Mam czterdzieści dwa lata i jestem mężem kobiety, która była moją najbliższą przyjaciółką odkąd mieliśmy po czternaście lat. Poznaliśmy się w szkole podstawowej w Toruniu. Nie było żadnych fajerwerków, żadnych romantycznych spojrzeń. Byliśmy po prostu dwójką dzieci, które przez przypadek usiadły razem w ławce i od tego dnia zaczęli codziennie razem odrabiać lekcje, spędzać przerwy, dzielić sekrety. Od samego początku wszystko było czyste: pomaganie sobie z matematyką, rozmowy o psach i szopkach, a wieczorami zwierzanie się przez telefon. Ona znała wszystkie moje sympatie, ja słuchałem o jej zauroczeniach. Nigdy nie było żadnych pocałunków, sugestii, przekraczania wyznaczonych granic. Po prostu najbliżsi przyjaciele.
W okresie liceum nasze ścieżki zaczęły powoli się rozchodzić. Ja wyjechałem na studia do Poznania, ona została w Toruniu. Miałem dwadzieścia jeden lat, kiedy związałem się na poważnie z pierwszą dziewczyną, a trzy lata później, gdy miałem dwadzieścia cztery lata, ożeniłem się z Agnieszką. Moja najbliższa przyjaciółka, Wioletta, była wtedy na moim ślubie, siedziała przy stole z rodziną. Też miała chłopaka. Wciąż dzwoniliśmy do siebie żeby się wygadać, podzielić problemami, poprosić o radę, po prostu być obok.
Pierwsze małżeństwo wytrzymało niemal sześć lat. Na zewnątrz pełna stabilność i spokojne życie. W środku milczenie, sprzeczki, dystans. Wioletta wiedziała o wszystkim. Kiedy zaczęliśmy spać w osobnych pokojach, kiedy już przestaliśmy mówić do siebie rano, gdy wszędzie zaczęła mnie ogarniać samotność, choć nie byłem fizycznie sam. Wioletta nigdy nie krytykowała Agnieszki, nigdy nie podsycała złych emocji. Po prostu słuchała, jakbyśmy rozmawiali przez mgłę, w nocy, przy oknie, gdy na dworze szumiała Wisła. W tym samym czasie sama skończyła długi związek i przez kilka lat żyła samotnie, pochłonięta pracą.
Rozwód długi, męczący, komicznie wręcz polski przyszedł, kiedy miałem trzydzieści dwa lata. Zacząłem życie od zera w kawalerce na Bydgoskim Przedmieściu. Wioletta była wtedy najbliżej mnie: wspólne poszukiwania mieszkań na OLX-ie, rozpakowywanie kartonów, wspólne obiady z pierogami, żeby było raźniej. przez cały czas mówiliśmy o sobie przyjaciele, ale w tych spotkaniach zaczęły pojawiać się drobiazgi, których kiedyś nie było: milczenia, które nie bolały, spojrzenia w lustrze, zazdrość, do której żaden z nas się nie przyznawał.
Rok później, gdy miałem trzydzieści trzy lata, po pewnej kolacji w mojej kawalerce, zrozumiałem, iż nie chcę, by wyszła. Nie wydarzyło się nic fizycznego. Bez pocałunku, bez dotyku. Przez całą noc spałem niespokojnie. Wiedziałem już coś się zmieniło. Kilka dni później ona powiedziała mi niemal to samo wymieniając konkretne momenty: jak bolało ją, gdy umawiałem się z kimś innym, jak denerwowało słuchanie plotek od innych, jak zaczęła się zastanawiać, od kiedy to wszystko zaczęło być inne.
Minął rok niepewności. W tym czasie umawialiśmy się z innymi, próbując wmówić sobie to tylko przyjaźń, to iluzja. Nie udało się. Zawsze wracaliśmy jak przez sen rozmawialiśmy, porównywaliśmy wszystko do siebie nawzajem, spotykaliśmy się w ulubionej cukierni na Starym Mieście, gdzie obrazki z życia migały przed oczami jak przez krzywe zwierciadło. W wieku trzydziestu pięciu lat postanowiliśmy spróbujemy. Było dziwnie, niepewnie; z 20-letniej przyjaźni przechodziliśmy do nowej rzeczywistości, pełnej strachu przed utratą wszystkiego.
Po dwóch kolejnych latach, kiedy byłem już bliżej czterdziestki, a ona miała trzydzieści sześć lat, pobraliśmy się w urzędzie w ciszy, tylko z najbliższymi. Tu nie było wzniosłych przemów i wielkiego wesela na sto osób. Wszystko było przemyślane, spokojne, dorosłe. Ludzie się dziwili, mówili, iż zawsze się do siebie pasowaliście. Nam to wydawało się nierealne. Ponad dwadzieścia lat byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, nie przekraczając żadnej granicy. Miłość przyszła dopiero wtedy, gdy każdy z nas się rozpadł i złożył od nowa.
Dziś jesteśmy razem od kilku lat. Nie jest idealnie ale stabilnie, solidnie. Znamy się jak dwa palce u jednej ręki: wiemy, jak reagujemy pod presją, jak się sprzeczamy, jak przepraszamy. Czasami myślę, iż gdybym nie przeszedł przez rozwód, nigdy nie zrozumiałbym, kogo mam obok siebie. Nie wziąłem za żonę najlepszej przyjaciółki z wygody, ale dlatego, iż po wszystkim tylko ona była osobą, przed którą nigdy nie musiałem udawać kogoś innego. To jak śnienie na jawie, gdy nagle widzisz wyraźnie te same obrazy, tylko pod innym kątem. I już nie chcesz ich zamieniać na inne.
