z sezonem 2 – i nowymi przygodami dzieci i ich rodziców, tym razem już przy bardzo wysokich oczekiwaniach widowni. Czy udało się je spełnić?

„Matki pingwinów” Netfliksa były wielkim hitem jesieni 2024 (u nas wśród polskich tytułów roku przegrały tylko z ostatnią odsłoną „Rojstu”), więc powstanie 2. sezonu nie zaskakuje – zwłaszcza iż fabularnie twórczyni serialu, Klara Kochańska-Bajon (reżyserująca produkcję z Jagodą Szelc, a pisząca z Niną Lewandowską, Justyną Bilik, Ariadną Lewańską i Magdaleną Żakowską), zostawiła sobie pole na kontynuację.

Omawiając 1. sezon serialu „Matki pingwinów”, celowo wybrałam skupienie się na zaletach, które moim zdaniem zdecydowanie przeważały, niż na ewentualnych zarzutach (serial krytykowano za „bańkowość”, skupienie na rodzinach wielkomiejskich i dobrze sytuowanych). Po przedpremierowym obejrzeniu całego sześcioodcinkowego nowego sezonu zostanę przy tamtym podejściu.

Matki pingwinów sezon 2 – jak wypada kontynuacja hitu

Jasne, wracające po dwóch latach „Matki pingwinów” siłą rzeczy nie będą już tak oryginalne i zaskakujące, punktów za krzepiącą, ale nie nadmiernie idealistyczną wizję niepełnosprawności, wyjątkową na polskie standardy, nie można dawać w nieskończoność. Jednak punkty za konsekwencję w podejściu do tematu i rozwijaniu tego świata, który zdążyliśmy poprzednio polubić, należą się jak najbardziej.

„Matki pingwinów” (Fot. Netflix)

Poprzednio mieliśmy wątek wspólnej walki o edukację dzieci z orzeczeniami w ramach istniejących możliwości, a do tego indywidualne zmagania poszczególnych rodziców. Teraz pod wieloma względami będzie podobnie, ale serial nie stoi w miejscu. Główni bohaterowie „Matek pingwinów” – czyli w praktyce trzy matki i jeden ojciec – w ramach fundacji zakładają własną szkołę, Biegun Szczęścia, wreszcie przenoszą się do (prawie) wyremontowanego budynku, więc walka o edukację trwa, ale gwarantuje nowe wyzwania. A i na poziomie poszczególnych postaci dzieje się wiele.

Obie warstwy serialu siłą rzeczy często się spotykają, chociaż – jeżeli miałabym jednak na coś narzekać – wątkom prywatnym zdarza się czasem zdominować narrację. Tymczasem najlepiej wypadają „Matki pingwinów”, kiedy znajdują równowagę między obiema płaszczyznami, czego świetny przykład przynosi odcinek „Seksedukacja”. Tytułowy temat ma bowiem zastosowanie zarówno wobec konieczności zaopatrzenia w wiedzę dzieci w szkole, jak i wobec intymnych związków poszczególnych postaci. Ogólnie jednak ten brak balansu nie jest częsty, a po nieco z konieczności mniej dynamicznym „Końcu wakacji”, kiedy trzeba wprowadzić widzów w liczne zmiany, jakie zaszły w życiu bohaterów, więc ekspozycji musi pojawić się więcej, wszystko rusza już ostro, a serial ogląda się błyskawicznie.

Matki pingwinów sezon 2 – co u znajomych postaci

Nie ma sensu referowanie fabuły, które zabrałoby wiele euforii z samodzielnego oglądania, ale o kilku zmianach warto wspomnieć. Kama (Masza Wągrocka), której tak trudno było się pogodzić z autyzmem Jasia (Jan Lubas), radzi sobie teraz naprawdę dobrze, ale ma problem ze stawianiem synowi granic, tak bardzo chce uniknąć jego meltdownów. Nie potrafi też odnowić więzi z ojcem (Mieczysław Zbrojewicz), za to w nowym związku, z uroczym Pawłem (Mateusz Damięcki, „Prosta sprawa”), zrobiła właśnie istotny krok – zamieszkali razem jako patchworkowa rodzina, z Jaśkiem i córką Pawła, Mią (Tola Hołub). Docieranie się, które byłoby trudne i bez traum oraz diagnoz, tu musi się wiązać z dodatkowymi problemami, a oglądanie górek i dołków w stawaniu się rodziną to jeden z najlepszych aspektów 2. sezonu.

„Matki pingwinów” (Fot. Netflix)

Bardzo istotną rolę w życiu Kamy przez cały czas gra też kariera sportowa. I chociaż naprawdę kilka jest rzeczy, które interesowałyby mnie mniej niż MMA, to tym razem serial pokazuje sporty walki jakoś naturalniej, a przy tym sprytniej wiąże je z resztą – od zwycięstw Kamy zależy bowiem los nowej szkoły, która jeszcze przez jakiś czas na siebie nie zarobi, a pochłania ogromne sumy. A do tego dochodzą choćby wizyty pani Ani (Weronika Krystek) z poprzedniego sezonu, konieczność sprostania wymogom podstawy programowej, zjednywanie sobie nowych rodziców i dzieci… Ogólnie daleko tym początkom do tego, jak założyciele fundacji wyobrażali sobie edukację na własnych warunkach.

Ulka (Barbara Wypych) na przykład wyobrażała sobie chyba, iż będzie idealną dyrektorką, tymczasem podejmuje ileś złych decyzji, przytłoczona też domową sytuacją – w tym mężem, Maćkiem (Piotr Głowacki), w więzieniu (chociaż oczywiście wersja oficjalna brzmi inaczej). W efekcie do błędów zawodowych dołoży Ulka nietrafne prywatne wybory. I na początku może się wydawać, iż niepotrzebnie serial chce nas tu szokować, ale wszystko toczy się na szczęście dość ciekawie. To właśnie w wątkach Ulki dostajemy też kolejny z najlepszych wątków sezonu – przypomnienie o zjawisku „niewidzialnego dziecka”, w tym wypadku Franka (Maksymilian Obst), czyli dziecka zdrowego w rodzinie zajętej opieką nad jego rodzeństwem wymagającym szczególnej opieki.

Z kolei Jerzy (Tomasz Tyndyk) prywatnie radzi sobie zupełnie dobrze, wciąż będą z Robertem (Karol Bernacki), znacznie lepiej komunikując się z Helcią (Amelia Sarzyńska), chociaż przez cały czas fatalnie komunikując się z matką (Krystyna Janda). Jej choroba zaburzy i tak kruchą psychiczną równowagę jednego z założycieli szkoły, zawodowo przytłoczonego koniecznością udowodnienia, iż jego autorski program nauczania działa. W przeciwieństwie do Ulki, która balansuje między dobrą wolą a osunięciem się rolę czarnego charakteru serialu, Jerzy bywa neurotyczny i irytujący, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwy.

„Matki pingwinów” (Fot. Netflix)

Na koniec przeglądu „co u nich” – Tatiana (Magdalena Różczka). Ta postać ponownie dostaje interesujące wątki, i to liczne. W tym, jak dobrze wypadają, ogromna zasługa Różczki, mającej trudniejsze od reszty zadanie, bo jej postać jest najmniej ekspresywna, najwięcej trzeba zagrać gdzieś między słowami. Zarówno relacja z Michałem (Maksymilian Młodawski), w tym empatycznie i z wrażliwością zaznaczona kwestia seksualnych potrzeb dorastającego chłopca z fizyczną niepełnosprawnością, konieczność ułożenia spraw z mężem (Piotr Rogucki), który ma nową rodzinę (Grzesiek to kolejna tu niejednoznaczna, wymykająca się schematom postać), jak i próby zadbania wreszcie o własne życie – wszystko tu wciąga i nie idzie w przesadę.

Matki pingwinów sezon 2 – co nowego w serialu Netfliksa

A przecież to tylko ci bohaterowie, których już znamy, tymczasem świat „Matek pingwinów” się w nowym sezonie siłą rzeczy rozszerza. I to nie tylko o Pawła i Mię, chociaż są tu bardzo istotni, a model nowoczesnej męskości, jaki gra tu Damięcki, to coś na ekranach bardzo potrzebnego – choćby jeżeli pod koniec sezonu momentami serial idzie za bardzo w związkowe „dramy”.

Do rodziców ze szkoły, obok już nam znanych, jak kradnąca każdą scenę Dominika Kluźniak w roli matki Andrzejka, dołączy matka Krysi (Kinga Kubaszewska) z porażeniem mózgowym, Jola (Monika Frajczyk, „Lalka”), trochę pewnie stanowiąca odpowiedź na zarzuty o warszawskie uprzywilejowanie sezonu 1., ale na szczęście na tyle wyrazista i wzruszająca, iż broni się nie tylko jako dopisany element inkluzywności klasowej wśród oczywistej dla serialu inkluzywności innych wariantów.

„Matki pingwinów” (Fot. Netflix)

Z ważnych nowych postaci trzeba też pamiętać o Idze (Agnieszka Wosińska, „Belfer”). Etatowa psycholożka Bieguna, zawalona po godzinach pracą wolontariacką, nie tylko okaże się ważna w rozwoju innych postaci (i mam nadzieję, iż nastąpi tu ciąg dalszy), ale też wniesie w świat „Matek pingwinów” potrzebną dawkę spokoju. W chaosie zawodowym i prywatnym główni bohaterowie często się gubią, przez co Iga wydaje się nieraz jedyną faktycznie dorosłą osobą, a przy tym nie jest nudna. Ale oczywiście dopuszczam myśl, iż na mój osąd wpływa ogromna słabość do łączącego delikatność i pewność siebie stylu gry Wosińskiej (kto w dzieciństwie nie czekał na sceny z siostrą Dorotą w „Klanie”, nie zrozumie).

Matki pingwinów – z empatią do rodziców i do dzieci

Dorośli i ich, mniej lub bardziej trwała, niedojrzałość do tej roli, to istotny elementy „Matek pingwinów”. I przesłania serialu, iż wszyscy popełniają błędy, ale liczy się to, co z nimi zrobią. W efekcie podział na „dobrych” i „złych” daleki jest od czarno-białego i dotyczy tego, kto potrafi się do pomyłek przyznać i wyciągnąć z nich lekcję, a kto postanowi brnąć w złe decyzje. Na tym tle natomiast dużą dojrzałością potrafią wykazać się dzieci, które w okresie 2. dostają więcej miejsca, zaczynają też funkcjonować w relacjach rówieśniczych, a nie tylko w ramach więzi z opiekującymi się nimi dorosłymi.

Dziecięca otwartość i elastyczność jest wzorem dla starszych, natomiast gdy dzieciaki robią komuś krzywdę – a serial nie unika takich tematów – wina tkwi najczęściej w tym, iż dorośli nie potrafią zauważyć problemów, zanim dojdzie do eskalacji. Niestety to wątki bardzo na czasie. Równocześnie nie ma potępienia rodziców, raczej pojawia się empatia, iż nie da się osiągnąć ideału w tej roli. A czasem widzom udzielać się może bezradność bohaterów – wobec systemu (oczekującego odnawiania orzeczenia dziecka z trisomią), wobec partnerów, ale też wobec strasznych pomysłów dzieci czy kolejnego meltdownu. Z „Matek pingwinów” nie wynikną magiczne recepty. Trzeba próbować, próbować i jeszcze raz próbować.

„Matki pingwinów” (Fot. Netflix)

Poza wspomnianą „Seksedukacją” jako przykład tego, co w serialu najlepsze, wskazałabym chyba „Integrację” – szkolne wydarzenia (jak zeszłosezonowa pamiętna wycieczka) pozwalają bowiem na spiętrzenie towarzyszącej wychowywaniu dzieci z orzeczeniami nieprzewidywalności, a przy tym na niebanalnie przeprowadzone lekcje dla obu pokoleń. Jednak kolejne odcinki, te wokół „Halloween”, „Testu” (a raczej testów – diagnostycznych i życiowych) oraz „Świąt”, też ogląda się bardzo dobrze, więc wychodzi na to, iż 2. sezon od 2. odcinka trzyma równy poziom i odpowiednie tempo.

Matki pingwinów sezon 2 – czy przez cały czas warto oglądać

Świąteczny finał kończy się tak, iż o ile po sezonie 1. kontynuacja wydawała się pomysłem dobrym, ale opcjonalnym, o tyle nie wyobrażam sobie, iż 3. sezon miałby nie powstać. Końcówka, wywracająca dotychczasową dynamikę między postaciami, może się wydawać szokująca, ale przecież tak naprawdę wszystko w jej stronę prowadziło.

Sporo innych kwestii jest w zawieszeniu i bardzo chciałabym wiedzieć, co dalej. A poza spektakularnymi konfliktami czy romansami nie zaszkodziłoby pogłębić pytania, na ile Biegun Szczęścia faktycznie może działać w szerszym systemie. Bo chociaż jako widzowie znający dobry wpływ szkoły na dzieciaki oczywiście trzymamy kciuki, to przecież nie każdą wątpliwość płynącą ze świata poza tą wielką pingwinią rodziną bohaterowie serialu mogą po prostu zignorować, udając, iż rzeczywistość poza Biegunem nie istnieje.

„Matki pingwinów” (Fot. Netflix)

Liczę na to, iż „Matki pingwinów”, bardzo potrzebny w Polsce „serial środka”, czyli przystępny, ale niegłupi, uczący, ale niełopatologiczny, krzepiący, ale nieprzesłodzony, dostanie kolejną szansę. Bo mogłabym ponarzekać na kilka konkretnych rozwiązań fabularnych albo skupić się na tym, iż tak wiele postaci, wątków i istotnych tematów niekoniecznie zawsze mieści się idealnie w zaledwie sześciu odcinkach. Jednak w przypadku tego serialu zupełnie nie czuję potrzeby szukania dziury w całym. Zbyt wiele tu dobrze działa, żeby trzeba było się recenzencko czepiać szczegółów.

Matki pingwinów sezon 2 – odcinki dostępne na Netfliksie

Idź do oryginalnego materiału