Gatunek gier opartych na kolekcjonowaniu potworków od lat kręci się w kółko, uwięziony między nostalgicznym kopiowaniem sprawdzonych od dekad schematów a bezpieczną, rzemieślniczą wtórnością. Co prawda niedawna premiera Digimon Story: Time Stranger udowodniła, iż w tym temacie da się serwować potężne, skomplikowane mechanicznie i fabularnie dojrzałe produkcje, ale rynek wciąż rzadko dostaje tak odważne nowości. Nic dziwnego, iż każda kolejna zapowiedź obiecująca rewolucję w tym skostniałym nurcie natychmiast elektryzuje graczy szukających czegoś więcej niż tylko kolejnej paczki pikselowych stworków do złapania.
LumenTale: Memories of Trey miało wejść w tę niszę, oferując dojrzałą opowieść, głęboką taktykę i systemy, jakich fani gatunku dawno nie widzieli. Choć ambitny debiut faktycznie przynosi niesamowicie świeże, mięsiste doświadczenie, to ostatecznie rzuca wyzwanie nie tylko starym schematom, ale też cierpliwości samego gracza, uginając się pod ciężarem premierowych błędów i własnej gigantomanii. Czy w świecie tak mocno zdominowanym przez bezpieczne formuły pozostało miejsce na projekt, który zamiast upraszczać rozgrywkę, wymaga od nas pełnego, logistycznego zaangażowania?
Spis Treści
- Dorosłość, amnezja i polityczne intrygi
- Chirurgiczna taktyka w granicach jednej areny
- Przeładowanie systemu i bolesna logistyka
- Premierowy podatek od nowości
- Muzyczna tożsamość z nutą NieRa
- Podsumowując
Dorosłość, amnezja i polityczne intrygi
W LumenTale nie wcielamy się w kolejnego dziesięciolatka, którego jedynym życiowym celem jest zdobycie odznak i tytułu mistrza. Główny bohater, Trey, to dorosły, nieco zgryźliwy i pełen sarkazmu cyborg cierpiący na amnezję. Budząc się na łące pełnej kwiatów w krainie Talea, gwałtownie odkrywa w sobie niezwykłą więź z dzikimi istotami zwanymi Animonami oraz rzadką umiejętność obsługi Holokenu – zaawansowanego gadżetu służącego do ich chwytania. Chcąc odzyskać tożsamość, Trey wyrusza w podróż, która błyskawicznie przeradza się w pełną napięcia wędrówkę przez świat podzielony dawną wojną domową na technologiczne, północne Logos i tradycyjne, południowe Mythos.

To, co autentycznie magnetyzuje w warstwie fabularnej, to tempo i dojrzałość narracji. Gra nie boi się dotykać ciężkich tematów, takich jak fanatyzm religijny czy zacierające się granice moralne w obliczu konfliktu. Historia nie jest tu jedynie pretekstem do odwiedzania kolejnych lokacji; rozproszone po świecie, tajemnicze wspomnienia nieznanych postaci i dynamicznie dawkowane zwroty akcji sprawiają, iż z autentyczną ciekawością pcha się fabułę do przodu, chcąc rozwikłać zagadkę przeszłości Treya. Dodatkowym atutem jest fakt, iż deweloperzy oddali nam sporo autonomii – decyzje podejmowane w trakcie rozmów realnie wpływają na kierunek niektórych wątków, co w tym gatunku jest niezwykle ożywczą odmianą.
Chirurgiczna taktyka w granicach jednej areny
Prawdziwym sercem i największym triumfem LumenTale jest system walki, który bezczelnie, ale i genialnie przepisuje klasyczne zasady gatunku. Choć na arenie pojedynki toczą się w klasycznym formacie jeden na jednego, mechanika nie ma nic wspólnego z nudną rutyną. Twórcy oddali nam do dyspozycji czwórkę aktywnych Animonów, między którymi możemy przełączać się natychmiastowo i bezkosztowo w trakcie trwania starcia. Kluczem do sukcesu jest wspólna pula punktów akcji (SP) dzielona przez cały nasz zespół. jeżeli bezmyślnie zużyjemy całe SP na potężne ataki jednego stworka, kolejny, którego wprowadzimy na pole bitwy, będzie mógł jedynie bezradnie przyglądać się sytuacji. Wymusza to głębokie, strategiczne planowanie i precyzyjne żonglowanie podopiecznymi – klasyczny podział na tanków, wsparcie i DPS nabiera tu realnego, potężnego znaczenia.

Twórcy postanowili również zrezygnować ze sztywnej, uniwersalnej tabeli typów. Choć Animony posiadają swoje żywioły, każda konkretna gatunkowo istota ma własny, unikalny zestaw słabości i odporności. Sprawia to, iż niemal każde spotkanie z nowym przeciwnikiem jest fascynującym eksperymentem, wymagającym poświęcenia akcji na przeskanowanie oponenta lub gry w zgadywankę. System ten uzupełnia mechanika manualnego rozdawania punktów statystyk przy każdym awansie oraz potężne atrybuty (takie jak Felicis czy Furor), które pozwalają modyfikować efekty ciosów za dodatkowe SP. Elastyczność w budowaniu własnego stylu gry jest wręcz porażająca i daje ogromną satysfakcję, gdy misternie przygotowana synergia drużyny działa jak w zegarku.
Przeładowanie systemu i bolesna logistyka
Niestety, tam gdzie LumenTale imponuje głębią, tam też zaczyna boleśnie przytłaczać. Gra cierpi na syndrom gigantomanii i próbuje złapać zbyt wiele srok za ogon. Obok już i tak skomplikowanej walki deweloperzy dorzucili gigantyczny system craftingu z ponad setką przepisów, rozbudowaną hodowlę stworków w specjalnym wymiarze (Aniverse), zbieranie kolekcjonerskich kart TCG, mechanikę zmiennej pogody drastycznie wpływającej na statystyki, a choćby system łapania oparty na zręcznościowych mini-grach. Najgorsze jest to, iż gra w pewnym momencie przestaje te systemy tłumaczyć. Brak przejrzystych samouczków w menu i konieczność pamiętania dziesiątek zmiennych sprawiają, iż po kilkunastu godzinach zamiast czystej frajdy zaczyna się odczuwać lekkie zmęczenie materiału, jakby gra zamieniała się w dodatkowy etat.

Drugim bolesnym ciosem w serce eksploracji jest całkowity brak systemu szybkiej podróży. Świat krainy Talea jest piękny, zrealizowany w cudownej, neonowo-pixelartowej stylistyce 2,5D, która przy wysokiej rozdzielczości i płynnej animacji wygląda po prostu obłędnie. To radosny powrót do estetyki piątej generacji Pokémonów, ale w wersji deluxe. Jednak zmuszanie do ciągłego, pieszego przemierzania tych samych, ogromnych tras w celach fabularnych potrafi doprowadzić do szewskiej pasji. Co prawda w późniejszym etapie odblokowujemy lewitującą deskę, która znacznie przyspiesza poruszanie się, ale decyzja o zablokowaniu tradycyjnego fast travela w tak potężnym erpegu jest po prostu niezrozumiała.
Premierowy podatek od nowości
Pod kątem samej wydajności i generowania klatek gra radzi sobie świetnie, ale premierowe wydanie trapi kilka irytujących, technicznych przypadłości. Najbardziej we znaki potrafią dać się błędy w kodzie odpowiedzialnym za zapisywanie stanu gry – sytuacje, w których gra ignoruje save lub potrafi się zawiesić przy przejściu do menu głównego, zmuszają do ciągłego dmuchania na zimne i manualnego pilnowania postępów.

Interfejs użytkownika również potrafi zmęczyć, choćby przy grze na padzie, która poza tym jest niezwykle intuicyjna i wydaje się najbardziej naturalnym wyborem dla tego tytułu. O ile samo kontrolowanie postaci i walka na kontrolerze sprawdzają się bez zarzutu, o tyle nawigacja po przeładowanych ekranach statystyk i okienkach craftingu bywa po prostu toporna. Przeskakiwanie między dziesiątkami zakładek wymaga momentami zbyt wielu kliknięć i mało wygodnych kombinacji przycisków, co niepotrzebnie odciąga od samej rozgrywki.
Muzyczna tożsamość z nutą NieRa
Ogromną i niezwykle miłą niespodzianką w LumenTale jest warstwa audio, która nie bez powodu brzmi tak dobrze. W projekt zaangażowano bowiem Emi Evans, czyli wokalistkę, której przejmujący głos fani JRPG-ów natychmiast skojarzą z kultową ścieżką dźwiękową do serii NieR. Jej udział nadaje całości unikalnego, nieco mistycznego i melancholijnego sznytu, który idealnie rezonuje z wątkiem utraconych wspomnień Treya.

Za całą resztę instrumentalnego tła odpowiada trio kompozytorów: Tiziano Bellu, Giovanni Santolla oraz Lorenzo Varriano. Stworzyli oni ścieżkę dźwiękową, która idealnie rozumie swoje zadanie. Muzyka jest bogata i filmowa w kluczowych momentach opowieści, potęgując dramatyzm sytuacji, natomiast podczas swobodnej eksploracji staje się nienachalna, wręcz kojąca. Co niezwykle ważne w tym gatunku, motywy bitewne oraz melodie przygrywające podczas przemierzania dziczy nie nużą choćby po wielu godzinach ciągłego słuchania. To kawał rzetelnej, kompozytorskiej roboty, która udanie buduje unikalną tożsamość krainy Talea.
Podsumowując
LumenTale: Memories of Trey to fascynujący, przepiękny i niezwykle ambitny projekt, który miał szansę stać się nowym królem gatunku creature collector. Nowatorskie podejście do walki drużynowej, głęboka personalizacja statystyk i intrygująca, dojrzała fabuła to elementy, dla których warto dać temu tytułowi szansę. Twórcy co prawda nieco pogubili się w natłoku pobocznych systemów i muszą jeszcze doszlifować kod kilkoma łatkami, ale pod tą warstwą premierowego chaosu kryje się naprawdę genialny, wymagający JRPG, który potrafi przykuć do ekranu na długie godziny.
Jeżeli podobał wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Reddicie lub Fediverse.
Za dostarczenie gry do testów dziękujemy firmie Team 17.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.














