"Madison" to powrót twórcy "Yellowstone" do Montany. Sprawdzamy, czy warto oglądać – recenzja

serialowa.pl 1 godzina temu

Najbardziej lubimy te melodie, które już dobrze znamy. Taylor Sheridan chyba nie tylko zna to powiedzenie, ale też jest jego fanem. A przynajmniej na to wskazuje jego powrót do Montany w serialu „Madison”.

„Madison” to kolejny projekt Taylora Sheridana – jednego z najbardziej zapracowanych ludzi w Hollywood – który przeszedł niemałą ewolucję. Najpierw miał być sequelem „Yellowstone” z Matthew McConaughey’em w roli głównej, by finalnie stać się osobną historią z zupełnie inną obsadą. Aby jednak przyciągnąć tych, którzy zdążyli się zakochać w krajobrazach Montany, Sheridan raz jeszcze zabiera nas do tej niebiańskiej krainy, gdzie wszystko wydaje się prostsze. Szkoda tylko, iż zapierające dech w piersiach krajobrazy są zdecydowanie najmocniejszym elementem tego współczesnego westernu, który w Polsce możecie oglądać w serwisie SkyShowtime.

Madison – o czym jest serial twórcy Yellowstone?

„Madison” to serialowa widokówka – wygląda pięknie, ale kilka tu miejsca na treść. To historia bogatej nowojorskiej rodziny Clayburnów, która rozpoczyna się tragedią – głowa rodziny, Preston Clayburn (Kurt Russell, „Monarch: Dziedzictwo potworów”) i jego brat Paul (Matthew Fox, „Zagubieni”) giną w wypadku lotniczym w górach w Montanie. Żona Prestona, Stacy (Michelle Pfeiffer, „Pierwsza dama”), jej córki i wnuczki, zostają pozbawione nagle swojej opoki i muszą poradzić sobie z niespodziewaną stratą. I właśnie na tej rodzinnej traumie skupia się pierwszy, sześcioodcinkowy sezon.

„Madison” (Fot. Paramount+)

I już tutaj uwypukla się ogromny problem „Madison”. W rzecz w tym serialu najważniejszą – a mianowicie żałobę Stacy – bardzo trudno widzom uwierzyć. Wszystko dlatego, iż nie dostajemy okazji, by przekonać się, iż ona i Preston faktycznie darzyli się tym niezwykłym uczuciem, o którym raz na jakiś czas słyszymy w dialogach. To miłość deklaratywna, ale nie mamy pojęcia, czy za słowami stały też jakieś czyny. adekwatnie to mamy sporo powodów, by nie uwierzyć w to rzekomo głębokie uczucie. No bo jak to chociażby możliwe, iż Stacy przez tyle lat nie poznała dobrze miejsca, które tak ukochał jej mąż?

Uwierzyć w tę miłość między nimi jest trudno także z innego powodu – Michelle Pfeiffer i Kurt Russell na przestrzeni sezonu dzielą raptem trzy sceny. Znacznie częściej widzimy ich rozmawiających przez telefon niż będących w tym samym pomieszczeniu, co nie pomaga w ekspozycji ich relacji. Można odnieść wrażenie, iż twórcom nie udało się zgrać kalendarzy tej dwójki, dlatego choćby w retrospekcjach prawie nigdy nie widzimy ich razem. Sceny z przeszłości nie wnoszą zresztą do serialu praktycznie nic. To pocztówki, mające pokazać nam, dlaczego Preston zakochał się w Montanie i zestawić to w kontrze z jego kochającą miasto żoną.

Taylor Sheridan w swoim nowym serialu operuje takimi kontrastami non stop. Zawsze je lubił, ale mam wrażenie, iż staje się w ich stosowaniu coraz bardziej toporny. Nowojorska rodzina Clayburnów jest tu przedstawiona jako grupa mieszczuchów, którzy nie wiedzą, co to piękno, co to prawdziwa Ameryka i nie pamiętają już nawet, kiedy ostatni raz widzieli zachód słońca. Na początku prowincja ich przeraża, zamiast zachwycać. Ale, to ci niespodzianka!, z czasem zaczną coraz mocniej ją doceniać, znajdą w niej spokój, ukojenie, a może choćby miłość. Zanim to jednak nastąpi, będziemy świadkami tak „zabawnych” scen, jak próba załatwienia potrzeby w wychodku, która kończy się użądleniem w tyłek. Tadeusz Drozda byłby dumny.

Madison, czyli Michelle Pfeiffer i Kurt Russell w Montanie

Rodzina Clayburnów jest tak naprawdę jednym z większych problemów serialu o rodzinie Clayburnów. Wyjaśnienie jest proste – Taylor Sheridan, który notorycznie udowadnia, iż Beth z „Yellowstone” jest jedyną porządną postacią kobiecą, jaką kiedykolwiek napisał, postawił w centrum „Madison” trzy kobiety. To się po prostu nie mogło udać. Zostawmy już tę biedną Stacy, która przez cały sezon po prostu cierpi. I tak jest to najlepsza żeńska rola w całym serialu, której nie dorównuje żadna z jej córek. Starsza, Abigail (Beau Garrett, „Firefly Lane”), jest pogubioną rozwódką z dwójką dzieci, która nie wie, czego chce i wydaje się być w ciągłym kryzysie emocjonalnym. Myśl o zamieszkaniu w Montanie przyprawia ją o mdłości, które zaczynają mijać, gdy poznaje pewnego przystojnego zastępcę szeryfa.

„Madison” (Fot. Paramount+)

Nie znajdziemy w niej absolutnie nic ciekawego, ale i tak można odnieść wrażenie, iż w tym przypadku Sheridan przynajmniej próbował stworzyć postać z krwi i kości. Tego samego nie da się powiedzieć o młodszej córce Stacy i Prestona, Paige (Elle Chapman, „Mężczyzna imieniem Otto”). Gdyby poszukać jednego słowa, które opisałoby ją najlepiej, byłoby to niestety słowo „głupiutka”. Mam wrażenie, iż do spółki z mężem, Russellem (Patrick J. Adams, „Suits”), mieli stworzyć coś na wzór humorystycznego przerywnika, ale ten działa wyjątkowo rzadko. Pod pewnymi względami Paige przypomina Ainsley z „Landmana”, czyli jedną z najgorszych żeńskich postaci we współczesnej telewizji. W tej bohaterce nie ma absolutnie żadnej głębi, została narysowana bardzo grubą kreską i bardzo rzadko przypomina prawdziwego człowieka.

Łatwo odnieść wrażenie, iż Sheridan stworzył grupę bohaterów, których sam nie za bardzo lubi albo przynajmniej nie potrafi powstrzymać się przed traktowaniem ich protekcjonalnie. W jego mniemaniu Clayburnowie nie znają życia i są uosobieniem zepsucia dzisiejszych czasów. Nie lubią piwa z puszki, przeszkadza im brak kanalizacji i jedzenie, które nie pochodzi z luksusowych restauracji. Montana otwiera więc przed nimi możliwość, by tego życia się wreszcie nauczyli. W tym mogą pomóc miejscowi, którzy są tutaj uosobieniem tej prawdziwej, w opinii Sheridana, Ameryki. Może i nie jeżdżą na wakacje do Europy, nie wyściubiają nosa poza Montanę, ale gdy widzisz ich jadących konno w kapeluszach, wiesz, iż to oni są solą tej ziemi, chodzącym amerykańskim skarbem. Znów, Sheridan nie mógłby być bardziej łopatologiczny w tym zestawieniu, gdzie Montana to surowy, ale jednak raj, zaś Nowy Jork to siedlisko wszystkiego, co najgorsze.

Madison – czy warto oglądać serial w SkyShowtime?

Jedyni bohaterowie, którzy faktycznie mieli tutaj jakikolwiek potencjał, zginęli już w pierwszym odcinku i choć co jakiś czas wracają do nas w retrospekcjach, ten potencjał nigdy nie zostaje wykorzystany. Paul mógłby być świetnym przewodnikiem po serialowym świecie, ale zamiast tego jego rola ogranicza się do kilku bon motów i jednego dłuższego monologu o Bogu. Na przestrzeni całego sezonu otrzymujemy jedynie szczątkowe informacje na jego temat i wiemy już, iż będziemy musieli się tym zadowolić, bo grający go Matthew Fox zapowiedział, iż nie powróci w kolejnych odcinkach. O Prestonie też nie wiemy w zasadzie nic. Dlaczego zakochał się akurat w tym konkretnym kawałku ziemi? Jak na niego trafił? Skąd u niego ta ogromna potrzeba, by uciekać z miasta wprost w objęcia dzikiej natury? Nie wiem, czy kiedykolwiek poznamy odpowiedzi na te pytanie, bo dalsze trzymanie Kurta Russella w obsadzie, by od czasu do czasu pokazać go na tle malowniczych krajobrazów, wydaje się mało produktywne.

„Madison” (Fot. Paramount+)

Same krajobrazy też nie wystarczają na długo, a gdy „Madison” zostanie z nich obdarte, gwałtownie okaże się, iż ma kilka więcej do zaoferowania. jeżeli sześcioodcinkowy serial potrafi momentami dłużyć się niemiłosiernie, źle to świadczy o scenariuszu i jego autorze. Pierwszy sezon wydaje się być jedynie przydługim prologiem do większej historii. Tylko o czym miałaby to być historia? Jedyną sensowną opcją zdaje się walka Stacy o ziemię w Montanie i tym samym pamięć o mężu, ale to przecież byłyby popłuczyny po „Yellowstone„. No ale to już problem Taylora Sheridana, to on musi głowić się nad tym, co dalej.

Jego próba stworzenia pełnego rozmachu melodramatu, kolejnej wielkiej amerykańskiej opowieści, póki co mu się nie udała. Nieważne, iloma pięknymi kadrami by nas nie uraczył, jak bardzo podniosłej muzyki by nie użył, w „Madison” brakuje ducha. Okazuje się, iż powtórzenie zwycięskiej formuły wcale nie jest takie proste, samo umiejscowienie akcji w Montanie nie czyni jeszcze z serialu drugiego „Yellowstone”. Ale mimo wszystkich tych wad podejrzewam, iż „Madison” i tak zostanie hitem. Amerykanie wciąż lubią odkrywać tę rzadziej pokazywaną twarz swojego kraju, a i dla nas pachnie ona egzotyką. To może wystarczyć, by wkupić się w łaski widzów.

Madison – odcinki w piątki w serwisie SkyShowtime

Idź do oryginalnego materiału