Jagoda. Świat wewnątrz.
Urodziłam się w prostym, ciepłym i niesamowicie cichym domu. Było nas czworo: dwaj starsi bracia, siostra i ja najmłodsza. Zawsze miałam wiele przydomków: Jadzia, Jadziaś, Jadziaśka, a tata miał dla mnie jedyne, wyjątkowe imię Łelka. wymawiał je, jakby kołysał mnie na miękkich falach, jakby w tym dźwięku kryła się letnia, domowa przytulność. Uwielbiałam ten szept i nalegałam, by wszyscy nazywali mnie tak, jak nazywa mnie tata.
Rodzice byli zwykłymi ludźmi ale to zwykłość czyni świat pięknym. Mama sprzedawała warzywa na targu, tata był złomiarzem w warszawskim zakładzie samochodowym. Żyli skromnie, ale spokojnie, w ciszy, w której nie słychać było głośnych słów, a jedynie trwałe, niezawodne, milczące ciepło.
Tata wracał do domu pachnąc olejem silnikowym, wiatrem i szutrem drogowym. Zawsze miał przy sobie torby: słoiki z kiszonkami od sąsiada, który nie miał gotówki; worki z ziemniakami; arbuzy, które potrafił wciągnąć w najmniej oczekiwany moment. Nie umiał przejść obok czyjejś prośby.
Wydatkami zajmowała się mama. To był jej mały świat: porządek, rachunki, staranność. Nie wydawała nadmiaru, ale jeżeli chodziło o książki, zajęcia, kursy płaciła bez wahania. Na sobie i na tacie oszczędzała, na nas nie.
Każdego piątku, jak rytuał, siadała przed starym telewizorem, wyciągała pudełko z nitkami i zaczynała przyszyć. Mama leczyła nasze ubrania tak cierpliwie, jak leczyła nas spokojem i uwagą. Była łagodna, lekko pulchna, z gęstymi, pięknymi włosami splecionymi w ciasny kok. Nigdy nie słyszałam, by kłóciła się z tatą. Rozmawiali godzinami, cicho, spokojnie, jakby w ich dwójkę wpleciony był własny, niepowtarzalny świat, zrozumiały tylko im.
Tata mówił krótko:
No co, dzieciaki, wszystko gra?
I zawsze poklepywał nas po głowie, po kolei. Ja byłam podnoszona na ręce i rzucana w powietrze, tak iż na chwilę widziałam wszystko z góry, jakby leciała. To były moje ulubione chwile. Czułam, iż nasza rodzina jest idealna, jak z książek, w której wszystko jest na swoim miejscu.
W szkole byłam inna: hałaśliwa, jaskrawa, emocjonalna. Wiersze przychodziły mi łatwo, teksty jeszcze łatwiej. Już w piątej klasie wiedziałam, iż chcę stać na scenie, marzyłam o teatrze. Kiedy powiedziałam to mamie, prawie rozlała herbatę na obrus. Tata roześmiał się:
Co, Łelko? Spróbujmy.
Poszła więc moja własna droga uczyłam się, występowałam, pracowałam przy przyjęciach, pisałam teksty, życzenia, małe scenki Pewnego dnia postanowiłam napisać książkę małą, prostą opowieść o dziewczynce, która szukała siebie.
Do samego końca wahałam się, czy w ogóle pozwolić komuś przeczytać ten rękopis. Pisałam ją w nocnych kątach, pomiędzy obowiązkami. Było to zbyt osobiste, zbyt nieksiążkowe. Pokazałam ją jednej przyjaciółce. Kiedy przeczytała, nagle powiedziała:
Chcę podarować egzemplarz twojej książki każdej kobiecie, która przyjdzie na moje urodziny
Zaskoczona, spytałam:
Jaka książka? O co ci chodzi? To tylko notatki
Przyjaciółka odchyliła głowę, uśmiechnęła się i odpowiedziała:
Łelko, od lat dajesz mi przyjaźń, wkładając w nią duszę. W tym roku chcę podarować wszystkim twoją książkę. To będzie mój sposób podziękowania. Mogę sobie na to pozwolić.
Te słowa wprowadziły mnie w zamęt. Dwa dni krążyłam w myślach, iż to nie w porządku, iż to niepoważne. Ale przyjaciółka już wszystko załatwiła: znalazła składnika, podarowała kontakt do drukarni, nalegała:
Niech wyjdzie na świat. Wszyscy ją pokochają, zobaczysz.
I tak się stało. Książka natychmiast wzbiła się w górę, bo była szczera, żywa, bez sztucznych ozdobników. Ludzie rozpoznawali w niej siebie, swoje lęki i nadzieje, prawdę, której wielu się boi wypowiadać głośno. Książka rozeszła się po Polsce, zamawiano ją jako prezent.
Potem poszłam dalej chciałam napisać coś prawdziwego, głębokiego. O rodzinie. O korzeniach. O tych, dzięki którym istnieję.
To właśnie to postanowienie otworzyło drzwi do czegoś, na co nie byłam gotowa.
Musiałam porozmawiać z rodzicami, dowiedzieć się czegoś z ich przeszłości, dat, historii. Zadzwoniłam do mamy. Odpowiedziała dziwnie, z przerwami.
Taty nie ma, rzekła. Wyjechał no w sprawach.
Byłam zaskoczona zwykle mama wiedziała, gdzie jest tata. Zadzwoniłam do taty odebrał od razu, pogodny:
Cześć, Łelko! Jestem u babci. Naprawiam płot.
Dlaczego mama tego nie powiedziała?
Już w drodze poczułam, iż w jej głosie była nie tylko przerwa. Było w nim coś więcej. Gdy weszłam do domu, mama stała w kuchni. Zobaczywszy mnie, cicho rzekła:
Rozstaliśmy się z tatą tak bywa
Tata i mama ci, których trzymałam w sercu jako ideały. Nie mogłam oddychać, nie mogłam myśleć. Bracia i siostra wiedzieli już dawno, ale nie mówili mi, bo właśnie urodziłam dziecko. Chcieliśmy cię chronić
Chronić? Przed własną rodziną? Pojechałam do taty żądałam wyjaśnień. Milczał, patrzył w podłogę. Mama też nie mówiła. Pewnego razu, pierwszy raz w życiu, wybuchła:
Skąd wzięłaś, iż żyliśmy szczęśliwie, Łelko? Byłaś mała nie widziałaś, nie rozumiałaś. Tygodniami nie rozmawialiśmy. On nie potrafi kochać. Nigdy nie umiał.
Mamo, po co to mówisz
Sam mi to powiedział.
Czułam, jak coś we mnie pęka. Przestałam odbierać tatowy telefon, przestałam myśleć o książce, przestałam być sobą.
Kiedy przyjaciółka zaproponowała wyjazd do Indii, najpierw nie uwierzyłam:
Naprawdę? Teraz? Nie mogę
Wieczorem, opowiadając mężowi o rozmowie, wysłuchał mnie, uśmiechnął się i spokojnie rzekł:
Jedź. Potrzebujesz tej podróży.
Chciałam się sprzeciwić, ale on przerwał łagodnie i stanowczo:
Łelko, jedź. Damy radę.
I pojechałam.
Retreat prowadziła niezwykła kobieta Jaya Szanti. Prosiła, by tak ją nazywać. Jej duchowy nauczyciel nadał jej to imię podczas długiej praktyki w aszramie. Jaya zwycięstwo, Szanti pokój. Zwyciężająca pokój, by go odnaleźć.
Była jasna nie naiwną, a naprawdę przejrzystą. Nigdy nie mówiła nie. To nie była poddaństwo, a przyjęcie. Jedziemy do świątyni Karni Mata, zwanej świątynią szczurów, bo mieszka tam setki świętych szczurów dusz przodków. Karmiły je, czciły. My, dziewczęta, drżałyśmy. Jaya klęczała i podawała im ziarno z dłoni, szepcząc:
Życie nie przychodzi zawsze w takiej postaci, jaką znamy. Ale życie jest wszędzie.
Cieszyła się słońcem, każdym liściem, każdą trawką, cieniem palm, nierówną linią chmur Żyła tu i teraz nie jako slogan, ale jako oddech.
Jej proste zdania przesuwały coś w środku.
Wieczorem wracaliśmy z medytacji. Zachód był gęsty, wilgotny, jakby słońce roztopiło się na horyzoncie. Jaya zaproponowała ciszę na dachu aszramu. Wszyscy poszli do pokoi, a ja zgodziłam się. Patrząc na zachód, w środku miałam nie smutek, nie samotność.
Jaya siedziała obok, patrząc w dal. Nie zadawała pytań. Po prostu była, bym poczuła jej obecność. Gdy mocno wydychłam, odwróciła się do mnie.
W twojej ciszy jest napięcie, Łelko rzekła. Siedzisz cicho, ale w tobie wiatr.
Uśmiechnęłam się:
Zawsze tak jestem. Dużo myślę.
Nie, powiedziała łagodnie. Dziś nie myślisz. Dziś się ukrywasz.
Spojrzała na mnie spokojnie, bez presji i dodała:
Czasem człowiek milczy nie dlatego, iż nie chce mówić ale dlatego, iż boi się usłyszeć własną prawdę.
Mnie przeszyło. Odwróciłam się, nie chcąc, by zobaczyła drżące wargi. Ale ona kontynuowała, jakby czytała moje myśli:
Gdy kobieta chowa prawdę, najpierw chowa ją przed sobą. A serce serce zawsze wie. Teraz jest w tobie niepokojące. Jak pisklę, które szuka schronienia.
I dopiero wtedy nie wcześniej zadała pytanie:
Skąd to pisklę, Łelko? Skąd ten niepokój?
Pauza. Spojrzała mi prosto w serce, nie w oczy. To była prawdziwa Jaya. Nie pytała wprost. Widziała. Prowadziła do prawdy nie pytaniami, a swoją obecnością.
Opowiedziałam jej wszystko. Absolutnie wszystko. Słuchała długo, potem powiedziała:
Bardzo kochasz swoich rodziców i chcesz ich uratować od rozstania. Ale zapominasz: dzieci nie ratują rodziców. Dzieci kochają. I odpuszczają. A ty wzięłaś na siebie ich ciężar. To nie twój ciężar, Łelko. Nie możesz trzymać ich razem. Nie powinnaś.
Płakałam. Ona pogłaskała moją dłoń i rzekła:
Jesteś córką. Nie sędzią. Nie mediátorem. Nie terapeutą. Córką. To najważniejsze. Odzyskaj to miejsce a życie stanie się lżejsze.
Po raz pierwszy od dawna naprawdę odetchnęłam.
Kiedy wróciłam do domu, pierwsze co zrobiłam zadzwoniłam do taty.
Tato powiedziałam wybacz mi, proszę. Kocham cię. Słyszysz? Kocham.
Cisza. Potem jego szloch.
Czekałem Łelko tak czekałem na twój telefon
Wieczorem pojechałam do mamy. Siedzieliśmy w kuchni, a mama nagle stała się taka, jaka była kiedyś: jasna, lekko zażenowana, trochę zabawna. Rozmawialiśmy do nocy. Po raz pierwszy zobaczyłam, iż nie jest tylko mamą. Jest kobietą. Ze swoim losem, bólem, decyzjami. Ze swoją wolnością.
Kilka dni później otworzyłam laptop i zaczęłam pisać nową książkę. Inna. Prawdziwa. Nie o idealnej rodzinie, a o żywej. O miłości, która przybiera różne formy. O drodze, która jest po prostu drogą. O pamięci. O przyjęciu. O tym, iż światło nie jest tam, gdzie wszystko jest prawidłowe ale tam, gdzie wszystko jest szczere.
Wiedziałam: tym razem napiszę ją nie jako dziewczynka, a jako kobieta. Jako Łelko, która odnalazła swój świat wewnątrz.
