W programie trwającego właśnie 55. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Rotterdamie premierę miał nowy film Łukasza Rondudy, "Powiedz mi, co czujesz". Twórca "Wszystkich naszych strachów", które triumfowały w 2021 na festiwalu w Gdyni, kontynuuje zgłębianie granicy między światami kina a sztuki współczesnej. Tym razem zainspirował się życiem i twórczością młodych artystów Patryka Różyckiego i Karoliny Balcer, w których wcielili się Jan Sałasiński i Izabella Dudziak. "Powiedz mi, co czujesz" recenzuje dla nas Łukasz Mańkowski.
Lubię myśleć, iż Łukasz Ronduda konsekwentnie buduje własne, kameralne uniwersum superbohaterskie, zaludnione przez coraz bardziej barwne postaci z polskiego świata sztuki współczesnej. Tyle iż zamiast supermocy jego bohaterów definiuje superwrażliwość – krucha, intensywna, zamieniana w sztukę. Tym razem inspiracją dla nowego filmu Rondudy, z premierą na festiwalu w Rotterdamie, stał się życiorys Patryka Różyckiego. I adekwatnie nie ma większego znaczenia, czy znacie jego twórczość, czy ona z wami rezonuje – bo, zgodnie z tytułem, "Powiedz mi, co czujesz" traktuje artyzm jako punkt wyjścia do opowieści o czymś znacznie bardziej intymnym. Doczekaliśmy się takich czasów w polskim kinie, iż dostajemy ekranową emocjonalność bez nagromadzenia konfliktów – i to z taką czułością, iż aż chce się o tym wszystkim pisać.
Filmowy Patryk (Jan Sałasiński) jest wrażliwcem. Dla jego matki to jednak żaden atut – raczej powód do drwin. Szydzi z niego, iż jest artystą, a słowo to brzmi w jej ustach jak najcięższa z możliwych obelg. Ojciec ma na to wszystko jakby wylane; zajęty jest patrzeniem w oczy duchów z przeszłości. Tam, skąd pochodzą, artyzm oznacza bezużyteczność: nie prowadzi donikąd, a już na pewno nie pomaga utrzymać gospodarstwa. Artyści przecież zadają niewygodne pytania, drążą, wiercą dziurę w całym, podkradają cudze historie i tajemnice, by później przerobić je na własne, artystyczne kłamstewka. Gdy ojcu jest z tym obojętnie, matce Patryka jest z tym ewidentnie nie po drodze – nie będzie zatem osobą, która okaże matczyną czułość. Raczej uruchomi spiralę pogłębiającego się dystansu.
Rozdarty pomiędzy uprawą roli a przyjęciem roli artysty Patryk uparcie wybiera to drugie. Ze swojego uporu próbuje uczynić narzędzie do przepracowania trudnego dzieciństwa, a z traum – zasób artystyczny. Ucieka do Warszawy z nadzieją, iż uda mu się sprzedawać obrazy. Bez większych sukcesów: lombardy wolą dewocjonalia niż ładne widoczki. gwałtownie poznaje jednak Marię (Izabella Dudziak) – aspirującą artystkę z bogatego domu, która pracuje właśnie nad instalacją "Skup Łez", kolekcjonując opowieści zapisane w łzach przypadkowych przechodniów. Problem polega na tym, iż Patryk jest zbyt emocjonalnie poblokowany, by wydobyć z siebie choć jedną.
No i tak się będą docierać. On: niedostępny sad boy, który w seksie próbuje znaleźć ujście dla emocji. Ona: odważna, przejmująca inicjatywę zawsze wtedy, gdy natrafia na jego bezradność. W tle pobrzmiewa sztuka, która staje się dla nich językiem eksplorowania tego, co zamknięte w ciele. I tu szalenie ważna uwaga: łatwo o to, by te wszelkie artystyczne próby nie tyle zdominowały formę, ile zepchnęły film w rejony skrajnie niestrawnego, pretensjonalnego bełkotu. Rondudzie nie tylko udaje się tego uniknąć – bo w tę formułę potrafi tchnąć najczulszy z możliwych gestów. Z bliskości swoich bohaterów czyni powietrze dla swojego filmu; oddychamy ich kruchością, podatnością na zranienie, poczuciem humoru. Są dla siebie jak otwarte książki – z ciał wydrapują swoje rany, ucząc się swoich najciemniejszych miejsc.
Całą recenzję autorstwa Łukasza Mańkowskiego przeczytacie TUTAJ.
Do siedmiu razy sztuka (recenzja filmu "Powiedz mi, co czujesz", reż. Łukasz Ronduda)
Lubię myśleć, iż Łukasz Ronduda konsekwentnie buduje własne, kameralne uniwersum superbohaterskie, zaludnione przez coraz bardziej barwne postaci z polskiego świata sztuki współczesnej. Tyle iż zamiast supermocy jego bohaterów definiuje superwrażliwość – krucha, intensywna, zamieniana w sztukę. Tym razem inspiracją dla nowego filmu Rondudy, z premierą na festiwalu w Rotterdamie, stał się życiorys Patryka Różyckiego. I adekwatnie nie ma większego znaczenia, czy znacie jego twórczość, czy ona z wami rezonuje – bo, zgodnie z tytułem, "Powiedz mi, co czujesz" traktuje artyzm jako punkt wyjścia do opowieści o czymś znacznie bardziej intymnym. Doczekaliśmy się takich czasów w polskim kinie, iż dostajemy ekranową emocjonalność bez nagromadzenia konfliktów – i to z taką czułością, iż aż chce się o tym wszystkim pisać.
Filmowy Patryk (Jan Sałasiński) jest wrażliwcem. Dla jego matki to jednak żaden atut – raczej powód do drwin. Szydzi z niego, iż jest artystą, a słowo to brzmi w jej ustach jak najcięższa z możliwych obelg. Ojciec ma na to wszystko jakby wylane; zajęty jest patrzeniem w oczy duchów z przeszłości. Tam, skąd pochodzą, artyzm oznacza bezużyteczność: nie prowadzi donikąd, a już na pewno nie pomaga utrzymać gospodarstwa. Artyści przecież zadają niewygodne pytania, drążą, wiercą dziurę w całym, podkradają cudze historie i tajemnice, by później przerobić je na własne, artystyczne kłamstewka. Gdy ojcu jest z tym obojętnie, matce Patryka jest z tym ewidentnie nie po drodze – nie będzie zatem osobą, która okaże matczyną czułość. Raczej uruchomi spiralę pogłębiającego się dystansu.
Rozdarty pomiędzy uprawą roli a przyjęciem roli artysty Patryk uparcie wybiera to drugie. Ze swojego uporu próbuje uczynić narzędzie do przepracowania trudnego dzieciństwa, a z traum – zasób artystyczny. Ucieka do Warszawy z nadzieją, iż uda mu się sprzedawać obrazy. Bez większych sukcesów: lombardy wolą dewocjonalia niż ładne widoczki. gwałtownie poznaje jednak Marię (Izabella Dudziak) – aspirującą artystkę z bogatego domu, która pracuje właśnie nad instalacją "Skup Łez", kolekcjonując opowieści zapisane w łzach przypadkowych przechodniów. Problem polega na tym, iż Patryk jest zbyt emocjonalnie poblokowany, by wydobyć z siebie choć jedną.
No i tak się będą docierać. On: niedostępny sad boy, który w seksie próbuje znaleźć ujście dla emocji. Ona: odważna, przejmująca inicjatywę zawsze wtedy, gdy natrafia na jego bezradność. W tle pobrzmiewa sztuka, która staje się dla nich językiem eksplorowania tego, co zamknięte w ciele. I tu szalenie ważna uwaga: łatwo o to, by te wszelkie artystyczne próby nie tyle zdominowały formę, ile zepchnęły film w rejony skrajnie niestrawnego, pretensjonalnego bełkotu. Rondudzie nie tylko udaje się tego uniknąć – bo w tę formułę potrafi tchnąć najczulszy z możliwych gestów. Z bliskości swoich bohaterów czyni powietrze dla swojego filmu; oddychamy ich kruchością, podatnością na zranienie, poczuciem humoru. Są dla siebie jak otwarte książki – z ciał wydrapują swoje rany, ucząc się swoich najciemniejszych miejsc.
Całą recenzję autorstwa Łukasza Mańkowskiego przeczytacie TUTAJ.
"Wszystkie nasze strachy" – zwiastun









