Lucky Luke – recenzja serialu. Klasyczny western w komiksowym wydaniu

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Lucky Luke to najnowszy serial na Disney+, obok którego łatwo przejść obojętnie i który, mam wrażenie, wiele osób po prostu ignoruje. A to ogromna szkoda, bo produkcja łączy w sobie to, co w Lucky Luke’u najlepsze – komiksowy humor z idealnie oddanym klimatem westernów.

Przyznam, iż mimo mojej nieskrywanej miłości do przygód kowboja strzelającego szybciej od własnego cienia, nie wiedziałem, iż powstaje o nim nowy serial. Francuska produkcja przeszła w Polsce bez większego echa, nad czym ubolewam, bo, jak się okazuje, nowy, aktorski Lucky Luke to naprawdę udana ekranizacja komiksów Morrisa i Goscinnego.

Dużym zaskoczeniem okazał się dobór aktora do roli Luke’a. Alban Lenoir wciela się w rewolwerowca o wiele starszego od tego znanego nam z komiksów. Tam widzimy samotnego kowboja pełnego młodzieńczej werwy. Serial natomiast prezentuje człowieka, który przeżył już swoje i którego kilka jest w stanie zaskoczyć. Tak przynajmniej mu się wydaje, do czasu, aż na jego drodze pojawia się młoda dziewczyna – Louise Willow (w tej roli Billie Blain). Jej nagłe przybycie do miasteczka i prośba o odnalezienie zaginionej matki całkowicie wywracają świat Luke’a do góry nogami.

Jednym z największych atutów serialu jest jego osadzenie w czasie. Postawienie na nieznaną czytelnikom przyszłość okazało się bardzo dobrym ruchem. Dodatkowo problem, z którym musi zmierzyć się starszy Lucky Luke, w porównaniu ze znanymi historiami jest pomysłem świeżym i trafionym. Na plus zasługuje również sposób prowadzenia opowieści. Serial nie skupia się wyłącznie na jednej historii ciągniętej przez cały sezon. Zamiast tego pozwala jej czasem zejść na dalszy plan, ustępując miejsca mniejszym historiom. Dzięki temu Lucky Luke zachowuje dynamikę. Jednocześnie nie zapomina o głównej osi fabularnej, do której regularnie wraca, rozwijając ją z odcinka na odcinek.

Mówiąc o dynamice, grzechem byłoby nie wspomnieć o świetnym humorze, czerpiącym inspirację z komiksów. Żarty sytuacyjne, a choćby dźwięki i zachowania bohaterów często są niepoważne i pozornie niepasujące do realistycznego świata. I właśnie w tym tkwi ich siła. Lucky Luke ma taki być. Miasteczko o nazwie MafiaTown, rządzone przez mafioza, czy scena, w której Luke postrzeliwuje czterech bandytów przez wąską szparę w drzwiach, dla widzów szukających poważnego kina mogą wydać się absurdalne. Jednak dla fanów komiksów, lub osób ceniących sobie artystyczne zacięcie, będą one jednymi z największych atutów serialu.

fot. materiały promocyjne

Aktorsko jest naprawdę solidnie. Alban Lenoir w roli głównej bardzo dobrze oddaje charakter Lucky Luke’a. Potrafi być poważny, ale gdy sytuacja tego wymaga, pozwala sobie na więcej luzu, pokazując mniej oczywiste cechy bohatera. Billie Blain wypada równie dobrze. Jej Louise Willow to urocza młoda kobieta z miasta, która nie do końca odnajduje się w realiach Dzikiego Zachodu. Zagubiona i niepewna, próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. By to osiągnąć, czerpie inspirację z książek o przygodach Calamity Jane (w tej roli Camille Chamoux). To ciekawie napisana postać, a śledzenie jej losów sprawia dużo przyjemności.

Na duży plus zasługuje również gościnny występ Daltonów – nieodzownego elementu świata Lucky Luke’a. Jérôme Niel jako Joe Dalton to postać nietuzinkowa. Z jednej strony mamy tu samozwańczego przywódcę bandy, z drugiej jego interpretacja znacząco odbiega od komiksowego pierwowzoru. Sytuacja, w której się znajduje, zmienia go w bohatera odmiennego od tego, którego znają fani. Niel momentami wypada bardzo dobrze. Widać to szczególnie w scenach emocjonalnych, jednak przez większość czasu jego Joe Dalton sprawia wrażenie jedynie cienia oryginału.

fot. materiały promocyjne

Lucky Luke nie jest pozbawiony wad, ale zdecydowanie trudno nazwać go słabym. Na uwagę zasługują świetna muzyka i dynamiczny montaż. Historia autorstwa Mathieu Leblanca i Thomasa Mansuy została napisana w sposób, który nie pozwala się nudzić. Każdy odcinek przynosi nową opowieść, a wszystkie prowadzą do wspólnego, zaskakującego finału. Reżyser Benjamin Rocher postawił na klasyczny western w nowoczesnym, komiksowym wydaniu i w dużej mierze ten pomysł się sprawdził.

Mimo kilku niedociągnięć efekt końcowy jest naprawdę dobry. Każdy odcinek utrzymuje klimat dawnych westernów, a humor i fabuła doskonale wpisują się w świat Lucky Luke’a. To serial, który zdecydowanie nie powinien przejść bez echa. Widać w nim ogrom serca i pomysłowości w opowiadaniu prostej historii w efektowny sposób.


fot. główna: grafika własna

Idź do oryginalnego materiału