Mama w końcu przeszła na emeryturę. Minęło już kilka lat, odkąd odeszła z pracy. Zmęczona jestem, mawia. Zdrowie już nie to, nerwy w strzępach, atmosfera w pracy była fatalna, a lata lecą. Teraz chcę wreszcie żyć po swojemu, a nie ciągle dla innych.
Właściwie nikt nie próbował się z mamą kłócić. Ona jest z tych, z którymi nie warto i nie chce się sprzeczać. Zresztą zawsze wiedziała, czego chce. Przeniosła się więc na działkę pod Warszawą i oddała się małym przyjemnościom: uprawie kwiatów i ogórków, paleniu papierosa na tarasie, porannej kawie. Czasem z odrobiną koniaku, a czasem z książką. Robiła porządki, odpoczywała od pracy i z lekkim dreszczem wspominała dawne lata, ciesząc się, iż wnuki już dorośli i nikt ich tu nie zsyła na całe wakacje.
Nam, swoim dzieciom i wnukom, nie zapomniała zostawić życiowej rady:
Na emeryturę przechodźcie dopiero wtedy, kiedy wnuki skończą studia. To kluczowe. Ważne, żeby byli już na swoim, a wy żebyście nie musieli ich utrzymywać z emerytury. Bo dla prawnuków to już nie wasza sprawa, wtedy będziecie już wystarczająco starzy tym niech martwią się wasze dzieci albo ich dzieci.
Na działce mama miała wszystko: paczkomat, spożywczak, Wi-Fi, różany ogródek pod oknem, ciszę, spokojnych sąsiadów i wolność od codziennego stresu. Ale po jakimś czasie coś zaczęło jej jednak doskwierać lekka nuda. A wiadomo, co się wtedy dzieje: mama postanowiła się rozerwać i wpadła na pomysł wybetonuje kawał swojego wielkiego podwórka.
Trzeba było zrobić porządną nawierzchnię pod miejsce parkingowe, bo wyglądało niegodnie jak twierdziła mama. Stać i czekać na cud? Po co, mamy przecież internet. Znalazła tam ekipę Żbik, która podejmie się wszystkiego. Oczywiście za złotówki.
Nadszedł wielki dzień. Przyjechała ekipa: pięciu chłopa, lider szef, Przemek. Mama mówiła do niego po prostu Przemek, chociaż to potężny facet, dwumetrowy dryblas. Rozpoczęli z zapałem, ale zaraz coś zaczęło iść nie tak. Dwa betoniarki już stały w gotowości, a mama patrzyła.
I wtedy Przemka, jak to się mówi, poniosło. No bo jak przepuścić taką okazję? Starsza pani, sama, a tu przecież męska robota z betonem, o której w ich mniemaniu nie miała pojęcia. Pomyśleli więc: dorzucimy coś do roboty, naciągniemy ją trochę, weźmiemy więcej niż się umawialiśmy.
Przemek zaczyna śpiewkę na wysokim tonie:
Tu się nie da, tam nierówno, tu wszystko źle Trzeba dopłacić drugie tyle, bo inaczej pakujemy się i jedziemy. Proszę szukać kogoś innego.
Mama wysłuchała spokojnie, choćby przytakując ze zrozumieniem. Pięć tysięcy złotych, mówicie? A nie wystarczy dwa i pół? No dobrze Wierzę wam, jak nie wierzyć tak poważnym fachowcom.
Nagle dodaje:
Może tak: zróbmy zakład?
O co? zainteresował się Przemek.
O te pięć tysięcy. Zakład, iż tak poprowadzę twoją ekipą, iż skończycie robotę nie w dzień, jak mówisz, ale w trzy godziny. o ile się uda wy płacicie mi pięć tysięcy. o ile nie, ja płacę wam. Zgoda?
Ja na miejscu Przemka bym się sto razy zastanowiła. choćby jeżeli to tylko ekscentryczna babcia po co się pakować w kłopoty? Ale Przemek nie robił doktoratów, za to był mistrzem pewności siebie i łapczywości. Ustalili: trzymają się umowy.
Przemek przysiadł z kawą na schodkach i patrzył. Ale Jadwiga Zawadzka, bo tak naprawdę nazywa się mama, włożyła kalosze i… zaczęła działać.
W pięć minut ustawiła całą ekipę tak, iż sami nie wiedzieli, kiedy stali się drużyną marzeń. Każdemu wytłumaczyła, co i gdzie ma robić, kto co nosi, jak rozprowadzać, gdzie trzeba przyspieszyć, a gdzie nie wolno się pomylić. choćby ludziom od betoniarki zrobiła miniszkolenie: kiedy lać, jak lać żeby było dobrze, a nie na odwal się. Najważniejsze cały proces poprowadziła tak, iż nie było ani jednego zbędnego ruchu, żadnej pustej przerwy.
Krócej mówiąc, bogini betonu.
To, co chłopaki chcieli robić cały dzień, ona przeprowadziła w niecałe trzy godziny. I to jak! Bez żadnej skazy, idealnie równo i czysto, aż nie było się do czego przyczepić.
Przemek najpierw uśmiechał się szyderczo zaraz się wypali. Potem przestał się uśmiechać. W końcu zbladł, bo przypomniał sobie o zakładzie, o umowie, o tym, iż trzeba wypłacić pięć tysięcy.
Przez chwilę zaniemówił. Jego mina mówiła wszystko chyba po raz pierwszy zrozumiał, iż rzeczywistość nie musi spełniać jego oczekiwań.
Proszę pani wydusił. Niech mi pani powie Jak to w ogóle możliwe? Tak się nie da!
Da się odparła spokojnie Jadwiga i strzepnęła betonowy pył z rękawic. Widział pan ten duży węzeł drogowy na Woli? Ten, co się rozdziela na trzy poziomy?
No Przemek zająknął się.
I choćby pan po nim jeździ?
Tak, zdarza się
To dobrze. Ja to budowałam.
Podobno wtedy Przemek już naprawdę zrozumiał, iż staruszka to czasem po prostu ktoś, kto przez lata robił rzeczy, przy których miękną najtwardsze charaktery. I lepiej nie zakładać się z takimi ludźmi.






