MAREK KONDRAT: – W całości przeczytałem ją raz, mając 25–27 lat. Na maturze znałem ją pobieżnie, a w pełni rozumiem ją dopiero dziś. To genialna, wielowątkowa powieść, która zachowuje zdumiewającą aktualność.
Co pana w niej wzrusza?
Pogoń Wokulskiego za ideałem. Z jakichś powodów bliski mi jest model mężczyzny poszukujący absolutu, któremu los lub własna natura nie pozwalają go osiągnąć. Znajdziemy ten typ w innych, moich ulubionych powieściach, jak „Muzeum niewinności” Pamuka czy „Miłość w czasach zarazy” Márqueza. Porusza mnie też rys polskiego tragizmu – motyw zrywów i sukcesów, po których nic nie zostaje, jak po Solidarności, albo społecznym zrywie pomocy Ukrainie. Te same ręce, które się trzymały, dziś skaczą sobie z pazurami do oczu.
Wersję optymistyczną mechanizmów społecznych przedstawionych w „Lalce” proponują za to twórcy serialu wyreżyserowanego przez Pawła Maślonę. Pewnie pan go już obejrzał?
Obejrzałem pierwszy odcinek i to wszystko, co mogę zrobić dla tego serialu. Intelektualnie nie wytrzymuje próby zestawienia go z oryginałem Prusa. Nie chcę przez to powiedzieć, iż nasza „Lalka” przedstawi cały zamysł powieści, ale go nie zniekształci. Pytania o tzw. wolność twórczą wydają mi się bezzasadne. Niech każdy sam sobie odpowie, kto tu jest twórcą, a kto wolnym twórcą. Ja trzymam się zasady traktowania widza na swoim poziomie. To wydaje mi się uczciwe.
W waszej „Lalce” mierzy się pan z rolą Rzeckiego, ostoją rozsądku i zastygłego czasu, nie przedstawia go pan jednak jako bezradnego staruszka. Wymyślił pan na niego żołnierski rys, daleki od wizerunku ciapowatego staruszka, z którym kojarzyła się dawniejsza ekranowa kreacja Tadeusza Fijewskiego.















