Leon S. Kennedy przed "Requiem" – historia bohatera "Resident Evil" w pigułce

filmweb.pl 3 miesięcy temu
Zdjęcie: plakat


Może ostatnio to całkiem imponująca muskulatura amerykańskiego sekretarza zdrowia, nomen omen Kennedy’ego, ściągnęła na siebie uwagę połowy internetu, ale my, gracze, wiemy jedno: od siedzenia z padem nie wygląda się jak Leon Kennedy. Zwłaszcza po pięćdziesiątce.





Oczywiście nie ma też co chłopu zazdrościć, bo aż dziwne, iż ze stresu nie powypadały mu jeszcze wszystkie włosy, nie osiwiał na klacie i zachował resztki poczytalności. Od trzydziestu już lat biega przecież ze spluwą za maszkarami różnej maści, czyli ciasno opięty bawełną koszuli biceps to nie żadna tam próżność, ale zawodowy wymóg. Tak czy owak, fandom ma nowego tatuśka.



Cofnijmy się jednak do roku 1998. Zaledwie dwudziestojednoletni adept policyjnej akademii na pierwszy dzień wymarzonej pracy spóźnił się z powodu ostrej, jednoosobowej pijatyki (zgodnie z prawem Leon mógł strzelić z broni, zanim strzelił piwko pod sklepem) motywowanej zerwaniem z dziewczyną. O przydział do Racoon City poprosił sam, zaintrygowany nietypowymi morderstwami, do jakich dochodziło w całej okolicy. Owe spóźnienie okazało się dla niego z jednej strony zbawienne, bo uszedł z życiem, z drugiej był to początek długoletniego koszmaru.





Wydarzenia, o których mowa, to zaledwie prolog do fabuły "Resident Evil 2", która to stała się klasyczną już opowieścią o wykluwaniu się niechętnego herosa. Leon, gwałtownie wepchnięty w sam środek sytuacji kryzysowej, przerastającej nieopierzonego glinę, przechodzi przyśpieszony kurs dojrzewania. Ideały, które pielęgnował (postanowił zostać policjantem po tym, jak jego rodzinę zamordowano i zaopiekowali się nim mundurowi) okazały się znaczącymi kilka symbolami, a zasady i reguły, zarówno te opisywane przez akademickie podręczniki, jak i te moralne, zredukowane zostały do podejmowania doraźnych decyzji pod presją śmierci. Swojego rodzaju kotwicą stała się dla Leona spotkana przypadkiem, przeżywająca tę samą paskudną przygodę Claire Redfield, służąca współpracą i wsparciem. Ale to Ada Wong, ni sojuszniczka, ni wróg, pokazała mu świat, w którym będzie żył dalej, świat pełen ambiwalencji i odcieni szarości.



Zniszczenie Racoon City przez rząd USA nie przynosi Leonowi ulgi, nie daje żadnego domknięcia tej historii. Ba, stres pourazowy i poczucie winy pielęgnowane przez ocalałego z katastrofy przyczyniły się do przemożnego zagubienia, jakie go ogarnęło. Zamiast powrotu do normalności został zrekrutowany przez rządowe siły specjalne, skłonne wykorzystać jego doświadczenia i nadzwyczajne umiejętności bojowe. Traumy Leona nie wyleczono, została ona przekierowana i wyeksploatowana przez państwo. Od tamtej chwili życie agenta Kennedy’ego podporządkowane zostało jednemu tylko celowi: działać tam, gdzie się go wyśle, bez żadnego słowa sprzeciwu.





Sześć lat później, podczas wydarzeń z "Resident Evil 4", pozbawiony złudzeń, zhardziały w boju mężczyzna nie jest już dziwiącym się światu żółtodziobem. Leon to twardy facet kryjący się za tarczą cynizmu. Misja ratunkowa, na którą zostaje wysłany do Europy, gdzie odbić ma córkę amerykańskiego prezydenta, będzie kolejnym krokiem, jaki wykona ku przepaści. Według własnej filozofii, panoszący się tam kult Los Illuminados miał wprowadzić nowy porządek na świecie kosztem wolnej woli ludzkości. Zdarzenia te pogłębiają konflikt psychologiczny Leona, który również zadaje sobie pytanie, czy tak naprawdę jest panem swojego losu, czy jedynie narzędziem.





Pełnometrażowy film animowany, "Resident Evil: Degeneracja", osadzony rok później, ukazuje go już jako człowieka myślącego procedurami. Konfrontacja z Claire, działającą poza strukturami władzy, obnaża dzielące ich różnice, ale Leon nie stracił dawnej empatii, raczej nauczył się ją tłumić; z niegdysiejszego idealisty stał się gorzkim pragmatykiem. Kontynuacja filmu, "Resident Evil: Potępienie" jeszcze śmielej podkreśla dramat Kennedy’ego, który zaczyna świadomie kwestionować sens swojej roli, ale nie potrafi (albo nie może?) z niej zrezygnować. Kwestia odpowiedzialności nie jest już dla niego wyborem, wynika z kompulsywnego, niemalże zaprogramowanego mu poczucia obowiązku, oraz z dojmującego poczucia winy.





Do przełamania dochodzi w "Resident Evil 6". Zmuszony do zabicia zainfekowanego prezydenta i oskarżony o zamach, Leon nareszcie wymawia lojalność instytucjom. Nie przynosi mu ulgi choćby oczyszczenie go z zarzutu, co zdaje sobie sprawę, iż prawo, któremu służy, da się nagiąć według uznania. Stąd w kolejnym filmie – "Resident Evil: Wendetta" – widzimy go przybitego, bez celu i wypalonego, zalewającego smutki alkoholem, funkcjonującego jak automat. Apatia i odgrodzenie się od emocji stały się jego mechanizmem przetrwania. W kontynuacji – "Wyspie śmierci" – ma się zdecydowanie lepiej; to chłodny, zdyscyplinowany profesjonalista, dźwigający ciężar przeszłości.





Oficjalne zapowiedzi "Resident Evil: Requiem" sugerują, iż Leon nie znajdzie wytchnienia. Sam ton gry ma być cięższy, bardziej refleksyjny, skupiony na konsekwencjach działań, nie na eksplozywnym spektaklu. Leon jawi się po trosze niczym Syzyf, wykonujący tę samą robotę od lat i ciągle otrzymujący ten sam rezultat: odwlekanie nieuchronnych katastrof. Bez różnicy, jak zakończą się wydarzenia z nadchodzącej gry, Leon pozostanie tragiczną figurą współczesnej popkultury, samotnikiem, któremu wykradziono życie. Jego historia to nie opowieść o tryumfie nad złem, ale o mrokach heroizmu, którego ceną jest świadomość, iż zwycięstwo nigdy nie jest trwałe.

I płaci się za nie sobą.

"Resident Evil: Requiem" trafi na komputery i konsole już 27 lutego.
Informacja sponsorowana
Idź do oryginalnego materiału