Lilo i Stitch to kolejna pozycja z serii Klasyczne baśnie Disneya w komiksie. Dla fanów niebieskiego stworka to pozycja obowiązkowa, ale czy da się tak energiczną animację przenieść na strony komiksu?
Lilo i Stitch to jedna z animacji Disneya, której adekwatnie nie trzeba już nikomu przedstawiać. Nic więc dziwnego, iż w serii Klasyczne baśnie Disneya znalazło się miejsce i dla tej historii. Podeszłam do wydania bez zbędnych oczekiwań – w zaledwie 64. stronach z rysunkami ciężko będzie uchwycić cały „feler Stitcha” (wink, wink). Jak się spodziewałam, opowieść została dość mocno skrócona. Ogólny zarys pozostał, ale mam wrażenie, iż dla kogoś kto nie zna animacji, to nasz sympatyczny niebieski kosmita wyda się grzeczniejszy niż był w pierwowzorze.
Właściwie to mój jedyny zarzut do komiksu Lilo i Stitch. Na potrzeby zmieszczenia historii w tym formacie, zostały powycinane prawie wszystkie sceny, w których obiekt 626 jest po prostu sobą. Znany każdemu zlepek montażowy z animacji, gdzie Stitch sieje zamęt na małej wyspie w rytm muzyki Elvisa Presleya, został ograniczony do zaledwie kilku przykładów. A szkoda, bo do wniosku, iż zachowanie zwierzaka jest niewłaściwie, dochodzimy tak naprawdę przez to, iż bohaterowie często o tym mówią, ale nie ma to za bardzo odzwierciedlenia w rysunkach.
W komiksie zdecydowano się na cytowanie wielu tekstów, które padły w animacji. Dzięki temu podczas czytania słyszałam w głowie głosy z polskiego dubbingu. Jako ciekawostkę mogę dodać, iż w filmie Stitch używa wulgarnego sformułowania na samym początku, kiedy jest sądzony przez Galaktyczną Federację. Pada wówczas fraza w języku Tantalog: Meega, nala kweesta!. Wielu fanów uważało, iż oznacza to coś w stylu: I will destroy you. Jednak twórca postaci Chris Sanders wyjaśnił, iż fraza jest zdecydowanie bardziej niegrzeczna. Obecne przyjmuje się, iż można to przetłumaczyć na: kiss my ass. Co interesujące w komiksie Stitch wypowiada inne zdanie: Miga na la questa!. Próbowałam to wygooglować, ale prawdopodobnie jest to tylko zlepek nieistniejących słów.
Lilo i Stitch ma uroczą szatę graficzną. Nie jest po prostu zebraniem kadrów z filmów, ale starannie przygotowanymi ilustracjami, które mają w sobie magię znaną z pierwowzoru. Sam tom składa się nie tylko na historię tytułowych postaci. Na początku znajdziemy galerię bohaterów, dzięki której poznałam nazwiska Nani, Lilo i Davida. Z kolei na samym końcu wydania znajduje się coś w stylu rodzinnego albumu. Rysunki mają formę zdjęć bohaterów z wydarzeń, które miały miejsce już po głównej fabule.
Dla fanów Stitcha jest to na pewno pozycja obowiązkowa. Sam komiks jest przyjemną odskocznią od trudów życia codziennego i raczej skierowany jest do najmłodszych czytelników. Szkoda tylko, iż obiekt 626 został potraktowany bardzo po macoszemu i otrzymaliśmy jego ugrzeczniony portret.
Fot. główna: materiały prasowe – kolaż (Egmont)
