Mandalorian i Grogu – recenzja filmu. Oddajcie Mando serial!

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Sala kinowa pełna zagorzałych fanów Gwiezdnych Wojen i mnożące się opinie, czy Mandalorian i Grogu to prawdziwe Star Wars. Pytanie podchwytliwe, bo bez odpowiedzi – ale my zajmiemy się tym, czy film jest godną kontynuacją serialowej opowieści.

Zamiast czwartego sezonu serialu dostajemy film Mandalorian i Grogu, trwający lekko ponad dwie godziny. Mando z Grogu pod opieką działa ostrożniej i przyjmuje zlecenia głównie od Nowej Republiki, a nie od podejrzanych gangsterów. Aby wytropić jednego z ukrywających się imperialistów, musi jednak zająć się zleceniem dla bliźniąt Huttów. Tak rozpoczyna się kolejna misja łowcy nagród.

Fabuła filmu jest banalnie prosta. Zlecenie Huttów oczywiście jest zmyłką, którą Mando gwałtownie odkrywa. Zadanie momentalnie wymyka się z rąk, a łowca wpada w kolejne kłopoty, co wymaga szeregu przetasowań ratowania Grogu przez Mando i na odwrót. Fabułę można potraktować jako pretekst do walk i potyczek, a także sporej ilości gagów skupionych na Grogu. Zarysowany na początku imperialista to dwuminutowa postać, która nie jest ani realnym zagrożeniem ani nikim przesadnie ważnym dla fabuły.

Muszę jednak przyznać, iż przymykam oko na fabularną prostotę. Mandalorian i Grogu zapewnia rozrywkę innymi aspektami. Ogromną część filmu pochłaniają walki z kolejnymi przeciwnikami, od potworów na arenie, przez Huttów, po wrogiego łowcę nagród. Jest na co popatrzeć, choreografia walk wypada całkiem nieźle, a scenerie i cała oprawa wizualna walk są dość różnorodne. Nie ma może efektu wow, ale ogląda się to przyjemnie i z zaciekawieniem.

Fot. Materiał promocyjny

Warstwa audiowizualna to zresztą mocna strona filmu. Kilka scen naprawdę przyciąga oko, jak na przykład pierwsze pojawienie się drugiego łowcy nagród czy wężowego potwora. Przytrzymane ujęcia nadają się na plakatu i dają chwilę oddechu przed kolejnymi bijatykami. Ciekawą lokalizacją jest też księżyc Shakaru, utrzymany w cyberpunkowym klimacie. Wydaje się to lekkim odejściem do konwencji, zaskakująco pasuje do filmu i daje okazję Ludwigowi Göranssenowi do poeksperymentowania z muzyką w bardziej elektroniczne klimaty.

Nietrudno jednak zauważyć, iż Mandalorian i Grogu cierpi z faktu bycia filmem. Bez większych problemów dojrzymy ramy czasowe, które wyznaczałyby kolejne odcinki serialu. Najbardziej w oczy rzuca się filler z Grogu w roli głównej, który w streamingu prawdopodobnie trwałby dwadzieścia minut i wyszedł jako special, a niekoniecznie pełnoprawny odcinek. Wrzucenie go w środek filmu, który ma zupełnie inne tempo akcji, obnaża smutne zjawisko – otrzymujemy film szyty z kawałków, sklejony z tego, co powinno być pełnoprawnym sezonem.

Fot. Kadr ze zwiastuna

To nie koniec mankamentów, bo nie mogę z kolei przymknąć oka na odcinanie kuponów. Gagi z Grogu to samoistna kampania promocyjna, wrzucona w film po to, aby generować rolki i TikToki. Brzeszczot zyskuje lekko nowy wygląd, aby kolekcjonerzy uzupełnili kolekcję LEGO. Twarz Pedro Pascala widzimy na ekranie – i nagle brak hełmu Mandaloriana nie jest problemem nie do rozwiązania – aby nikt nie kwestionował, iż aktor rzeczywiście robi w filmie coś więcej niż podkładanie głosu. Częściowo może to mój cynizm, ale myślę, iż wielu fanów podziela te obserwacje.

Mandalorian i Grogu zbiera mocno średnie opinie, które budzą moje mieszane uczucia. Jako rozrywka film sprawdza się świetnie i mam ochotę wybrać się na drugi seans w ciągu najbliższych kilku dni. Angażuje widza, pokazuje satysfakcjonujące walki, momentami choćby bawi. Nie jest to zła produkcja, ale jest to po prostu komercyjny twór spod znanego szyldu, który miał powstać – a nie być wyjątkowym dziełem w świecie Gwiezdnych Wojen. Szkoda więc tutaj zmarnowanego potencjału i zrobienia z kolejnej odsłony opowieści Mando czegoś głębszego.

Fot. główna: Materiał promocyjny.

Idź do oryginalnego materiału