Lepsza rzeź niż nic? „Mortal Kombat II”

gazetafenestra.pl 8 godzin temu
Johny Cage jest jedną z najciekawszych postaci w „Mortal Kombat II”. / Źródło: https://www.goodfon.ru/films/wallpaper-2025-mortal-kombat-ii-mortal-kombat-2-karl-urban-karl-urban.html

Przez lata „Mortal Kombat” pozostawał niekwestionowanym gigantem w świecie gier wideo. Stworzona przez Eda Boona i Johna Tobiasa seria bijatyk już od początku lat dziewięćdziesiątych wzbudzała zarówno zachwyt, jak i kontrowersje ze względu na krwawe pojedynki i brutalne wykończenia. Mimo iż gry przyniosły marce ogromną popularność, filmowe adaptacje tej serii wzbudzały różne uczucia wśród odbiorców. Pierwsza produkcja z 1995 roku do dziś nazywana jest jedną z najlepszych ekranizacji gier, głównie dzięki wiernemu odwzorowaniu i skupieniu na sztukach walki. Z kolei w kontynuacji, „Mortal Kombat: Annihilation”, uwielbiane potyczki wypadły znacznie gorzej, tym samym wywołując zawód wśród większości fanów. Czy warto więc ryzykować i tworzyć nowe części sagi?

W 2021 roku studio Warner Bros. spróbowało po raz kolejny wskrzesić markę. Wcześniej znany z produkcji reklam dla australijskiej telewizji, reżyser Simon McQuoid miał podkreślić to, co najistotniejsze w „Mortal Kombat”, czyli makabryczność i charakterystyczne postacie. Film spotkał się jednak z falą krytyki. Największym problemem okazał się brak samego tytułowego turnieju oraz nowy protagonista Cole Young, bohater stworzony specjalnie na potrzeby produkcji. Wielu fanów uznało, iż twórcy niepotrzebnie skupili się na kimś, kogo w ogóle nie było w grach, zaniedbując przy tym kultowych wojowników. „Mortal Kombat II”, jednak sprawia wrażenie produkcji stworzonej jako odpowiedź na te zarzuty. Sequel nie próbuje już udawać ambitnego fantasy i science fiction ani budować skomplikowanego dramatu rodzinnego. Zamiast tego twórcy postawili na to, czego widzowie oczekiwali od początku: wielki turniej, brutalne walki, efektowne wykończenia. Takie podejście bywa ryzykowne z względu na możliwe zaniedbania w innych, równie ważnych elementach.

Akcja rozpoczyna się niedługo po wydarzeniach z pierwszego filmu. Ziemia ponownie staje przed zagrożeniem ze strony Pozaświatów, a cesarz Shao Kahn przygotowuje się do ostatecznego przejęcia kontroli nad wszystkimi wymiarami. Jedyną osobą z otoczenia Shao Kahna, która stale kwestionuje jego działania, jest księżniczka Kitana, prawowita dziedziczka tronu, pragnąca zemsty za śmierć swego ojca. Mimo to, międzywymiarowy turniej Mortal Kombat dochodzi do skutku, a bohaterowie Ziemi muszą zawalczyć o losy świata. W szeregi obrońców Ziemi trafia również Johnny Cage, niegdyś popularny aktor kina akcji, choć sam nie jest zachwycony swoją dotychczasową karierą.

Fabuła „Mortal Kombat II” nie jest więc skomplikowana. Każdy bohater ma jasno określoną rolę, a historia jest linearna – prowadzi widza od jednego starcia do kolejnego. W przypadku wcześniejszych produkcji mogło to ujść płazem, biorąc pod uwagę fakt, z czego marka jest naprawdę znana. Jednakże jeżeli patrząc na ostatnie gry, takie jak „Mortal Kombat 11”, gdzie fabuła jest złożona i starannie zaprojektowana, to można stwierdzić, iż filmowa wersja wręcz kuleje. Wiele wątków rozwija się zbyt szybko, a niektóre postacie pojawiają się tylko po to, by zniknąć po jednej efektownej scenie walki. Dlatego też relacje między bohaterami nie są wystarczająco pogłębione, przez co wiele interakcji sprawia wrażenie płytkich i niedokończonych.

Sytuację ratują jednak te najbardziej klasyczne i przynoszące popularność serii elementy. Jednym z nich są postacie. Księżniczka Kitana grana przez Adeline Rudolph, znaną ze swoich ról w „Chilling Adventures of Sabrina” czy „Hellboy: Wzgórza Nawiedzonych”, to wojowniczka z silną motywacją, która odgrywa istotną rolą w fabule. Aktorka dobrze oddaje wewnętrzny konflikt osoby rozdartej pomiędzy lojalnością wobec Pozaświatów a świadomością brutalności rządów Shao Kahna. Kitana wypada dość charyzmatycznie zarówno podczas dialogów, jak i scen potyczek. Jest to jednak bardzo klasyczne i bezpieczne przedstawienie tej bohaterki. Film nie próbuje w szczególny sposób redefiniować jej charakteru ani nadawać jej nowych cech. Widz od początku zna jej motywacje i może łatwo przewidzieć kierunek, w jakim rozwinie się jej historia.

Karl Urban, który zasłynął w produkcjach, takich jak „Władca Pierścieni: Powrót Króla”, „Star Trek” czy „The Boys”, przekonująco odgrywa rolę Johnny’ego Cage’a. Co najważniejsze, postać nie jest wyłącznie komediowym dodatkiem. W tej wersji, Johnny Cage lata świetności ma już dawno za sobą, przeżywając kryzys wieku średniego. Podupadły gwiazdor kina akcji trafia do świata pełnego magicznych wojowników i natychmiast chce stamtąd uciekać. Nie jest już zainteresowany walką, leczmusi na nowo znaleźć w sobie siłę, aby przetrwać. Takie przedstawienie eksponuje rozwój bohatera, dzięki czemu staje się bardziej dynamiczny. Urban wykorzystuje ten potencjał. Jego Johnny Cage jest jednocześnie zabawny, sympatyczny, ale także wyraźnie zrezygnowany i zmęczony życiem. Dzięki temu kontrastowi, film zyskuje więcej charakteru i humoru, który często jest niezręczny, ale sprawdza się w przypadku głównej postaci.

Jednym z największych problemów wcześniejszych ekranizacji „Mortal Kombat” był brak odpowiednio przerażającego antagonisty. Druga część naprawia ten problem dzięki Shao Kahnowi, w którego wcielił się Martyn Ford. Brytyjski aktor i kulturysta, kojarzony z „Szybcy i Wściekli 9” czy „Kingsman: Złoty Krąg”, wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać cesarz Pozaświatów. Ogromna sylwetka i ciężki sposób poruszania się sprawiają, iż każda scena z jego udziałem niesie ze sobą odpowiednią intensywność. Shao Kahn wreszcie przypomina „final bossa”, którego gracze pamiętają z klasycznych odsłon serii. Nie jest to jednak przesadnie złożony złoczyńca. To postać ekstremalna, czyste zło, tyran napędzany żądzą dominacji. Nie potrzeba tu jednak skomplikowanego psychologicznego portretu antagonisty. Shao Kahn ma budzić strach i poczucie zagrożenia, co robi bardzo skutecznie.

Jednym z najczęściej krytykowanych elementów pierwszego filmu był Cole Young, odgrywany przez Lewisa Tana, znanego z „Cobra Kai” i „Iron Fist”. Niestety sequel nie rozwiązuje tego problemu. Twórcy uwzględniają Younga w fabule, co okazuje się dobrą decyzją, ponieważ bohater nawiązuje do postaci znanych z gier. Jednak w świecie pełnym kolorowych wojowników, demonów i cesarzy międzywymiarowych, Cole okazałby się dość nijakim protagonistą. Biorąc pod uwagę również szybkie tempo, ten niegdyś bohater, gwałtownie znika, zarówno z ekranu jak i pamięci, tak jak większość postaci pobocznych.

Największą wadą „Mortal Kombat II” jest próba pomieszczenia zbyt wielu elementów w stosunkowo krótkim czasie. To uniwersum jest ogromne, a twórcy ewidentnie chcieli pokazać jak najwięcej. Problem polega na tym, iż nie każdy bohater otrzymuje wystarczającą ilość czasu. Niektórzy pojawiają się na chwilę, wykonują efektowne ruchy i praktycznie znikają z ekranu. W efekcie widzowie niezaznajomieni z grami mogą mieć problem z zaangażowaniem się w wydarzenia. Momentami film nabiera zbyt szybkiego tempa. Niektóre sceny przejściowe sprawiają wrażenie skróconych, tak jakby twórcy chcieli od razu zaprezentować kolejne starcie. Paradoksalnie to właśnie dodatkowe 15‒20 minut mogłoby znacząco poprawić odbiór całości. Kilka spokojniejszych momentów pozwoliłoby lepiej rozwinąć relacje między bohaterami i zwiększyć emocjonalny ciężar finału.

Jednak to, co najważniejsze, to walki, czyli zdecydowanie najlepiej zrealizowany element. Choreografia pojedynków jest znacznie bardziej dynamiczna i przemyślana niż w pierwszej części, a same starcia są często wieloetapowe co dodaje im odpowiedniej dramaturgii. Kamera rzadziej skacze pomiędzy ujęciami i zamiast tego płynnie podąża za daną postacią lub bronią, dzięki czemu widz może dokładnie śledzić przebieg starć. Każdy wojownik walczy w charakterystyczny dla siebie sposób, ale jednocześnie wykorzystuje strategię oraz słabości przeciwnika, co najciekawiej zostało pokazane w pojedynku Liu Kanga i Kung Lao. Ogromne wrażenie robią również Fatalities, czyli bezlitosne wykończenia. Produkcja ani przez moment nie próbuje łagodzić charakteru serii. Krew leje się hektolitrami, a twórcy z wyraźną satysfakcją odtwarzają najbardziej kultowe sceny znane z gier. Co ważne, brutalność nie wydaje się tutaj przesadzona tylko dla samego szoku, ale jest to integralna część estetyki „Mortal Kombat”. Gdyby film próbował być delikatniejszy, straciłby dużą część swojej tożsamości.

Wiele współczesnych produkcji wpada w pułapkę przesadnego fanserwisu. Twórcy często wrzucają dziesiątki odniesień do oryginału, zapominając przy tym o stworzeniu dobrego produktu. „Mortal Kombat II” balansuje na cienkiej granicy. Film pełen jest nawiązań do gier, w tym charakterystycznych tekstów, znanych ruchów specjalnych, muzycznych motywów i wizualnych smaczków. Twórcy zdecydowanie pozwalają sobie na czasami niepotrzebne wręcz zabiegi i kwestie dialogowe, głównie w celach humorystycznych. „Mortal Kombat” zawsze był jednak brutalny i absurdalny. Obok dramatycznych historii o zemście czy honorze funkcjonowali przecież ninja z lodowymi mocami czy zadufany w sobie aktor rozdający kopnięcia z wyskoku.

„Mortal Kombat II” nie próbuje być niczym więcej niż widowiskowym filmem akcji. o ile ktoś oczekuje głębokiego scenariusza, rozbudowanych osobowości lub ambitnego kina fantasy i science fiction, prawdopodobnie będzie rozczarowany. Jednakże widzowie nastawieni na dynamiczną rozrywkę mogą bawić się zaskakująco dobrze, choćby bez znajomości gier. Największą zaletą są bowiem walki oraz charakterystyczne postacie, szczególnie antagoniści w tej części. Sequel ma odpowiednie tempo i efektowne starcia, ale to zwyczajnie nie wystarcza. „Mortal Kombat II” zdecydowanie nie zrewolucjonizuje kina akcji ani nie przekona sceptyków, którzy od początku odrzucali ekranizacje gier. To przez cały czas prosta historia, oparta głównie na oszałamiających scenach akcji i fanserwisie. Dla wielu osób jest to jednak wystarczający powód, by wracać do filmowych odsłon, zatem można spodziewać się kontynuacji serii.

Bartłomiej KAPUŚCIŃSKI

Idź do oryginalnego materiału