Mam czterdzieści jeden lat i jestem żonaty z moją żoną od dziewiętnastego roku życia. Dwa miesiące temu zaczęło mnie dręczyć coś, czego nigdy wcześniej nie odważyłem się powiedzieć na głos: chyba nigdy nie byłem w niej zakochany tak mocno, jak ludzie opisują miłość. Pewnego zwyczajnego wieczoru, siedząc w salonie i oglądając telewizję, zacząłem się zastanawiać, dlaczego nigdy nie czułem tego, co inni mężczyźni nazywają motylami w brzuchu, słodkim dreszczykiem, potrzebą przytulenia tej osoby, którą kochasz. Im więcej o tym myślałem, tym więcej zaczęło mi się układać w głowie.
Dorastałem w trudnym domu ojciec często zaglądał do kieliszka, wracał pijany, wydawał pieniądze na alkohol i stwarzał problemy. Mama pracowała jako sprzątaczka, żeby dorzucić do naszego budżetu, gdy ojciec nie zapewniał podstawowych rzeczy. Całe dzieciństwo było pełne kłótni, zmęczenia i napięcia. Jako nastolatek marzyłem tylko o tym, by wyprowadzić się z domu, mieć własny pokój, przespać noc w spokoju i nie słyszeć krzyków rano. Nie marzyłem o miłości marzyłem o ucieczce.
Kiedy poznałem moją żonę, miałem dziewiętnaście lat, a ona była ode mnie starsza o dziesięć lat. Zaledwie miesiąc po rozpoczęciu znajomości mówiła, iż chce zamieszkać razem, iż pomoże mi, iż chce czegoś poważnego. Nie zastanawiałem się, czy jestem zakochany. Zobaczyłem w tym szansę na ucieczkę z domu, na zaczęcie nowego życia. Podjąłem decyzję szybko. Spakowałem swoje rzeczy i wyprowadziłem się. Nie było długich rozmyślań, nie miałem głębokich wątpliwości tylko silną potrzebę zmiany.
Nie mogę powiedzieć, iż moje życie było złe. Żona jest dobrą partnerką pracowita, odpowiedzialna. Nigdy nie brakowało nam jedzenia, płaciliśmy czynsz, potem kupiliśmy mieszkanie. Uwielbia nasze dzieci, troszczy się o wszystko. Nigdy nie miałem powodów, by podejrzewać zdradę czy awantury. Z zewnątrz małżeństwo wydaje się idealne. To właśnie najbardziej mnie dezorientuje, bo nie ma żadnego poważnego powodu, by czuć tę dziwną pustkę.
Kocham ją. Szanuję ją. Jestem jej wdzięczny za wiele rzeczy. Daje mi spokój, stabilność. Ale patrząc wstecz, uświadamiam sobie, iż nigdy nie czułem tej silnej, ognistej miłości, o której mówią inni mężczyźni. Nigdy nie czułem zazdrości, strachu, iż ją stracę, nie czekałem z niecierpliwością na jej powrót. Moja miłość była raczej przyzwyczajeniem, partnerstwem, wdzięcznością ale nie płomieniem.
Nie myślę o rozstaniu. Nie szukam innej kobiety. Nie chcę niszczyć rodziny. Po prostu dociera do mnie coś, czego nigdy nie miałem odwagi wypowiedzieć: iż być może przez te wszystkie lata to, co nazywałem miłością, było potrzebą, poczuciem bezpieczeństwa i chęcią ucieczki z trudnego życia. Teraz, w wieku czterdziestu jeden lat, z dorosłymi dziećmi i własnym mieszkaniem, coraz mocniej to widzę.
Czasem czuję się winny, iż w ogóle o tym myślę. Mówię sobie: Jak możesz podważać coś, co dało ci stabilność? Ale z drugiej strony czuję, iż fair jest to przyznać. Może mój sposób kochania jest inny. Może najpierw nauczyłem się przetrwać, zanim nauczyłem się kochać. Nie wiem. Wiem tylko, iż te myśli poruszyły wiele spraw, które nosiłem w sobie od czasu, gdy byłem tym małym chłopcem, tylko z jednym pragnieniem: żeby wyrwać się z domu.
Co byście zrobili na moim miejscu?
Chciałbym usłyszeć rady od was.










