„Jej piekło” już przed premierą obrosło swojego rodzaju legendą. To w końcu w pewien sposób film pośmiertny. Ponoć w 2023 roku serce Nicolasa Windinga Refna przestało bić. Po około pół godziny tętno wróciło. Wraz z nim impuls do kolejnych projektów. „Dostałem od Boga drugą szansę. I mam zamiar wykorzystać ją” – mówił. Zebrał ekipę. Scenariusz był ruchomy, tj. zmieniał się codziennie – nie ze względu na produkcyjne problemy, ale pod wpływem takiej, a nie innej decyzji twórczej. Można byłoby obawiać się najgorszego, ale przecież mowa o typie, którego wołają wizjonerem; który bardziej niż w słowie czy historii rzeźbi w tym, co zmysłowe. W końcu też o filmowcu, którego twórczość z wielu zajawieńców z mojego otoczenia w zasadzie uczyniła kinofili.
Premierowy canneński pokaz „Jej piekła”, pokazywanego w sekcji pozakonkursowej, zebrał siedmiominutowe (choć niektóre portale podają informację o dwunastu [!] minutach) oklaski. Niby nie za długo, niby nie za krótko. Choć warto mieć z tyłu głowy, iż „Neon Demon”, ostatni film reżysera, dekadę temu zebrał jedną z najdłuższych owacji w historii festiwalu. Trudno jednak liczyć wartość artystyczną filmu długością honorujących go oklasków. Niejednokrotnie jest ona wynikiem nie tyle jakości produkcji, co wyjątkowości samego kontekstu. Wystarczy przypomnieć, iż dwa lata temu siedmiominutowe brawa otrzymało „Megalopolis” Francisa Forda Coppoli: sfinansowany z własnej kieszeni passion project, długo wyczekiwany powrót po latach, ale przede wszystkim: spektakularna artystyczna klęska. Niestety „Jej piekło” to przypadek analogiczny.
Fabularnie film Refna składa się z dwóch wątków. Z jednej strony śledzimy Elle (Sophie Thatcher), młodą dziewczynę, zamieszkującą jeden z monumentalnych wieżowców, których czubki unoszą się nad złowieszczą mgłą (czym jest owa mgła, możemy tylko spekulować). Towarzyszy jej spotkana w lobby Hunter (Kristine Froseth) oraz Dominique (Havana Rose Liu): dawniej przyjaciółka, w tej chwili – macocha. Żyją w apartamentach, które trochę przypominają luksusowe pokoje hotelowe, a trochę sex-roomy. Trudno dokładnie powiedzieć, czym się zajmują. W jednej scenie patrzymy, jak odgrywają sceny naparzania się laserowymi pistoletami przebrane w stroje przywodzące na myśl kostiumy Power Rangerów. W innej scenie widzimy, iż komiks z identycznie wyglądającymi postaciami przegląda Szeregowy K. (Charles Melton), bohater drugiego, równoległego wątku. Błądzi po spowitym mgłą mieście, w którym nigdy nie wschodzi słońce, szukając swojej zaginionej córki. Ta część filmu to trochę kwasowe neo-noir, ale bez tajemnicy do rozszyfrowania – tylko z drogą do przejścia i etapami podróży, których znaczenie unosi się bezwładnie w oparach abstrakcji. To ostatnie dotyczy jednak całego filmu.
W nowym filmie Refna historia odgrywa rolę zaledwie rusztowania. Chodzi w nim raczej o obrazy, którymi ten wypełnia swój film, i o wrażenia, które stara się wywołać. To zresztą żadne novum u twórcy, u którego neony, nasycone kolorki i miękkie światła już od dawna stanowią element rozpoznawczy. W „Jej piekle” Refn podkręca swój styl do ekstremum, stawiając sobie za cel stworzenie audiowizualnego tripa, który ma nas wessać pierwszym ujęciem i wypluć estetycznie poprzestawianych wraz z napisami końcowymi. Intensywność wizji ma tu zastępować umowność pozostałych elementów – fabuły, bohaterów czy łączących ich relacji – oraz opatulić garść przygotowanych przez twórcę obrazów-symboli warstwą zmysłowego konkretu. To pewnie dość ambitne przedsięwzięcie, ale takie, które bardzo łatwo przestrzelić, czego dowodem jest efekt końcowy: nużący dryf przez ukochane rejestry palety kolorystycznej Refna, sprawdzający się bardziej jako wygaszacz ekranu niż pełnoprawny film.
Rzucam to trochę prowokacyjnie, bo to nie jest tak, iż w „Jej piekle” nie ma się zupełnie czego chwycić. jeżeli temu zbiorowi znaczących przypisać jakiś tematyczny rejestr, można czytać nowy film Refna jako rzecz o życia w kleszczach patriarchalnych fantazji: kulcie hiperatrakcyjności czy dzieleniu kobiecej społeczności przez mianownik męskiej (tu: misz-maszu erotycznej i ojcowskiej) sympatii. W końcu szczątkowo zarysowany konflikt na linii Elle-Dominique rozbija się właśnie o postać Johnny’ego Thundersa (Dougray Scott): ojca tej pierwszej, który w pewnym momencie stał się także partnerem tej drugiej.
Figura ojca to zresztą kolejny powracający w „Jej piekle” motyw. Z jednej strony bowiem Thunders, z drugiej zaś – Szeregowy K. Szczególnie tego drugiego wątku trudno nie czytać jako osobistej jazdy samego Refna, który kreując postać Szeregowego, w zawoalowany sposób próbuje opowiedzieć o samym sobie i swoim powrocie do życia: mężczyźnie, który nie może odejść ze względu na zobowiązanie, które czuje wobec własnych dzieci.
Snucie opowieści poprzez aranżację obrazów i fosforyzację imaginariów to cholernie misterna robota i to nie jest tak, iż podobnego tripa – w którym zlewają się porządki, a kondensowanie atmosfery staje się sposobem konstruowania narracji – nie dałoby się skręcić. Rzecz w tym, iż potrzebne jest do tego trochę więcej sprytu – czegoś więcej niż tylko ekspozycji najbardziej wizualnie olśniewających (choć czy aby na pewno…) pomysłów. W innym przypadku taki zlepek luźno powiązanych szkiców jest niczym innym jak tylko sklejonym na ślinę, zamkniętym w sobie majakiem, choćby jeżeli skleconym z pasji i serducha. Za dużo tu pustych miejsc, które, jak zdaje się mówić sam twórca, widz sam ma sobie wypełnić. Jednocześnie za dużo konkretu, aby wziąć ten sygnał za dobrą monetę. Dużo tu nacisku na wizual i audio, a za mało świadomości tego, iż tak silnie wycyzelowana formuła sprawia, iż całość ogląda się jak gdyby przez pleksiglas. Że dbając rzekomo o zmysłowość rażenia, stworzyliśmy film o teksturze plastiku.
Premierowy canneński pokaz „Jej piekła”, pokazywanego w sekcji pozakonkursowej, zebrał siedmiominutowe (choć niektóre portale podają informację o dwunastu [!] minutach) oklaski. Niby nie za długo, niby nie za krótko. Choć warto mieć z tyłu głowy, iż „Neon Demon”, ostatni film reżysera, dekadę temu zebrał jedną z najdłuższych owacji w historii festiwalu. Trudno jednak liczyć wartość artystyczną filmu długością honorujących go oklasków. Niejednokrotnie jest ona wynikiem nie tyle jakości produkcji, co wyjątkowości samego kontekstu. Wystarczy przypomnieć, iż dwa lata temu siedmiominutowe brawa otrzymało „Megalopolis” Francisa Forda Coppoli: sfinansowany z własnej kieszeni passion project, długo wyczekiwany powrót po latach, ale przede wszystkim: spektakularna artystyczna klęska. Niestety „Jej piekło” to przypadek analogiczny.
Fabularnie film Refna składa się z dwóch wątków. Z jednej strony śledzimy Elle (Sophie Thatcher), młodą dziewczynę, zamieszkującą jeden z monumentalnych wieżowców, których czubki unoszą się nad złowieszczą mgłą (czym jest owa mgła, możemy tylko spekulować). Towarzyszy jej spotkana w lobby Hunter (Kristine Froseth) oraz Dominique (Havana Rose Liu): dawniej przyjaciółka, w tej chwili – macocha. Żyją w apartamentach, które trochę przypominają luksusowe pokoje hotelowe, a trochę sex-roomy. Trudno dokładnie powiedzieć, czym się zajmują. W jednej scenie patrzymy, jak odgrywają sceny naparzania się laserowymi pistoletami przebrane w stroje przywodzące na myśl kostiumy Power Rangerów. W innej scenie widzimy, iż komiks z identycznie wyglądającymi postaciami przegląda Szeregowy K. (Charles Melton), bohater drugiego, równoległego wątku. Błądzi po spowitym mgłą mieście, w którym nigdy nie wschodzi słońce, szukając swojej zaginionej córki. Ta część filmu to trochę kwasowe neo-noir, ale bez tajemnicy do rozszyfrowania – tylko z drogą do przejścia i etapami podróży, których znaczenie unosi się bezwładnie w oparach abstrakcji. To ostatnie dotyczy jednak całego filmu.
W nowym filmie Refna historia odgrywa rolę zaledwie rusztowania. Chodzi w nim raczej o obrazy, którymi ten wypełnia swój film, i o wrażenia, które stara się wywołać. To zresztą żadne novum u twórcy, u którego neony, nasycone kolorki i miękkie światła już od dawna stanowią element rozpoznawczy. W „Jej piekle” Refn podkręca swój styl do ekstremum, stawiając sobie za cel stworzenie audiowizualnego tripa, który ma nas wessać pierwszym ujęciem i wypluć estetycznie poprzestawianych wraz z napisami końcowymi. Intensywność wizji ma tu zastępować umowność pozostałych elementów – fabuły, bohaterów czy łączących ich relacji – oraz opatulić garść przygotowanych przez twórcę obrazów-symboli warstwą zmysłowego konkretu. To pewnie dość ambitne przedsięwzięcie, ale takie, które bardzo łatwo przestrzelić, czego dowodem jest efekt końcowy: nużący dryf przez ukochane rejestry palety kolorystycznej Refna, sprawdzający się bardziej jako wygaszacz ekranu niż pełnoprawny film.
Rzucam to trochę prowokacyjnie, bo to nie jest tak, iż w „Jej piekle” nie ma się zupełnie czego chwycić. jeżeli temu zbiorowi znaczących przypisać jakiś tematyczny rejestr, można czytać nowy film Refna jako rzecz o życia w kleszczach patriarchalnych fantazji: kulcie hiperatrakcyjności czy dzieleniu kobiecej społeczności przez mianownik męskiej (tu: misz-maszu erotycznej i ojcowskiej) sympatii. W końcu szczątkowo zarysowany konflikt na linii Elle-Dominique rozbija się właśnie o postać Johnny’ego Thundersa (Dougray Scott): ojca tej pierwszej, który w pewnym momencie stał się także partnerem tej drugiej.
Figura ojca to zresztą kolejny powracający w „Jej piekle” motyw. Z jednej strony bowiem Thunders, z drugiej zaś – Szeregowy K. Szczególnie tego drugiego wątku trudno nie czytać jako osobistej jazdy samego Refna, który kreując postać Szeregowego, w zawoalowany sposób próbuje opowiedzieć o samym sobie i swoim powrocie do życia: mężczyźnie, który nie może odejść ze względu na zobowiązanie, które czuje wobec własnych dzieci.
Snucie opowieści poprzez aranżację obrazów i fosforyzację imaginariów to cholernie misterna robota i to nie jest tak, iż podobnego tripa – w którym zlewają się porządki, a kondensowanie atmosfery staje się sposobem konstruowania narracji – nie dałoby się skręcić. Rzecz w tym, iż potrzebne jest do tego trochę więcej sprytu – czegoś więcej niż tylko ekspozycji najbardziej wizualnie olśniewających (choć czy aby na pewno…) pomysłów. W innym przypadku taki zlepek luźno powiązanych szkiców jest niczym innym jak tylko sklejonym na ślinę, zamkniętym w sobie majakiem, choćby jeżeli skleconym z pasji i serducha. Za dużo tu pustych miejsc, które, jak zdaje się mówić sam twórca, widz sam ma sobie wypełnić. Jednocześnie za dużo konkretu, aby wziąć ten sygnał za dobrą monetę. Dużo tu nacisku na wizual i audio, a za mało świadomości tego, iż tak silnie wycyzelowana formuła sprawia, iż całość ogląda się jak gdyby przez pleksiglas. Że dbając rzekomo o zmysłowość rażenia, stworzyliśmy film o teksturze plastiku.

















