"Spider-Man: No Way Home" w reżyserii Jona Wattsa to trzeci z rzędu film o sympatycznym pająku tego reżysera i każdy kolejny film jest coraz lepszy. Film wśród fanów zbudował sobie ogromne oczekiwania, ale czy im sprostał? Czy film dobrze wyjaśnił wątki Spider-Manów poprzednich odtwórców tej roli? Czy "Spider-Man: No Way Home" był filmem idealnym?
Siłą tego filmu jest nostalgia nas wszystkich, wychowanych na Spider-Manie Tobey'ego Maguire’a czy Andrew Garfielda, ale także na komiksach, kreskówkach oraz memach. Spider-Man pojawiał się naszym życiu od zawsze. Nosiliśmy go na piżamach, koszulkach, plecakach, czapkach, kąpielówkach. To superbohater, którego wszyscy znali świetnie, na długo zanim usłyszeli o Kapitanie Ameryce, Iron Manie, Wonder Woman, Thorze, czy Czarnej Panterze. Siłą tego, jak również wielu filmów są nawiązania, ester eggi, czyli właśnie nostalgia, ujrzenie w filmie, czegoś znajomego z naszych dawnych lat bądź po prostu uwielbianych filmów, elementów popkultury.
Myślę, iż nie ma sensu rozpisywać się na temat efektów, ruchów kamery, aspektów wizualnych, bo Marvel jak zawsze w tych kwestiach stawia poprzeczkę bardzo wysoko, w czym zresztą nie mają problemów, dzięki ogromnym pieniądzom wydawanym na produkcje. Nie ma tutaj choćby sekundy obrazu, który może nas zawieść. Napiszę więcej - sceny są wzorcowe. Sceny dramatyczne, te w których akcja nie jest skupiona na wielkiej walce, wybuchach, ale po prostu na rozmowie są niewiarygodnie smaczne wizualnie. Natomiast sceny akcji zaskakują, jak m.in. ta, gdzie kamera wygląda, jakby była statywem przyklejona do Spider-Mana Toma Hollanda. Mam wrażenie, iż jest to nawiązanie do jakiegoś filmu, tylko trudno mi pobudzić swoją pamięć, do otwarcia szufladki z odpowiednim tytułem. Jednak, skoro jesteśmy przy nawiązaniach to warto napisać o scenie, kiedy postać grana przez ZendayaZendayę spada, niczym Gwen Stacy w filmie o Spider-Manie, gdzie tytułową rolę grał Andrew Garfield. W ów tytule bohaterowi nie udało się uratować swojej dziewczyny, więc w Spider-Man: No Way Home zrobił wszystko, by oszczędzić cierpienia młodemu pająkowi granemu przez Toma Hollanda. Doskonale wie, jak bolała go strata ukochanej, której nie zdołał uratować.
Zapewne wszyscy świetnie pamiętamy scenę Tobey’a Maguire z filmu Spider-Man, kiedy to Zielony Goblin ginie od ostrza własnej deski, bądź pamiętamy nienawiść, jaka budziła się w tamtym Spider-Manie szukającym zemsty za śmierć wuja. Nasze wspomnienia są tutaj odkopane w momencie, kiedy Spider-Man Toma Hollanda pełny nienawiści pragnie zabić Zielonego Goblina, jest bliski przebicia go ostrzem własnej deski, ale powstrzymuje go właśnie Peter Parker grany przez Tobey’ego. Cudownie patrzy się, jak Andrew i Tobey “ojcują” nastoletniemu Peterowi granemu przez Toma. Chcą ustrzec go od błędów, które sami popełnili i odkupić swoje winy, które doświadczyli w swoim świecie, a my jako widzowie mogliśmy ujrzeć je w ich solowych filmach.
Natomiast minusy filmu możemy ujrzeć w kilku postaciach. Mam wrażenie, iż został zmarnowany potencjał Willem’a Dafoe. Jego Zielony Goblin był marną namiastką tego, którego znamy z solowego filmu z Tobey’m. Plusami tej postaci jest Norman Osborn, który pragnie nie być zły, który walczy i chce pomóc Peterowi, i nie dać się pochłonąć Zielonemu Goblinowi. Willem Dafoe zagrał rolę świetnie i to nie podchodzi dyskusji, tylko, iż wciąż nie był to ten sam Zielony Goblin ze Spider-Mana.
Myślę, iż to jest odpowiedni moment, by przyznać się, iż byłem w kinie na seansie z dubbingiem. Mam wrażenie, iż to mogło popsuć mój odbiór postaci Spider-Mana granego przez Tobey’ego Maguire’a. Dosyć przejrzystym faktem jest, iż to Tom Holland miał dalej grać tu absolutnie główne skrzypce i tak właśnie było, a reszta Spider-Manów dała to, czego oczekiwaliśmy. Nie przemówiła do mnie na początku postać Tobey’ego, ale każda kolejna minuta na ekranie przekonywała mnie do niego coraz bardziej. Film zrobił to, czego oczekiwaliśmy od niego, czyli wyjaśnił, co dalej działo się z innymi uwielbianymi przez nas Peterami Parkerami, jak się ułożyło ich życie.
Kolejną postacią na minus jest Electro, który co prawda jest mniej nijaką postacią, niż Electro w Niesamowity Spider-Man 2, ale wciąż jest trochę nijaką postacią. Jedną z ważniejszych rzeczy, jakie w nim zmieniono jest wygląd, który jest dużo bliższy temu komiksowemu. Mniej czasu ekranowego natomiast dostał Sandman, którego rolę trudno mi ocenić, bo wydaje się mało inteligentną postacią, która myśli bardzo zero jedynkowo. Jednakże dostał tak mało czasu w ekranie, iż nie należy oceniać tej roli ani na minus, ani na plus.
Natomiast postacią, która zasługuje na uznanie jest Doktor Octopus. Słowa: “Hello Peter” nie wybrzmiały tak dobrze, jak w zwiastunie, ale całą winę zrzucam na dubbing. “Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność” i tak samo z wielkimi oczekiwaniami wiąże się wielka odpowiedzialność. Nikt nie oczekiwał, iż Electro będzie świetnie wykreowaną postacią, bo nigdy na ekranie taką nie był, jednak wszyscy marzyli o świetnie wykreowanej postaci Doktora Octopusa i twórcy poradzili sobie z tym bardzo dobrze.
Ważną postacią jest również Ned – przyjaciel Petera Parkera (Tom’a Holland’a). Jest to element komediowy, który świetnie koreluje z całością i jest użyty w odpowiedniej proporcji.
Produkcje w bardzo logiczną całość spaja Doktor Strange. Rozpoczyna całą akcje swoim zaklęciem, by powrócić w końcówce filmu i zamknąć ją kolejnym zaklęciem.
Jedną z lepszych rzeczy było przypomnienie nam o nastolatkach i ich idealizowaniu. J. Petera-Meyer Petera Tom’a Hollanda sprzeciwia się Doktorowi Strange’owi w kwestii losu złoczyńców z innych światów. Peter chce pomóc im się zmienić, wierzy, iż nie trzeba ich skazywać na stracony los i jest dla nich nadzieja. Nadzieja, o której często dorośli zapominają. Jednocześnie nastoletni pająk na przestrzeni całego filmy dorasta, staje się prawdziwym Spider-Manem, który jest niezależny, który nie potrzebuje technologii, by pomagać potrzebującym. Peterem Parkerem, który przestaje być marionetką niemogącą zrobić nic sam z siebie. Staje się klasycznym pająkiem, jakiego znamy z komiksów. Co odbiera cukierkowość tej postaci jest również pytanie, które zostaje zadane cioci May à propos tego, jak odpowiedzialny dorosły człowiek, który ma opiekować się dzieckiem, dbać o jego dobro może pozwolić, by dzieciak narażał swoje życie. Mając na uwadze, jak łatwo ciocia May przyjęła do wiadomości, iż Peter jest Spider-Manem i pozwalała mu to robić, każe nam mocno zastanowić się nad tym pytaniem.
Wśród wielu nawiązań jest zakończenie filmu, które na myśl przynosi mi Parnassus. Zakończenia filmów są bardzo podobne. W tej konkretnie scenie filmu Parnassus istotną rolę gra Andrew Garfield, który w Niesamowitym Spider-Manie oraz recenzowanym filmie grał Spider-Mana. Scena w Spider-Man: No Way Home wizualnie i dialogowo jest zupełnie odmienna, ale przekaz oraz głębia odczuć tytułowego bohatera ukazana na ekranie jest wręcz idealnie taka sama. Poświęcenie swojego dobra dla spokoju i dobra innych. Jest podstawą bycia superbohaterem, herosem.
Odpowiadając na pytania z początku recenzji - film bynajmniej nie jest idealny. Dzieło jednak musi mieć coś więcej w sobie by być 10/10. Filmem idealnym w mojej opinii jest Joker. Film nie może być idealny, ponieważ mimo iż dwoi się i troi to próba połączenia filmu dla widzów dorosłych z nostalgią z filmem dla dzieciaków jest na tyle wymagającym zadaniem, iż niewiarygodnie ciężko stworzyć film absolutnie idealny. Jednakże mimo nielicznych wad w przeciwieństwem do Suicide Squad, film w 100% sprostał oczekiwaniom widzów. Był filmem kompletnym. Faktem jest, iż jest to film rewelacyjny. Film, który mam ochotę obejrzeć jeszcze raz, mimo iż jestem świeżo po seansie.Spider-Man: No Way Home jest listem miłosnym do fanów, jak również do nadziei. Do tej nastoletniej, naiwnej, jak i do tej zupełnie dorosłej, którą film próbują w nas ponownie pobudzić lub pielęgnować w nas.
Siłą tego filmu jest nostalgia nas wszystkich, wychowanych na Spider-Manie Tobey'ego Maguire’a czy Andrew Garfielda, ale także na komiksach, kreskówkach oraz memach. Spider-Man pojawiał się naszym życiu od zawsze. Nosiliśmy go na piżamach, koszulkach, plecakach, czapkach, kąpielówkach. To superbohater, którego wszyscy znali świetnie, na długo zanim usłyszeli o Kapitanie Ameryce, Iron Manie, Wonder Woman, Thorze, czy Czarnej Panterze. Siłą tego, jak również wielu filmów są nawiązania, ester eggi, czyli właśnie nostalgia, ujrzenie w filmie, czegoś znajomego z naszych dawnych lat bądź po prostu uwielbianych filmów, elementów popkultury.
Myślę, iż nie ma sensu rozpisywać się na temat efektów, ruchów kamery, aspektów wizualnych, bo Marvel jak zawsze w tych kwestiach stawia poprzeczkę bardzo wysoko, w czym zresztą nie mają problemów, dzięki ogromnym pieniądzom wydawanym na produkcje. Nie ma tutaj choćby sekundy obrazu, który może nas zawieść. Napiszę więcej - sceny są wzorcowe. Sceny dramatyczne, te w których akcja nie jest skupiona na wielkiej walce, wybuchach, ale po prostu na rozmowie są niewiarygodnie smaczne wizualnie. Natomiast sceny akcji zaskakują, jak m.in. ta, gdzie kamera wygląda, jakby była statywem przyklejona do Spider-Mana Toma Hollanda. Mam wrażenie, iż jest to nawiązanie do jakiegoś filmu, tylko trudno mi pobudzić swoją pamięć, do otwarcia szufladki z odpowiednim tytułem. Jednak, skoro jesteśmy przy nawiązaniach to warto napisać o scenie, kiedy postać grana przez ZendayaZendayę spada, niczym Gwen Stacy w filmie o Spider-Manie, gdzie tytułową rolę grał Andrew Garfield. W ów tytule bohaterowi nie udało się uratować swojej dziewczyny, więc w Spider-Man: No Way Home zrobił wszystko, by oszczędzić cierpienia młodemu pająkowi granemu przez Toma Hollanda. Doskonale wie, jak bolała go strata ukochanej, której nie zdołał uratować.
Zapewne wszyscy świetnie pamiętamy scenę Tobey’a Maguire z filmu Spider-Man, kiedy to Zielony Goblin ginie od ostrza własnej deski, bądź pamiętamy nienawiść, jaka budziła się w tamtym Spider-Manie szukającym zemsty za śmierć wuja. Nasze wspomnienia są tutaj odkopane w momencie, kiedy Spider-Man Toma Hollanda pełny nienawiści pragnie zabić Zielonego Goblina, jest bliski przebicia go ostrzem własnej deski, ale powstrzymuje go właśnie Peter Parker grany przez Tobey’ego. Cudownie patrzy się, jak Andrew i Tobey “ojcują” nastoletniemu Peterowi granemu przez Toma. Chcą ustrzec go od błędów, które sami popełnili i odkupić swoje winy, które doświadczyli w swoim świecie, a my jako widzowie mogliśmy ujrzeć je w ich solowych filmach.
Natomiast minusy filmu możemy ujrzeć w kilku postaciach. Mam wrażenie, iż został zmarnowany potencjał Willem’a Dafoe. Jego Zielony Goblin był marną namiastką tego, którego znamy z solowego filmu z Tobey’m. Plusami tej postaci jest Norman Osborn, który pragnie nie być zły, który walczy i chce pomóc Peterowi, i nie dać się pochłonąć Zielonemu Goblinowi. Willem Dafoe zagrał rolę świetnie i to nie podchodzi dyskusji, tylko, iż wciąż nie był to ten sam Zielony Goblin ze Spider-Mana.
Myślę, iż to jest odpowiedni moment, by przyznać się, iż byłem w kinie na seansie z dubbingiem. Mam wrażenie, iż to mogło popsuć mój odbiór postaci Spider-Mana granego przez Tobey’ego Maguire’a. Dosyć przejrzystym faktem jest, iż to Tom Holland miał dalej grać tu absolutnie główne skrzypce i tak właśnie było, a reszta Spider-Manów dała to, czego oczekiwaliśmy. Nie przemówiła do mnie na początku postać Tobey’ego, ale każda kolejna minuta na ekranie przekonywała mnie do niego coraz bardziej. Film zrobił to, czego oczekiwaliśmy od niego, czyli wyjaśnił, co dalej działo się z innymi uwielbianymi przez nas Peterami Parkerami, jak się ułożyło ich życie.
Kolejną postacią na minus jest Electro, który co prawda jest mniej nijaką postacią, niż Electro w Niesamowity Spider-Man 2, ale wciąż jest trochę nijaką postacią. Jedną z ważniejszych rzeczy, jakie w nim zmieniono jest wygląd, który jest dużo bliższy temu komiksowemu. Mniej czasu ekranowego natomiast dostał Sandman, którego rolę trudno mi ocenić, bo wydaje się mało inteligentną postacią, która myśli bardzo zero jedynkowo. Jednakże dostał tak mało czasu w ekranie, iż nie należy oceniać tej roli ani na minus, ani na plus.
Natomiast postacią, która zasługuje na uznanie jest Doktor Octopus. Słowa: “Hello Peter” nie wybrzmiały tak dobrze, jak w zwiastunie, ale całą winę zrzucam na dubbing. “Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność” i tak samo z wielkimi oczekiwaniami wiąże się wielka odpowiedzialność. Nikt nie oczekiwał, iż Electro będzie świetnie wykreowaną postacią, bo nigdy na ekranie taką nie był, jednak wszyscy marzyli o świetnie wykreowanej postaci Doktora Octopusa i twórcy poradzili sobie z tym bardzo dobrze.
Ważną postacią jest również Ned – przyjaciel Petera Parkera (Tom’a Holland’a). Jest to element komediowy, który świetnie koreluje z całością i jest użyty w odpowiedniej proporcji.
Produkcje w bardzo logiczną całość spaja Doktor Strange. Rozpoczyna całą akcje swoim zaklęciem, by powrócić w końcówce filmu i zamknąć ją kolejnym zaklęciem.
Jedną z lepszych rzeczy było przypomnienie nam o nastolatkach i ich idealizowaniu. J. Petera-Meyer Petera Tom’a Hollanda sprzeciwia się Doktorowi Strange’owi w kwestii losu złoczyńców z innych światów. Peter chce pomóc im się zmienić, wierzy, iż nie trzeba ich skazywać na stracony los i jest dla nich nadzieja. Nadzieja, o której często dorośli zapominają. Jednocześnie nastoletni pająk na przestrzeni całego filmy dorasta, staje się prawdziwym Spider-Manem, który jest niezależny, który nie potrzebuje technologii, by pomagać potrzebującym. Peterem Parkerem, który przestaje być marionetką niemogącą zrobić nic sam z siebie. Staje się klasycznym pająkiem, jakiego znamy z komiksów. Co odbiera cukierkowość tej postaci jest również pytanie, które zostaje zadane cioci May à propos tego, jak odpowiedzialny dorosły człowiek, który ma opiekować się dzieckiem, dbać o jego dobro może pozwolić, by dzieciak narażał swoje życie. Mając na uwadze, jak łatwo ciocia May przyjęła do wiadomości, iż Peter jest Spider-Manem i pozwalała mu to robić, każe nam mocno zastanowić się nad tym pytaniem.
Wśród wielu nawiązań jest zakończenie filmu, które na myśl przynosi mi Parnassus. Zakończenia filmów są bardzo podobne. W tej konkretnie scenie filmu Parnassus istotną rolę gra Andrew Garfield, który w Niesamowitym Spider-Manie oraz recenzowanym filmie grał Spider-Mana. Scena w Spider-Man: No Way Home wizualnie i dialogowo jest zupełnie odmienna, ale przekaz oraz głębia odczuć tytułowego bohatera ukazana na ekranie jest wręcz idealnie taka sama. Poświęcenie swojego dobra dla spokoju i dobra innych. Jest podstawą bycia superbohaterem, herosem.
Odpowiadając na pytania z początku recenzji - film bynajmniej nie jest idealny. Dzieło jednak musi mieć coś więcej w sobie by być 10/10. Filmem idealnym w mojej opinii jest Joker. Film nie może być idealny, ponieważ mimo iż dwoi się i troi to próba połączenia filmu dla widzów dorosłych z nostalgią z filmem dla dzieciaków jest na tyle wymagającym zadaniem, iż niewiarygodnie ciężko stworzyć film absolutnie idealny. Jednakże mimo nielicznych wad w przeciwieństwem do Suicide Squad, film w 100% sprostał oczekiwaniom widzów. Był filmem kompletnym. Faktem jest, iż jest to film rewelacyjny. Film, który mam ochotę obejrzeć jeszcze raz, mimo iż jestem świeżo po seansie.Spider-Man: No Way Home jest listem miłosnym do fanów, jak również do nadziei. Do tej nastoletniej, naiwnej, jak i do tej zupełnie dorosłej, którą film próbują w nas ponownie pobudzić lub pielęgnować w nas.















